Przyznaję się!

Od niedawna znowu zaczęłam współpracować zawodowo z Polską. Choreografia baletu u Wycichowskiej w Poznaniu, współpraca z telewizyjnym „You can dance", udział jako tancerka w spektaklu tańca improwizowanego w „Starym Browarze" Kulczykowej. Dało mi to wszystko wiele emocji i radości!

Dlatego też szalenie się ucieszyłam, gdy Polsat zaproponował mi udział w jury następnego cyklu emisji tanecznych „Got to dance – tylko taniec". Celem programu jest znalezienie nowych talentów. W tym programie może uczestniczyć każdy chętny– najmłodszy uczestnik ma sześć lat, najstarszy – sześćdziesiąt dziewięć! Przeglądnęliśmy wraz z trójką jurorów około czterystu kandydatów, połowa przeszła, wybraliśmy trzydziestu najlepszych, wyłoniliśmy kilku i głosami SMS-ów publiczności tylko jeden jedyny zostanie laureatem.

Wspólnie z moją stylistką i makijażystką stworzyłyśmy koncepcję kreatywnego wizerunku artystycznego mojej postaci. Pchana naturalnymi skłonnościami podkreśliłam moją ekstrawagancką skłonność do przesady, kolorowych strojów, barwnego makijażu i przerysowania całości. Udałam się kilkakrotnie do Londynu, obejrzałam projekty moich ulubionych nowych kreatorów w Paryżu, Nowym Jorku i Krakowie, i po długich debatach stworzyłyśmy kilkanaście przeróżnych wcieleń kompetentnej zawodowo artystki, która idzie z czasem. Czy nadążam za modą? Nie, ja ją wyprzedzam!

Zaczęła się wytężona praca. Eliminacje trwające całymi dniami do późnych godzin nocnych, liczne wyjazdy na spotkania z prasą, na dokrętki telewizyjne, i też do uczestników. Jednego z nich odwiedziłam, żeby zaanonsować mu przejście do półfinałów w jego miejscu pracy, znaczy... w kopalni w Mysłowicach, o piątej rano, kiedy czarny i spocony wyjeżdżał na powierzchnię po nocnej zmianie, a ja, zmalowana już od trzeciej, czekałam z dobrą nowiną!

Praca jest męcząca, ale wspaniała, uwielbiam działać w zawodzie tanecznym, wierzę w młodzież. W prasie zaczęły sie pojawiać wywiady ze mną – udzieliłam ich dwadzieścia trzy, a w telewizji: rozmowy, spotkania, wspomnienia. Byłam szczęśliwa, dopóki...

Prasa kłamie, wiem coś o tym, sama do niej przecież piszę.

Z prasy, ale też i z wulgarnych napaści internetowych anonimów, dowiedziałam się, że robiłam striptizy w Paryżu (teraz może bym i zrobiła, ale gdzie się zgłosić i kto by jeszcze chciał?), że jestem Żydówką (nie, niestety nie, a żałuję – mieć inteligencję Einsteina, talent Beethovena i pióro Kafki, każdy by chciał!), że byłam w KC Partii i stąd moja kariera (tylko w harcerstwie, jeden rok), a wszystkich partnerów życiowych wybierałam wyłącznie dla forsy i potem obskubywałam (o poprzednich lepiej nie mówić, a mój ostatni były mąż francuski, któremu jako prezent na dwudziestopięciolecie rozwodu zafundowałam sześć implantów, rzeczywiście – zdaniem mojej gosposi – chodzi teraz jakiś taki smutny i obskubany...).

Głosy anonimów są tak żenująco obskurne, że nie będę ich cytować. Chociaż niektóre są zabawne, np. ten, który podejrzewa że „Mazurówna pod tymi falbaniastymi kieckami ma niechybnie zad praszczura". Tak się przejęłam, że z miejsca schudłam trzy kilo, chyba z samego strachu...

We wszystkich wywiadach używa się często-gęsto słowa „przyznała się". Według prasy „przyznałam się", że ćwierć wieku temu zrobiłam lifting; że żyję z wynajmowania moich paryskich mieszkań; że miałam kilku mężów i kochanków, przyznałam się nawet do tego, że mam siedemdziesiąt trzy lata! A co to jest za wiek dla młodej jak ja kobiety?

Jak to: przyznaję się? Przyznać się można do jakiegoś niegodnego czynu, niezgodnego z prawem, po długich naleganiach – w wyniku procesu sądowego, krzyżowego ognia pytań lub na mękach. Ja się nie przyznaję, ja po prostu informuję, nawet z dumą!

No ale Polska się zmieniła. Nie tylko, mam nadzieję, powierzchownie – piękne, wysokie wieżowce stoją szeregiem w Warszawie (no to co, że to obce kapitały...), sklepy pełne (gorzej z kupującymi), a młodzież coraz to dorodniejsza, serce rośnie!

A mentalność?

Zaprosiła mnie na obiad koleżanka dziennikarka. Jej dwudziestokilkuletni syn właśnie wrócił z Paryża.

– A pani się tam nie boi mieszkać? Zatrzymałem się u kolegi, chyba w niebezpiecznej dzielnicy – nie, nikt mnie nie napadł ani nie pobił. Ale z okna zobaczyłem, że na ulicy pełno czarnych, więc nie wychodziłem, żeby się nie narazić!

Mnie się on naraził, więc wyszłam przed deserem.

Inna koleżanka zwierzyła mi się:

– Rasizm, u nas? Skądże znowu! Ja w każdym razie absolutnie nie jestem rasistką! No ale gdy byłyśmy w Paryżu, jeden arab chciał zaprosić moją córkę na kawę. Jeszcze tego brakowało, żeby szła na kawę z arabem!

Ach, jakie te baby są głupie! Postanowiłam zadawać się wyłącznie z mężczyznami. Pan Stasio zniżył głos i powiadomił mnie:

– Pani Krysiu, u nas tylko żydy rządzą! Cały rząd, wszystkie kierownicze stanowiska, wszyscy właściciele firm, wszystko to tylko żydy, mówię pani !

– Co pan powie, jaki to mądry i przedsiębiorczy naród! – zachwyciłam się, ale jakoś moja reakcja nie przypadła do gustu memu interlokutorowi.

Pół wieku temu prezes telewizji zawiadomił mnie (szeptem, bo podsłuchy!), że jemu osobiście bardzo się podobają moje tańce, ale – sama rozumiem – powinnam skupić się raczej na tańcach ludowych, z muzyką radziecką. W rezultacie skazano mnie na emigrację.

Miałam nadzieję, że to koszmarna przeszłość.

Wczoraj zadzwonił do mnie Bardzo Ważny Facio z TV.

– Krysiu, ja osobiście bardzo lubię twój look, ale raczej ubierz się w jakąś skromną sukienkę i nie maluj się tak mocno, a włosy – musisz mieć czerwone? Sama rozumiesz...

Ojej, nie rozumiem. A już myślałam, że się coś zmieniło...

Krystyna Mazurówna, Polonika nr 208, maj 2012

Dodatkowo:

Newsletter

Jeżeli chcesz otrzymywać mailem informacje na bieżąco wpisz swój adres e-mail
Top
We use cookies to improve our website. By continuing to use this website, you are giving consent to cookies being used. More details…