To jest prywatna własność

Niewielka wioska Gusen, licząca dziś około tysiąca mieszkańców, znajduje się kilkanaście kilometrów od Linzu.To tutaj w latach 1940–1945 znajdował się niemiecki obóz koncentracyjny Gusen.


Był jednym z największych miejsc zagłady Polaków w czasie II wojny światowej, zbudowanym w celu zniszczenia polskiej inteligencji. Należał do najcięższych obozów nazistowskich Niemiec. W niewyobrażalnych cierpieniach zginęło w nim ponad 40 tysięcy więźniów wielu narodowości, a większość, bo około 27 tysięcy, stanowili Polacy. Dziś na terenie byłego obozu znajduje się piękne osiedle jednorodzinnych domów.

Słoneczne czerwcowe popołudnie 2016 roku. Jadąc do Gusen, przejeżdżam obok miejscowości Mauthausen. Zatrzymuję się na małej stacji kolejowej. To tutaj pociągami transportowano więźniów, którzy kopani, bici kolbami karabinów, pod eskortą dalej gnani byli do obozów Mauthausen lub Gusen. „Jechaliśmy trzy dni i trzy noce, stłoczeni w wagonach towarowych jak cielęta, na stojąco. Jechaliśmy bez wody. Ludzie umierali w tych wagonach, stojąc, podtrzymywani przez innych. Nie było ich nawet gdzie położyć” – to fragment wspomnień jednego z polskich więźniów.
Dziś na murze przy dworcowym budynku wisi pamiątkowa tablica umieszczona tu w 2007 r., opatrzona tekstem: „Im Gedenken an die zehntausende Frauen und Männer, die von hier den Weg in ein ungewisses Schicksal im KZ Mauthausen antreten mussten“. Wśród wypisanych poniżej nazwisk przywiezionych więźniów widnieją też polskie. Na tablicy informacyjnej, zawieszonej w sali dworcowej, pośród wielu ciekawostek o okolicy można znaleźć jednozdaniową informację, że znajdował się tu obóz w Mauthausen. O obozie w Gusen, który był największy i w którym zginęło więcej ludzi niż w Mauthausen, nie ma nic.
W Gusen czekam na spotkanie z Marthą Gammer, emerytowaną nauczycielką z jednej z pobliskich szkół. Do miejscowości tej przyjechała w latach 70. Zainteresowały ją wtedy rozmowy uczniów, którzy chwalili się, że chodzą po podziemnych, kilkukilometrowych tunelach wydrążonych w pobliskich górach. Wówczas niewiele osób wiedziało, że tunele te wydrążyli więźniowie obozu Gusen, aby mogła być w nich prowadzona produkcja zbrojeniowa na potrzeby niemieckiej armii. Dziś Martha Gammer jest przewodniczącą Komitetu Pamięci Gusen, stowarzyszenia od 30 lat zajmującego się ocaleniem pamięci po byłym niemieckim obozie koncentracyjnym. Umówiłam się z nią, aby dowiedzieć się, co dzieje się dziś z pozostałościami po dawnym miejscu zagłady. Po tegorocznych uroczystościach, upamiętniających wyzwolenie obozów Mauthausen-Gusen, w mediach w Polsce pojawiło się bowiem wiele alarmujących informacji o niszczeniu pozostałości po obozie w Gusen, w szczególności o dewastowaniu byłego placu apelowego.

Niepokojące zmiany
W maju 2016 roku obchodzona była w Austrii kolejna, 71. rocznica wyzwolenia niemieckich obozów koncentracyjnych Mauthausen-Gusen. Główne uroczystości jak zwykle odbywały się w obozie Mauthausen. Dużym zaskoczeniem dla osób, które tego roku przybyły, aby również upamiętnić ofiary obozu Gusen, był widok szlabanu zagradzającego drogę do miejsca, w którym znajdują się dwa murowane budynki. To dawne baraki obozowe, leżące niedaleko wschodniej części placu apelowego. Wywołało to w polskich mediach falę spekulacji dotyczących przyszłości miejsca, które według prawa austriackiego nie jest objęte ochroną konserwatorską i znajduje się obecnie w prywatnych rękach, jednak dla osób więzionych, dla ich potomków i całych narodów, których przedstawiciele byli mordowani, stanowi szczególne miejsce.
Na początku czerwca 2016 roku do Austrii przyjechała delegacja z Polski, aby zapoznać się ze stanem pozostałości po byłym obozie koncentracyjnym Gusen. W skład jej weszła Magdalena Gawin, wiceminister kultury i dziedzictwa narodowego, towarzyszył jej Artur Lorkowski, ambasador Polski w Austrii, Robert Kostro, dyrektor Muzeum Historii Polski, oraz Katarzyna Piotrowska z Narodowego Instytutu Dziedzictwa. W trakcie wizyty, oprócz Gusen, delegacja odwiedziła także inne miejsca polskiej martyrologii w Austrii, m.in. w Neustadt-Guntramsdorf, Hartheim, Melk oraz sztolnie w St. Georgen.
Dla Polski Gusen to miejsce szczególnie ważne; to było miejsce uwięzienia dziesiątek tysięcy polskich inteligentów: nauczycieli, lekarzy, działaczy społecznych, prawników, samorządowców, inżynierów. W przygniatającej większości zostali aresztowani za sam fakt wykształcenia. Nazwa obozu zniknęła z austriackiej ustawy rządowej o miejscach pamięci. Nazwa systemu obozów brzmiała KL Mauthausen-Gusen, a nie tylko KL Mauthausen. Chodzi nam o ochronę zabudowań obozowych i historycznej nazwy w przygotowywanej przez rząd austriacki ustawie – powiedziała w rozmowie z PAP wiceminister kultury i dziedzictwa narodowego Magdalena Gawin. Dodała, że rozmawiała z wiceministrem spraw wewnętrznych Republiki Austrii, Hermannem Feinerem, i uzyskała zapewnienie, że Austria dochowa wszelkich starań, by pozostałości po KL Gusen pozostały godnym miejscem pamięci. Minister podkreśliła jednak, że strona polska jest bardzo zaniepokojona faktem, iż na dawny plac apelowy wjechał buldożer i prowadzone są jakieś prace.

Petycje, listy, apele
Relacje przedstawicieli polskiej delegacji odbiły się w kraju dużym echem. Petycję w sprawie zaprzestania degradacji i zachowania pamięci o obozie koncentracyjnym KL Gusen, skierowaną do Wolfganga Sobotki, austriackiego ministra spraw wewnętrznych, wystosowali przedstawiciele życia społecznego i naukowego, zajmujący się zachowaniem pamięci o niemieckim ludobójstwie.
W petycji tej czytamy m.in.: „Zbulwersowani niszczeniem historycznych miejsc zagłady dziesiątków tysięcy naszych rodaków zwracamy się do Pana o podjęcie pilnych działań zmierzających do zatrzymania systematycznego wymazywania z przestrzeni publicznej Republiki Austrii pozostałości po obozie koncentracyjnym KL Gusen. Proces ten jednak się nie zakończył. Dosłownie w ostatnich tygodniach rozpoczęto dewastowanie terenu dawnego placu apelowego. Zbudowano ogrodzenia, które uniemożliwiają dostęp do materialnych pozostałości po obozie”. Pod petycją podpisali się m.in. prezes IPN Łukasz Kamiński, dyrektor Muzeum Historii Polski Robert Kostro i Naczelny Rabin Polski Michael Schudrich.
Pod koniec czerwca zabrali głos dyplomaci, wystosowując do ministra spraw wewnętrznych Austrii list otwarty, w którym postulują zmianę nazwy powoływanego Urzędu Federalnego na „KZ Gedenkstätte Mauthausen-Gusen/Mauthausen-Gusen Memorial”. Zmiana nazwy, choć symboliczna, ma jednak duże znaczenie– przypomina o obozie Gusen i innych podobozach na terenie Austrii, jak argumentują swą prośbę autorzy listu. Jako przedstawiciele narodów, których obywatele byli więzieni w koncentracyjnych obozach systemu Mauthausen-Gusen, pod listem podpisali się ambasadorowie Polski, Francji, Włoch, Hiszpanii, Słowenii, Czech, Ukrainy oraz Węgier.
Do austriackiego ministra spraw wewnętrznych Wolfganga Sobotki zwrócili się również członkowie Stowarzyszenia Studentów i Absolwentów Instytutu Archeologii Uniwersytetu Warszawskiego. Na stronie www.citizengo.org  podjęli inicjatywę zbierania podpisów pod apelem do austriackiego MSW w sprawie ochrony obiektów obozowych. Do końca czerwca 2016 roku pod petycją podpisało się prawie 26 tysięcy osób. 

Komitet Pamięci Gusen
W trakcie swej wizyty wiceminister Magdalena Gawin spotkała się również z przedstawicielami działającej społecznie od 30 lat austriackiej organizacji pozarządowej, Komitetu Pamięci Gusen, i podziękowała im za opiekę nad pozostałościami obozu w Gusen.
Inż. Rudolf Hanschmied, członek Komitetu Pamięci Gusen, wystosował w czerwcu pismo do wszystkich klubów parlamentarnych w Austrii. Zaznacza w nim, że liczba ofiar KZ Gusen znacznie przekracza liczbę ofiar obozu Mauthausen i obóz ten ma dla Polaków podobne znaczenie jak pamięć o Katyniu. Tymczasem nie istnieje on w społecznej świadomości, dlatego pamięć o nim musi być zachowana i przekazywana w taki sam sposób, jak w przypadku obozu w Mauthausen.
Zanim umówiłam się na spotkanie w Gusen z Marthą Gammer, przewodniczącą Komitetu Pamięci Gusen, otrzymałam od niej e-mail, w którym m.in. napisała: „Znajomi z Polski przysyłają mi wiele alarmujących relacji z polskiej prasy na temat tego, co się teraz dzieje na terenie byłego obozu w Gusen. Zadzwoniłam do gminy, aby dowiedzieć się czegoś na ten temat. W administracji gminy nic nie wiadomo o pracach budowlanych na terenie byłego placu apelowego, który jest w posiadaniu firmy Poschacher Natursteinwerke GmbH. Burmistrz stwierdził, że tam, gdzie pracuje spychacz, trwa usuwanie zwałów ziemi i gruzu nagromadzonego podczas eksploatowania kamieniołomu, ale powierzchnia byłego placu apelowego nie powinna być zniszczona. Zobaczymy wszystko na miejscu".

O tym, co pozostało
Jeżeli porówna się plan byłego obozu z rozkładem dzisiejszych ulic na osiedlu domów jednorodzinnych pobudowanych na terenie byłego obozu, to można dostrzec, że chodzimy dziś po byłych obozowych uliczkach. Wspólnie z Marthą Gammer przeszłyśmy do miejsca, w którym postawiony został szlaban zagradzający dalszą drogę.
Ta ulica jest wewnętrzną, prywatną drogą. Należy do firmy Zentraplast Kunstoffrecycling GmbH, podobnie jak i dwa budynki obozowe, do której ta droga prowadzi. Jedynie one się zachowały do dziś, bo były całe murowane, a pozostałe budynki obozowe były drewniane, jedynie fundamenty betonowe, zbudowane z kamiennych bloków. Teraz w tych dwóch zachowanych obozowych budynkach mieści się firma Zentraplast, której właścicielem jest rodzina Danner. Do tej rodziny należy również Jourhaus, dziś nowoczesna willa, dawniej budynek komendantury obozu Gusen, będący jednocześnie główną bramą wjazdową do obozu. Pamiętam, że jeszcze na początku lat 70. ubiegłego wieku, obok tych murowanych baraków obozowych, które jako jedyne się zachowały, stał jeszcze jeden obozowy barak, drewniany. W czasie istnienia obozu była tam obozowa kuchnia. Dziś już go nie ma - mówi pani Gammer.
Pytam ją, dlaczego tę ulicę zagrodzono w tym roku szlabanem.
Rozmawiałam z właścicielami, którzy twierdzili, że to dla bezpieczeństwa osób oglądających zachowane dwa budynki obozowe – odpowiada. – Drogą tą jeżdżą samochody dostawcze. Droga jest prywatna, w związku z tym dla bezpieczeństwa postronnych osób wejście na nią jest niedozwolone. Zagrodzono je szlabanem. Właściciele firmy tłumaczyli mi, że osoby przybyłe z zagranicy nie potrafią czytać ostrzeżeń i wjeżdżają osobowymi autami na tę wąską drogę, po której jeżdżą też samochody dostawcze – tłumaczy pani Gammer.
Podchodzimy pod sam szlaban, w dali, za kolejnym ogrodzeniem, widać zwały ziemi i gruzu. – Teren, na którym są te hałdy, należy do innej rodzinnej firmy, Poschacher Natursteinwerke GmbH. Przemieszczanie spychaczem zwałów gruzu i ziemi to również coś nowego, co szczególnie może budzić zaniepokojenie. Proszę zobaczyć, że te hałdy opierają się o mur, który zbudowali nadludzkim wysiłkiem rąk więźniowie. Teren obozu okalały dwa mury. Jeden, wewnętrzny, wysoki na 4 metry, był murem zabezpieczającym przed ucieczką więźniów, ten został po wojnie rozebrany przez Rosjan. Drugi natomiast, tzw. zaporowy, równie wysoki, również zbudowany z kamiennych bloków, od strony północnej i wschodniej zabezpieczał obóz przed osuwającą się ziemią ze wzgórza. Jedynie jego fragmenty zachowały się do dziś. Dzięki staraniom naszego Komitetu jest on objęty ochroną konserwatora zabytków. Obecna sytuacja związana z pojawieniem się spychacza przesuwającego zwały ziemi bardzo nas niepokoi. Cały czas musimy obserwować, co się tu dzieje.
Pytam następnie o plac apelowy obozu, o którym w polskich mediach jest szczególnie głośno. – Teren byłego placu apelowego znajduje się bezpośrednio za budynkiem Jourhaus, dziś jest to teren przydomowy. Plac apelowy był duży i sięgał aż do tych dwóch murowanych budynków barakowych, które się zachowały. Dziś jest tam parking. Ponadto właśnie ten teren, gdzie przesuwane się zwały ziemi i gruzu, też należał do placu apelowego. My też w tej chwili stoimy właśnie na byłym placu apelowym. Na powierzchni drogi widzimy asfalt, ale pod spodem prawdopodobnie znajduje się kostka granitowa, którą plac ten przez więźniów był wyłożony.
Jak wynika ze słów mojej rozmówczyni, cały obozowy plac apelowy dziś znajduje się w prywatnych rękach. – Jedynie niewielki jego fragment jest obecnie publiczną ulicą – potwierdza słuszność moich spostrzeżeń Martha Gammer. – Prawie cały teren obozowy jest dziś w prywatnych rękach. Po wyzwoleniu obozu w maju 1945 roku przez wojska amerykańskie, obszar obozu znalazł się w sowieckiej strefie okupacyjnej. Rosjanie eksploatowali jeszcze po wojnie pobliski kamieniołom, a później wywieźli do Związku Radzieckiego wszystko, co miało jakąkolwiek wartość. Pozostały jedynie murowane fundamenty baraków. Rosjanie nie chcieli, aby po obozie Gusen cokolwiek pozostało. W obozie tym więziono rosyjskich żołnierzy. Stalin chciał zatrzeć wszelkie ślady po tym, że jego żołnierze dostali się do niewoli i pracowali jako jeńcy dla niemieckiego przemysłu zbrojeniowego. Po wycofaniu się Rosjan z Austrii w 1955 roku teren ten przeszedł na własność Republiki Austrii, został rozparcelowany i rozpoczęła się sprzedaż działek budowlanych, na których powstało osiedle domków jednorodzinnych. Ze względu na niską cenę działek, szybko znaleźli się kupcy. Jedynie byłym więźniom obozu, którzy na początku lat 60. ubiegłego wieku zakupili trzy parcele, w tym tę, na której były jeszcze fragmenty krematorium, zawdzięczamy to, że dziś znajduje się tu Memorial Gusen, miejsce upamiętniające obóz.
Podchodzimy do dwóch opuszczonych, szarych, podłużnych budynków. – To dwa byłe esesmańskie baraki – mówi Martha Gammer. – Należą również do firmy Poschacher. W 2005 roku dowiedziałam się, że pracownicy firmy są wykwaterowywani. Na miejscu zobaczyłam stojące już na parkingu maszyny budowlane. Zrodziło się podejrzenie, że firma Poschacher chce wyburzyć te budynki. Dzięki staraniom naszego stowarzyszenia budynki udało się ocalić, zostały objęte ochroną konserwatora zabytków. Inaczej prawdopodobnie zostałyby już rozebrane. Mojemu stowarzyszeniu udało się również doprowadzić do wpisu na listę obiektów objętych ochroną jednej z niewielu resztek po byłym obozie, pozostałości wielkiego młyna, który nieopodal się znajduje. Więźniowie kruszyli w nim kamień, przeznaczony na budowę dróg III Rzeszy. Obawialiśmy się, że obiekt ten zostanie po cichu rozebrany – dodaje. – Pod ochroną znajduje się również niewielki domek na osiedlu, on też jest murowany. Znajdował się w nim obozowy dom publiczny, w którym więźniarki przywiezione z obozu koncentracyjnego dla kobiet Ravensbrück zmuszone były do świadczenia seksualnych usług. Dziś jest to dom mieszkalny. Właściciele tych budynków są bardzo niezadowoleni, bo nie mogą dokonywać w nich większych zmian.
Trudno wyobrazić sobie mieszkanie w byłych obozowych barakach. Pomiędzy dwoma murowanymi budynkami, w których dziś pracują ludzie, rozstrzeliwano więźniów, a we wspaniałej dziś willi, dawnym Jourhaus, torturowano i mordowano więźniów. Podchodzimy do miejsca, gdzie wkrótce ma rozpocząć się budowa nowego osiedla domów jednorodzinnych.
Teren ten, przeznaczony pod zabudowę, znajduje się poza obszarem właściwego obozu. Ale mieściła się tam tzw. Kanada, baraki, w których od 1944 roku składowano rzeczy przywiezione przez węgierskich Żydów. Zachowały się tam do dziś fragmenty dawnego muru zaporowego. Jest on pod ochroną, więc miejmy nadzieję, że nie zostanie zniszczony. Teren ten jest własnością prywatną, należy również do firmy Poschacher. Już w 2005 roku firma ta uzyskała zezwolenie na przekształcenie tego terenu z przemysłowego na budowlany. Oczyszczony już został z krzewów i drzew. Wkrótce rozpocznie się jego zabudowywanie - opowiada moja rozmówczyni.

Pożegnałam się z panią Marthą. Postanowiłam jeszcze pochodzić uliczkami pośród osiedla domów jednorodzinnych, zbudowanych na terenie byłego obozu. Część okolicznych mieszkańców nie jest zadowolona, że każdego roku w maju po ich osiedlu chodzą jacyś „obcy” i oglądają ich domy. Spaceruję po uliczkach o ładnych nazwach, nieprzypominających tego, co się tu dawniej działo. Przechodzę ulicą Słowików (Lerchenstrasse), która łączy się z ulicą Kwiatową (Blumenstrasse), dalej ulica Górna Ogrodowa (Obere Gartenstrasse) przechodzi w ulicę Dolną Ogrodową (Untere Gartenstrasse) – to właśnie tutaj stoją dwa murowane byłe baraki obozowe – a ulica Parkowa (Parkstrasse) przebiega niedaleko krematorium. Dziś to osiedle domków jednorodzinnych liczy kilkaset mieszkańców, w czasie funkcjonowania obozu na tym samym terenie przebywało stłoczonych w nieludzkich warunkach 12 tysięcy więźniów. Mijam wypielęgnowane trawniki wokół domów, przydomowe placyki zabaw dla dzieci, równo przystrzyżone żywopłoty. Aż trudno uwierzyć, że miejsce to było „piekłem piekieł” dla tych, którzy przeżyli.
Na uliczkach nie ma prawie nikogo. Tylko od czasu do czasu powoli przejeżdża osobowy samochód. Panuje cisza, z rzadka przerywana odgłosami dobiegającymi z placu budowy przy jednym z domów, nieopodal Memorial Gusen. Dostrzegam idącego mężczyznę. Mijając, pozdrawiam go, zatrzymuję się i pytam:
– Pan tu mieszka?
– Tak, a dlaczego pani pyta?
– Tu, nieopodal, będą budować domy jednorodzinne na sprzedaż, jest to dla mnie interesujące, więc oglądam tę okolicę, jak się tu mieszka – wskazuję ręką w kierunku terenów poza osiedlem. – W internecie znalazłam informację, że to tereny po obozie koncentracyjnym, podobno po wojnie zostały tylko betonowe fundamenty po barakach.
– Wiem o tym, gdy mój ojciec budował tu dom, musiał je usuwać, a kilka lat temu, gdy ja dostawiałem altankę, też musiałem je skuwać, nie było to łatwe.
– A nie podlegały one żadnej ochronie prawnej, nie należało przeprowadzić badań archeologicznych?
Zauważyłam, jak zmienił mu się wyraz twarzy. Mężczyzna uważnie mi się przyjrzał i dostrzegł aparat fotograficzny skrywany w mojej ręce. Szybkim krokiem ruszył dalej, rzucając przez ramię:
– To jest prywatna własność. Do widzenia!
– Do widzenia! – odpowiedziałam.
Wiem, że ci, którzy budowali tu domy, znajdowali nie tylko resztki fundamentów, ale i ludzkie kości.

Veronika Iwanowski, Polonika nr 255, lipiec/sierpień 2016

Dodatkowo:

Newsletter

Jeżeli chcesz otrzymywać mailem informacje na bieżąco wpisz swój adres e-mail
Top
We use cookies to improve our website. By continuing to use this website, you are giving consent to cookies being used. More details…