Spojrzeć w głąb siebie

– Nawet jeśli jest się dobrze przyjmowanym w danym kraju, za wyobcowanie, utratę korzeni czy nacisk na zrobienie sukcesu zawsze kiedyś zapłaci się rachunek. A rachunkiem tym bywają schorzenia psychosomatyczne – mówi prof. dr hab. Marius Nickel-Palczyński, dyrektor kliniki AMEOS w Bad Aussee.

Co należy do Pana obowiązków w klinice AMEOS w Bad Aussee?
– Klinika w Bad Aussee składa się z dwóch klinik, państwowej i prywatnej. W obydwu jestem dyrektorem ds. medycznych. Wcześniej byłem równocześnie dyrektorem kliniki AMEOS w Bawarii, jednak dojazdy pochłaniały zbyt dużo czasu, więc zrezygnowałem z tej funkcji. Do moich głównych obowiązków należą organizacja leczenia i stanowisk pracy, a także koncepcyjne opracowanie dotyczące kierunków leczenia, kształcenie studentów Medycznego Universytetu Graz, mojego głównego pracodawcy, prowadzenie doktorantów.

Dlaczego za jeden z głównych kierunków leczenia obraliście choroby psychosomatyczne?
– W ostatnich 30-40 latach zarówno w ogólnych praktykach lekarskich, jak i klinikach internistycznych, ortopedycznych i psychiatrycznych rejestrujemy znaczne przyrosty schorzenia tego typu. Przynajmniej tak długo zajmujemy się tym zjawiskiem w Niemczech. To spowodowało rozwój klinik psychosomatycznych, głównie w Niemczech. W Bawarii, skąd przyjechałem do Austrii, jako jedni z pierwszych prowadziliśmy duże kliniki psychosomatyczne. Kilinika AMEOS w Bad Aussee była projektem rządu austriackiego i powstała przed jedenastoma laty. Sprowadzono mnie tutaj z Niemiec, żeby ją zorganizować.

Czy mógłby Pan przybliżyć naszym czytelnikom główne jednostki chorobowe o podłożu psychosomatycznym?
– Jest wiele zaburzeń związanych z bólem, z układem krążenia czy układem trawienia, w przypadku których nie można znaleźć odpowiednich korelat somatycznych, czyli cielesnych, bo w ich powstawaniu lub eskalacji główną rolę odgrywają czynniki psychiczne. Spowodowane są one zazwyczaj przeciążeniami w życiu zawodowym czy prywatnym, lecz nie tylko. To wszystko jest powiązane z coraz szybszym tempem życia. Całe nasze codzienne życie przypomina dziś wirówkę w laboratorium: im szybciej się ona kręci, tym więcej cząstek zostaje wyrzuconych na zewnątrz. Czyli coraz więcej ludzi nie wytrzymuje związanej z tym presji.

Z jakimi chorobami najczęściej pacjenci zgłaszają się do waszej kliniki?
– Najczęstsze są depresje powiązane ze schorzeniami bólowymi, schorzenia układu krążenia, nadciśnienie, niewydolność trawienia powiązana z lękiem, zespół wypalenia zawodowego, nerwice natręctw i zaburzenia odżywiania.

Jak długo przeciętnie przebywa u was pacjent?
– Standard, jaki przyjął się w ostatnich 20 latach, to 6 tygodni leczenia. Zależy to jednak od rodzaju schorzenia. Zdarza się, że zaburzenia traumatyczne są leczone interwencyjnie przez 1–2 tygodnie, a zaburzenia odżywiania czy osobowości przez 12–14 tygodni. Całe leczenie finansowane jest przez kasę chorych, a nasi pacjenci rekrutują się z całej Austrii. W Bad Aussee prowadzimy 100 łóżek stacjonarnych i dodatkowo 25 łóżek stacjonarnych prywatnych dla pacjentów przeważnie z Niemiec.

W jaki sposób można uzyskać skierowanie do waszej kliniki?
– Zwykle wystarczy jedynie skierowanie do szpitala od lekarza domowego lub specjalisty. Oczywiście przyjmujemy także tzw. pacjentów z ulicy. Ponieważ jednak nie mamy nigdy wolnego łóżka, kierujemy ich do innego szpitala, tej drogi więc nie mogę polecić. W zależności od schorzenia, okres oczekiwania na miejsce w naszym szpitalu wynosi od 3 miesięcy do półtora roku.

Aby lekarz skierował swego pacjenta do waszej kliniki, musi wiedzieć o jej istnieniu, a przede wszystkim rozpoznać chorobę psychosomatyczną. Jaką wiedzę mają lekarze na ten temat?
– Zwykle po kilku latach przeróżnych badań lekarze dochodzą do wniosku, że nie ma żadnych lub wystarczających przyczyn cielesnych danego schorzenia. Wtedy zaczyna się szukanie źródeł problemu w psychice. I jeżeli uda się je znaleźć, przekazuje się tych pacjentów do nas. Jeśli nie, również. Kiedyś trwało to bardzo długo, przez co zwykle otrzymywaliśmy pacjentów już w bardzo zaawansowanym stanie przebiegu schorzenia o podłożu psychosomatycznym. Na szczęście czas ten się obecnie skraca. Najlepiej i najszybciej potrafimy pomóc, jeżeli pacjent trafia do nas od razu, w ciągu kilku miesięcy od powstania zaburzenia. Obecnie w Niemczech i Austrii zaczyna się intensywnie szkolić studentów medycyny, ale również lekarzy w rozpoznawaniu zespołów psychosomatycznych, co ułatwia i przyspiesza leczenie. Jeszcze przed 10 laty świadomość w tym zakresie była tutaj niewielka.

Na czym polega leczenie? Co się dzieje z pacjentem w ciągu kilku tygodni pobytu?
– Prowadzimy bardzo intensywną terapię indywidualną i grupową, jak również psychoedukację. Pacjent, który nigdy nie miał do czynienia z takimi metodami, powinien najpierw zrozumieć, jakie są podstawy jego choroby i źródła jego problemów. Wielu pacjentów na początku nie chce zaakceptować tego stanu rzeczy, ale po pewnym czasie godzą się z tym.

Uświadamianie przyczyn chorób psychosomatycznych jest istotne u waszych pacjentów. A jak to wygląda w odbiorze społecznym?
– Stygmatyzacja pacjentów leczonych psychoterapeutycznie nie jest już tak duża jak kiedyś. Dziś nie stanowi to już powodu do wstydu. Przytoczę przykład: przed 30 laty w Bawarii mieliśmy tylko 3% mężczyzn, teraz jest ich prawie 40%. I to ciągle się zmienia.

Dlaczego mężczyźni gorzej akceptują leczenie psychoterapeutyczne?
– Jest to podyktowane dotychczasowym rozwojem naszej cywilizacji. Mężczyzna w naszym społeczeństwie ma do spełnienia określoną rolę. Stąd jego odczucia mieszczą się w pewnym schemacie kulturowym, zgodnie z którym powinien on być silny. Przyznanie się do słabości dla wojownika czy myśliwego okazuje się trudne. Z tych też między innymi względów kobiecie jest łatwiej jest przyznać się do pewnych odczuć i słabości.

Czy macie również pacjentów emigrantów?
– Mamy ich bardzo wielu. Medycynę transkulturalną zaczęliśmy uprawiać w 1995 roku w Bawarii. Wtedy otworzyliśmy pierwszy oddział dla emigrantów pochodzenia tureckiego, jako że Turcy dominują wśród emigracji w Niemczech. W 2006 roku także w klinice w Bad Aussee otworzyliśmy oddział turecki, z uwagi na to, że w Austrii przebywa wielu pacjentów pochodzenia tureckiego. Nie prowadziliśmy go jednak dalej, ponieważ taki sam oddział ma nasza siostrzana klinika w Bawarii. Uznaliśmy, że nie ma sensu robienia konkurencji, a dodatkowo trudno o odpowiedni personel. Bardzo rozwinęliśmy natomiast oddział dla Chorwatów, Bośniaków i Serbów. Zorientowaliśmy się też, że w Austrii przebywa wielu polskich emigrantów, wciąż pojawiają się u nas polscy pacjenci. Postanowiliśmy więc udostępnić psychoterapię w języku ojczystym. Oddział taki po wielu staraniach powstał, z czego jestem niezmiernie zadowolony. Na szczególną zasługę w tym kontekście zasługuje szef naszej neurologii, dr Wojciech Kotkowski, który dołączył do nas z Niemiec, i stopniowo zaszczepiał u mnie ten pomysł.

Prowadzicie więc psychoterapię w języku polskim?
– Tak. Doświadzczenie nasze pokazuje, że niezależnie od tego, skąd się pochodzi i jak długo jest się w jakimś kraju, tematyzacja emocji w języku ojczystym zwykle przynosi więcej korzyści. Dopiero po dwóch latach starań udało mi się zebrać polskojęzyczny zespół, czyli aktualnie lekarza fachowca, dwie lekarki asystentki oraz panią psycholog, i w styczniu tego roku oficjalnie ogłosiliśmy, że prowadzimy również oddział dla pacjentów pochodzenia polskiego. Informację tę rozesłaliśmy do lekarzy oraz psychoterapeutów w Austrii, których adresy były nam dostępne.

Czy samo zjawisko emigracji wpływa na częstotliwość czy też siłę występowania chorób psychosomatycznych?
– Pierwszy okres emigracji to idealizowanie danego kraju pobytu i dopasowanie się do wszystkiego. Refleksja przychodzi później, przychodzi też tęsknota i przeciążenie fizyczne i psychiczne. Emigrant, aby być zaakceptowanym, pracuje za czterech i kiedyś musi się to na nim samym zemścić. To już jest najczęściej wystarczające. Jeżeli do silnego, długotrwałego stresu powodowanego przeciążeniem psychofizycznym dojdą traumy psychiczne, jak utrata pracy czy śmierć któregoś z członków rodziny, czy też odnawiają się traumy psychiczne z pszeszłości, to tym bardziej ludzie tego nie wytrzymują. Zaczynają się rozwijać depresje, lęki, zespoły bólowe czy inne psychiczne lub psychosomatyczne schorzenia. Z wielu badań, które robiliśmy i nadal robimy w Niemczech, wynika, że populacje emigracyjne cechuje wyższy odsetek osób dotkniętych chorobami psychicznymi, niż populacje autochtońskie. To zwiększenie częstotliwości chorób występuje w każdej warstwie emigracyjnej społeczności, obojętne, czy są to pracownicy akademiccy, biurowi, czy budowlani.
Z badań wynika też, że sytuacje wywołujące stres u emigrantów występują około 10 razy częściej, niż u rodowitych Niemców czy Austriaków. Częściej są oni ofiarami chronicznych i ciężkich chorób, wcześniej czują się subiektywnie wypaleni i zmęczeni. Dzieje się tak dlatego, że na emigracji chcą jak najszybciej zapewnić godne warunki życia sobie i swoim dzieciom oraz finansowe wsparcie dla członków rodziny, którzy zostali za granicą. To powoduje, że ludzie ci podejmują ponadprzeciętny wysiłek w pracy.
Należy dodać, że pacjenci pochodzący z innych krajów częściej i intensywniej są badani przez lekarzy głównie cieleśnie i zostają im przepisywane jedynie lekarstwa. W porównaniu do ludności miejscowej wczesne badania psychosomatyczne i psychiatryczne są stosowane u nich o wiele rzadziej.

Więcej w najnowszym numerze "Poloniki".

Dodatkowo:

Newsletter

Jeżeli chcesz otrzymywać mailem informacje na bieżąco wpisz swój adres e-mail
Top
We use cookies to improve our website. By continuing to use this website, you are giving consent to cookies being used. More details…