Marzenia a rzeczywistość

Wielu rodaków, przebywających przez krótszy lub dłuższy czas poza granicami kraju, żyje tam tymczasowo, marząc o jakiejś, bliżej zresztą niesprecyzowanej przyszłości.

Planuje powrót do Polski, do starych pieleszy, i w oczekiwaniu tych wyśnionych, lepszych czasów, żyje byle jak, jak najbardziej oszczędnie, by mieć te swoje marzenia w zanadrzu. Ciężko pracują, to prawda, mieszka byle gdzie, je byle co i w ogóle żyje byle jak, ściboląc każdy grosz w imię przyszłości. A tymczasem tygodnie, miesiące a potem i lata lecą, tymczasowość staje się stanem permanentnym. Życie nie jest różowe, ani na obczyźnie, ani nawet jeśli po latach taki nieszczęsny rodak wróci do miejsca, z którego kiedyś wyjechał, to też nie odpowiada już ono jego wyobrażeniom, gdyż jest już zupełnie inne. Stąd rozczarowania, frustracje i nawet depresje - tam źle i tu niedobrze, nigdzie jakoś tego swojego miejsca nie ma, samo czarne nieszczęście i cierpki smutek...

Znam w Paryżu malarza, który zaraz po zdobyciu dyplomu Akademii Sztuk Pięknych przybył do stolicy Francji. Miasto artystów, bohema, tu właśnie chciał malować, tu zrobić karierę, jak wielu znanych malarzy przed nim. Ale nie było to łatwe, malarzyna latami mieszkał gdzieś kątem przy jakiejś dobrej duszy, jadł też byle co, bo jedynym zarobkiem z malowania stało się pomalowanie przez niego sufitu u jakichś znajomych. Pobierał latami jakieś zasiłki państwowe dla nieudaczników, które wprawdzie szlachetnie wydawał, głównie na pędzle, blejtramy i farby, popijając tylko od czasu do czasu. Namalował wprawdzie szereg dziwnych obrazów ale tylko sobie a muzom.Nie, nawet nie próbował ich nigdzie sprzedawać, a że nie chciał zniżać się do nie licującej z jego godnością artystyczną żadnej innej roboty, prządł cieniutko przez dobrych kilka a może nawet kilkanaście lat. Wreszcie doszedł do wniosku, że Paryż nie dla niego, nikt tu nie docenił jego talentu, spakował więc część swoich dzieł w kupione za grosze rozklelotane auto, i - objuczony winem i serami francuskimi – poturlał się do Polski. Po powrocie do kraju urządził winno - serowe przyjęcie, na które zaprosił dawnych kolegów po fachu - jeden z nich w tym czasie został dziekanem Akadademii Sztuk Pięknych, drugi uznanym artystą malarzem, inny znów zmienił zawód i zajął się profesją taksówkarza, jeszcze inny bogato się ożenił i coś tam tylko dorabiał. Przyszli, a jakże, pojedli i popili, potem wpadli jeszcze raz czy dwa i na tym kontakty towarzyskie się urwały. Miasto rodzinne zmieniło się nie do poznania, ze zmianą ustroju zmienił się spoób na życie, mentalność i układy - a stare przyzwyczajenia, które posiadał był malarz, zupełnie już nie miały racji bytu. Po kilku miesiącach, rozczarowany, postanowił powrócić do Paryża – to takie piękne miasto, tyle tam się dzieje, życie wrze – tak, chyba lepiej tam żyć. Zapakował znowu te same swoje obrazy w ten sam stary samochód i ruszył z powrotem. Okazało się, że jego paryskie mieszkanko ktoś już zajął, zasiłki jakoś się urwały, sytuacja stała się naprawdę podbramkowa. Malarz, znerwicowany i zawiedziony, jest bliski samobójstwa...

Grupa robotników budowlanych dla oszczędności wynajęła wspólne mieszkanie. Jeden malutki pokoik, w którym postawili piętrowe łóżka, w kącie prysznic i malutka kuchenka. Wstawali o bladym świcie, pracowali w pocie czoła do późnego wieczora, i tak dzień w dzień, od poniedziałku do soboty, kiedy to z otrzymaną wypłatą wracali na wolną niedzielę do wspólnego mieszkanka. Co robić ? Ano... może się napijemy ? Żeby zabić czas, zabić tęsknotę za rodziną, odstresować się - pozostał tylko alkohol. Jedna kolejka, druga – jeden stawia, potem drugi, i tak przez całą niedzielę, aż do przepicia całej wypłaty, aż do poważnego kaca, fizycznego i moralnego. A w poniedziałek rankiem – mocne postanowienie poprawy. No tak, w zeszłym tygodniu się nie udało, ale w następnym już na pewno odłoży się całą tygodniówkę, żeby wreszcie posłać żonie i dzieciom do wsi rodzinnej...Tyle, że tydzień w tydzień scenariusz był ten sam, tyle że wątroba, nerki i trzustka coraz bardziej zdruzgotane...

Pewna moja koleżanka spędziła ponad dwadzieścia pięć lat w Nowym Jorku. Miasto cudowne, energia, wielkie możliwości. Pracowała intensywnie, akceptując byle jakie zajęcia, mieszkała w bardzo odległej, brzydkiej dzielnicy. Jadała z papierka, tyrała latami bez żadnych wakacji, marząc o wygodnym, bogatym przyszłym życiu za zaoszczędzone latami pieniądze. Wreszcie nadszedł czas emerytury i powrotu do kraju - owszem, oszczędności wystarczyłyby na wesołe, dostatnie życie, gdyby nie to, że nadszarpnięte latami wytężonej pracy zdrowie już poważnie szwankowało, koleżanki gdzieś się pogubiły: jedna jest w domu starców, druga ciężko chora, inna nie żyje...

Ktoś mądry stwierdził, że tymczasowość jest najgorszym sposobem na życie. Nawet na krótkich wakacjach czy w czasie kilkudniowego pobytu w szpitalu należy poczuć się u siebie, zamieszkać, żyć teraz i już. Nie dajmy się zwieść, nie żyjmy marzeniami, które być może nigdy się nie spełnią, nie myślmy obsesyjnie o jakiejś przyszłości, która nigdy nie będzie miała miejsca. Żyjmy dniem dzisiejszym, w miejscu, które sobie - przecież świadomie -wybraliśmy ! I cieszmy się z tego, co mamy, nie obrzydzajmy sobie obecnego życia, bo kto wie, ile i co jest nam jeszcze pisane?

Krystyna Mazurówna, Polonika nr 198/199, lipiec/sierpeiń 2011

Dodatkowo:

Newsletter

Jeżeli chcesz otrzymywać mailem informacje na bieżąco wpisz swój adres e-mail
Top
We use cookies to improve our website. By continuing to use this website, you are giving consent to cookies being used. More details…