Efekt szyby

Kto widział muchę próbującą przebić się na drugą stronę okna, wie, że bezustanne odbijanie się od szyby to jej jedyny patent na ucieczkę z mieszkania. Kto zna ludzi, wie, że nie tylko muchy upodobały sobie bezproduktywne walenie głową w przeszkodę.

 

A emigracja to cały labirynt takich przeszkód. Wielokrotnie zaczynałam od nowa i wciąż zauważam tę zabawną prawidłowość: wyjeżdżamy z jednego kraju, a w kolejnym nieświadomie go poszukujemy. Gdzie nasz polski lekarz, porządny twaróg i plotki z sąsiadką z dołu? Nie pozbywamy się dawnych nawyków, irytuje nas lokalna inność. Jej plusy przyjmujemy za pewnik (w końcu po to wyjechaliśmy!), ale minusy widzimy niczym w soczewce. Są i tacy, którzy bez przerwy się wyprowadzają, bo gdzieś tam życie jest łatwiejsze, trawa zieleńsza, a nowy początek zawsze nieco zwalnia z odpowiedzialności i ponoszenia konsekwencji. Ja próbuję już po raz czwarty. Czy bez „efektu szyby”, czas pokaże.

Einstein, znany z kpin z ludzkiej głupoty, podsumował „efekt szyby” jednym trafnym zdaniem: „szaleństwem jest robić wciąż to samo i oczekiwać innych rezultatów”. Cóż, nie wydaje mi się, żeby wszystkie muchy były z natury szalone i to samo chyba może tyczyć się ludzi. Niemniej jednak, gdy w kółko powtarzamy to samo działanie, możemy sprawiać wrażenie wolno myślących. Błądzić jest rzeczą ludzką, ale uparcie trwa w błędzie tylko głupiec.
Inny z wielkich umysłów XX wieku, Freud, nazwał owo zapętlenie „przymusem powtarzania”. Uważał, że odgrywamy wciąż te same scenariusze ze względu na instynktowne dla ludzkiej natury pragnienie powrotu do wcześniejszego stanu rzeczy. Nawet doświadczenia negatywne ponawiają się, bo napędza nas chęć nieistnienia, potrzeba rozpłynięcia się nicości, od której wszystko się zaczęło i na której wszystko się skończy.
Dzisiaj wiemy, że Freud, mimo niepodważalnego wkładu w rozwój współczesnej psychologii, miał lekką tendencję do dramatyzowania. Tropienie najniższych ludzkich instynktów było w końcu podstawą jego CV, a to raczej nie nastraja do dowcipkowania. Bardziej współczesne wyjaśnienie naszej oporności w przyswajaniu nowych rozwiązań i upodobania do ciasnych, ale własnych horyzontów myślowych jest nieco bardziej prozaiczne. Powtarzamy błędy najprawdopodobniej ze strachu. Tkwimy w kołowrotku nieefektywnych rozwiązań ze strachu przed nieznanym, obawą przed tym, „co ludzie powiedzą”…

Boimy się zaryzykować, bo porażka może napawać potężniejszym strachem, niż utrzymanie status quo. Zresztą często działamy zupełnie nieświadomie. A przecież nigdy nie dostrzeżemy, że w istocie powtarzamy jedno błędne koło za drugim, jeśli nie uświadomimy sobie, że tylko my sami jesteśmy odpowiedzialni za to, jak potoczy się nasze życie. To nie zadanie świata, nieżyczliwych ludzi czy pecha.
Fakt, rzeczywistość wpływa na naszą codzienność, kształtuje nas i stanowi o różnego rodzaju ograniczeniach, czasem rzucając kłody pod nogi. Ale decyzje podejmujemy my i tylko my mamy ostatnie słowo. Zmiana nie dokona się sama, jeśli sami nie przejmiemy jej steru. Aby to przyznać, potrzeba odwagi, a przecież zawsze łatwiej winić wszystkich wokół. A żeby to przekonanie wcielić w działanie, potrzeba tej odwagi jeszcze więcej. Tak, bo znowu: co ludzie powiedzą? Zwłaszcza jeśli na nowej ścieżce powinie nam się noga, a noga, jak to noga, powinie się przecież nie raz.
Porażki przytrafiają się zarówno tym, którzy powtarzają te same scenariusze, jak i tym, którzy wcielają w życie te zupełnie nowe. Ale tylko ci ostatni mają szansę popchnąć świat nieco do przodu. Co oczywiście zdarza się nieczęsto. Z tym, że tylko tym, którzy próbują. Bez przesadnej paniki, która częściej blokuje, niż motywuje. Po prostu z ciekawością i minimum wiary we własne siły. Życie przecież nie jest równaniem zero- jedynkowym, a całej tajemnej wiedzy nikt nigdy nie posiadł.


Deprecjonujące? Niekoniecznie, dzięki temu nie ma granic dla naszych możliwości. Czyż nie jest to niezwykle smutne, że ci, którzy coraz dalej je przesuwają, zyskują miano szaleńców? Mimo że to my, ci „normalni”, bez ustanku walimy głową w szybę tego samego okna.
Na przyszły rok zatem życzę sobie i Wam: niech szyby pękają, a jedyne interesujące „co ludzie powiedzą” niech odnosi się do pytania „która godzina?”. Szampańskiego 2017!

Karolina Sima, Polonika nr 257, listopad/grudzień 2016.

Dodatkowo:

Newsletter

Jeżeli chcesz otrzymywać mailem informacje na bieżąco wpisz swój adres e-mail
Top
We use cookies to improve our website. By continuing to use this website, you are giving consent to cookies being used. More details…