Pilnowanie kotka

Znajome damy w moim wieku w każdą niedzielę pilnują wnuków. Pieką jakieś ciasta i przyjmują wnuki podwieczorkiem. Ja – chociaż z mojej trójki dzieci jednemu synalkowi urodziło się potomstwo - wciąż nie czuję babcinej miłości.

Owszem, tuż przed narodzeniem pierwszego wnuczka udałam się do notariusza, zwabiona nowymi ustawami, i spytałam:

- Czy to prawda, że od niedawna akty darowizny nieruchomości dla dzieci, ale też dla wnuków, są bezpłatne?

Notariusz przypatrzył mi się bacznie i potwierdził. Ponieważ od zawsze jestem łasa na wszystko, co bezpłatne, upewniłam się, że tak, że można dzieciom czy wnukom podarować na przykład mieszkanie, i to bez koniecznych dotąd podatków i opłat skarbowych.

- To dobrze, mam małe mieszkanko, które chciałabym podarować wnuczkowi! – rozpromieniłam się.

Notariusz wyciągnął jakieś formularze i zaczął je wypełniać. Nazwisko wnuka? Podałam. Imię? Też wyjawiłam. Data urodzenia? - Będzie wiadomo za jakieś dwa miesiące...

Notariusz podarł formularz i wyjaśnił mi, że nienarodzonemu podarować nic jeszcze nie można. Jak to - pomyślałam - a ja mu już kupiłam wózek...

Wnuczek się narodził, dwa lata potem następny, a ja ciągle nie umiem być dobrą babcią. Owszem, przywożę z Polski krówki (ku strapieniu rodziców), od czasu do czasu nabędę jakąś kolejną partię lego (którymi bawi się głównie mój syn), ale nadal kompletnie brakuje porozumienia. Syn, czując prawdopodobnie mój antytalent do opieki nad swymi dziećmi, unika pozostawiania mnie z nimi sam na sam, więc wszelkie typowe obowiązki babci przechodzą obok mnie. Natomiast każdego roku w lecie, które uwielbiam spędzać u siebie w domu, w Paryżu, zostawiają mi do pilnowania – kotka.

Właśnie zadzwoniła do mnie córeczka: - Mamo, jadę na trzy dni na staż - czy możesz w tym czasie zająć się moim kotkiem? Tylko pamiętaj – nie wolno mu dawać jeść przy stole, żadnego karmienia między posiłkami i ani mowy o spaniu z tobą w jednym łóżku, on jest dobrze wychowany!

Nie miałam nawet czasu, żeby się porządnie zdziwić. Jak jej się udało dobrze wychować kota, skoro ja nie dałam sobie rady z żadnym z trójki moich dzieci?

Już po chwili dziecina wpadła, niosąc wrzeszczącą wiklinową budkę. Z budki wylazło Zwierzę. Trójkątny pyszczek ozdobiony parą błyszczących zielono ślepi, przyczepiony był za pomocą zbyt długiej szyi na dużym korpusie. Maleńka główka nijak nie pasowała do potężnej klaty, a dużo wyższe od przednich tylne łapy były chyba dopasowane od kangura. Kot, czystej rasy dachowiec w kilku różnych paskowanych kolorach, widocznie nie miał żadnych kompleksów związanych ze swoją dyskusyjną urodą. Z miejsca pewnym susem wskoczył na środek stołu, by zająć się resztkami po moim obiedzie, i – mimo moich protestów – zlazł dopiero wtedy, gdy usłyszał dzwonek do drzwi. Goście, zaproszeni na kolację, jak jeden mąż karmili ukradkiem bydlę pod stołem. Kot, wtrajając kawałki wędzonego łososia, śledzia w śmietanie i kotajl z krewetek, zachlapał oliwą spodnie Zdzisia, pacnął śmietanę na spódnicę Beatki i ukrywając, chyba na potem, krewetki w torebce Paulinki, naraził się wszystkim. Został jednogłośnie przepędzony, a my spokojnie mieliśmy przejść do dania głównego, którym były udka indycze. Zrozumiałam, dlaczego kocisko było dziwnie cicho. Okazało się, że jakoś wskoczyło na kuchenkę, i nadziawszy na pazur jedno udko, uciekło z nim do mojej sypialni. Rozdzieliłam ocalałe udka, udając, że ja naprawdę wolę sobie do jarzynek zjeść tylko jajeczko na miękko. Goście poszli. Zastanawiałam się, czy mam mu jeszcze zaserwować jego dietetyczną puszkę i jakieś tajemnicze lekarstwo, gdy zadzwoniła córeczka:

– Jak tam mój koteczek? Nie dałaś mu jeszcze lekarstwa? Przecież to są tabletki antykoncepcyjne, musi dostawać o tej samej godzinie! To nie dla niego – przecież to kocurek! To są tabletki dla pcheł, żeby po wypiciu jego krwi nie mogły się rozmnażać! Daj mu je zaraz i zajmij się nim trochę! On potrzebuje czułości!

Czego ci ludzie nie wymyślą! Spojrzałam na kocura z szacunkiem, pakując mu antykoncepcyjną pchlą pigułkę w plasterek szynki. Właśnie zajmował się moimi kwiatkami – wygrzebywał ziemię już z trzeciej doniczki.

Za karę zamknęłam go w łazience. Nie był to najlepszy pomysł – po wskoczeniu do wanny rozdeptał mokrymi łapami ślady po całej powierzchni kafelków. Został zamknięty w pokoju gościnnym. Zaatakował fotel, poostrzył sobie pazurki na jego welurowym obiciu, wypruwając z niego długie nitki. Nie wiadomo dlaczego, kot zapałał nienawiścią do wykładziny dywanowej i wydłubał ją starannie spod metalowego progu.

Zrezygnowana poszłam spać. Śnił mi się jakiś dziki zwierz, który z rozdziawioną paszczą rzucał się na mnie. Zbudziłam się ze strachu – śpiący zwierz rozwalił się na mnie, a jego paszcza ukazywała cały szereg ostrych ząbków. Wśród nich rozpoznałam pióra z mego boa, używanego na specjalne okazje. Trudno, nie ma już tych okazji tak wiele. Rano okazało się, że w nocy walczył też z przygotowanym do wyniesienia śmietnikiem, którego zawartość porozciągał po całym mieszkaniu, tudzież rozerwał sznur moich perełek, od lat wiszących na manekinie. Nie szkodzi, prawdziwe perełki podobno przynoszą pecha...

Przez trzy dni zajmowałam się kotem, odwoławszy wszystkie wyjścia do znajomych i załatwianie ważnych spraw urzędowych. Mam szkód materialnych na kilka tysięcy, ale życie moje stało się ciekawe i pouczające. Zdobyłam wiele praktycznych doświadczeń, wiem, że muszę przestać być egoistką. Trzeba się trochę poświęcać w życiu, postępować tak, by drugi – w tym wypadku: kot – był zadowolony. Wiem już, jakim tonem mam do niego przemawiać, by mu sprawić przyjemność i – najważniejsze – gdzie i jak go drapać.

A może te doświadczenia mi się przydadzą do dalszego życia i postępowania z moimi wnukami?

Krystyna Mazurówna, Polonika 205, luty 2012

Dodatkowo:

Newsletter

Jeżeli chcesz otrzymywać mailem informacje na bieżąco wpisz swój adres e-mail
Top
We use cookies to improve our website. By continuing to use this website, you are giving consent to cookies being used. More details…