Historia jednego żołnierza

Na wiedeńskim Cmentarzu Centralnym w grupie 88 znajduje się kwatera polskich żołnierzy. Pośrodku niej stoi obelisk, a wokół niego kilkadziesiąt krzyży.

Każdego roku, w dzień Wszystkich Świętych, w pobliskim kościele mają miejsce msza za polskich żołnierzy oraz złożenie wieńców na ich mogiłach. Mało znane są jednak tragiczne losy tych żołnierzy, którzy swój ostatni spoczynek znaleźli na wiedeńskim cmentarzu. Przybliżmy zatem historię jednego z nich, majora Kazimierza Żmudzińskiego – bohatera spod Wysokiej.

Kazimierz Józef Żmudziński urodził się 1 marca 1903 r. Brał udział w wojnie polsko-bolszewickiej, za walki w tym okresie otrzymał Krzyż Walecznych. Awansował na stopień podporucznika artylerii. Po zakończeniu wojny został oficerem zawodowym, służył w 2. Pułku Artylerii Górskiej w Przemyślu, otrzymał awans na porucznika. W 1931 r. por. Żmudziński awansuje na stopień kapitana, a niedługo przed wybuchem II wojny światowej – na stopień majora.
Od lata 1939 r. I dywizjon tego pułku odbywa ćwiczenia z 10. Brygadą Kawalerii płk. Stanisława Maczka w Bieszczadach. Od 9 sierpnia 1939 r. dywizjon znajdował się w stanie alarmu, a 15 sierpnia został zmobilizowany i pod dowództwem mjr. Żmudzińskiego wyruszył z Brygadą w rejon Krakowa, gdzie został ulokowany w miejscowościach Kryspinów, Liszki i Wola Justowska.
W godzinach południowych 1 września 1939 roku 10. Brygada Kawalerii, a wraz z nią 16. Dywizjon Artylerii Motorowej mjr. Żmudzińskiego, na rozkaz dowódcy Armii „Kraków”, wyrusza na front pod Jordanów. Wieczorem działa ustawiono na stanowiskach ogniowych w miejscowości Naprawa. Punkt obserwacyjny dowódcy dywizjonu znajdował się w pobliżu samotnych domostw na wzgórzu Działek, skąd miał on doskonały wgląd na przedpole.
Następnego dnia, po świcie, w ogniu armat i dział z dużymi stratami wroga załamało się pierwsze wyprowadzone natarcie „wiedeńskiej” 2. Dywizji Pancernej. Niestety, drugie niemieckie uderzenie w sile około 200 czołgów po godz. 9.00 przełamało pozycje polskiej obrony – część wozów bojowych zaatakowało rejon punktów obserwacyjnych artylerii, skąd do ostatka kierowano ogniem. Wreszcie, gdy gąsienice czołgów pozrywały linie telefoniczne, łączące obserwatorów ze stanowiskami obu baterii, polskie działa zamilkły. W czasie odwrotu trzeba było przejść praktycznie pomiędzy wrogimi czołgami. Oficerowie i żołnierze dywizjonu, wykazując się niezwykłym bohaterstwem, próbowali zwalczać blokujące odwrót czołgi granatami. W ten sposób zginął ppor. rez. Kazimierz Hawrysz, kpr. Babski, bomb. Smoła i kan. Stasieńczuk; kilku innych odniosło rany lub dostało się do niewoli. Ostatnią walkę dowódcy dywizjonu, mjr. Kazimierza Żmudzińskiego, wspominał kpr. Adam Rubaszewski:
Po zniszczeniu łączności telefonicznej i zakopaniu papierów z odbezpieczonym granatem ręcznym nastąpiło wycofanie się nasze z punktu obserwacyjnego. Ostatni szedł mjr Żmudziński, trafiony z k.m. czołgów niemieckich padł ciężko raniony (...). Padliśmy na ziemię. Ogień karabinów maszynowych siekł naokoło, liście kartofliska zasypywały nasze plecy. Czołgi niemieckie najeżdżały na leżących, do mnie zbliżył się czołg na kilka kroków, czułem, że byłem wzięty na celownik. Zostaliśmy wzięci do niewoli po obrabowaniu nas ze wszystkich posiadanych rzeczy, przy czym mówiono z drwinami, że biorą na pamiątkę. Widzieliśmy butę germańską, która nie uszanowała obowiązujących praw międzynarodowych wobec jeńców wojennych. Zostaliśmy użyci do noszenia skrzynek z amunicją na pozycje nieprzyjaciela.
Nasz dowódca leżał ciężko ranny, bez żadnej pomocy, wystawiony na drwiny bandyckich żołdaków, dla których bohaterskie zachowanie się rannego nie robiło żadnego wrażenia. Po trzech godzinach biernego przyglądania się systematycznemu paleniu budynków biednych ludzi i przeszukiwaniu terenu w obawie, jak się wyrazili, przed „Heckenschützerami”, zostałem na moje prośby przyprowadzony jako tłumacz do rannego dowódcy. Było południe, słońce niemiłosiernie paliło. Ranny leżał we własnej krwi na słońcu z otwartą, wyrwaną głęboką raną w udzie, poza tym miał również przestrzeloną rękę. Strzępy roztrzaskanej lornetki polowej zwisały na piersiach. Leżał w beznadziejnym stanie... nie skarżył się, był spokojny. Gdy nachyliłem się, ciężko ranny uśmiechnął się, mówił do nas, dodawał nam jeszcze sił i otuchy do przetrwania niewoli. (...) Długi czas upłynął, zanim założono prowizoryczny opatrunek. Byliśmy tymi ostatnimi, którzy oddali mu żołnierską przysługę. Zanieśliśmy na swych ramionach mjr. Żmudzińskiego do auta – ostatnie spojrzenie... ostatni salut żołnierza.
Major Kazimierz Żmudziński zmarł po kilku tygodniach w szpitalu w Wiedniu (niekiedy podawana data śmierci 19 października 1939 r. wymaga sprawdzenia). Został pochowany na Cmentarzu Centralnym w kwaterze 88. Pośmiertnie, na wniosek dowódcy brygady płk. Stanisława Maczka, późniejszego dowódcy 1. Dywizji Pancernej – zmarły bohater spod Wysokiej został odznaczony Srebrnym Krzyżem Virtuti Militari.

Piotr Sadowski, Polonika nr 257, listopad/grudzień 2016

Dodatkowo:

Newsletter

Jeżeli chcesz otrzymywać mailem informacje na bieżąco wpisz swój adres e-mail
Top
We use cookies to improve our website. By continuing to use this website, you are giving consent to cookies being used. More details…