NATCAR

Przychodzi II wojna światowa

Wspomnienia Wojciecha Lehra-Spławińskiego, który od prawie 50 lat mieszka w Austrii. Jego ojciec, Tadeusz Lehr - Spławiński, był ostatnim rektorem Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie przed wybuchem II wojny, pełnił tę funkcję także w pierwszym roku po zakończeniu wojny.

Wszyscy ci, którzy czytali gazety, słuchali radia, interesowali się polityką, spodziewali się wojny. Ale nie wszyscy myśleli, że przyjdzie tak szybko. Pierwszego września 1939 roku jeszcze Hitler nie skończył całkiem swojego szczekania w radiu, gdy samoloty niemieckie już o czwartej rano rzuciły bomby na Wieluń a pancernik Schleswig-Holstein odpalił pierwsze strzały na Westerplatte; zaś jeszcze dwa dni wcześniej Niemcy w polskich mundurach „zdobyli” radiostację w Gliwicach, wtedy niemieckich.

Wakacje w roku 1939 spędzaliśmy całą rodziną, wraz z Ojcem w Zawoi pod Babią Górą, w towarzystwie licznych znajomych Ojca ze środowiska akademickiego; wszyscy kwaterowaliśmy w willach Polskiej Akademii Umiejętności. Byłem już wówczas po egzaminie wstępnym do gimnazjum, zapisany oczywiście, zgodnie z tradycją rodzinną, do Sobieskiego.
W lipcu 1939 r., czuliśmy już zbliżającą się wojnę z Niemcami. Rzecz jasna byliśmy «Silni, zwarci i gotowi» w myśl znanego powszechnie hasła marszałka Rydza-Śmigłego. I w myśl tegoż hasła przybył do Zawoi batalion Korpusu Ochrony Pogranicza przeniesiony tu z granicy z Sowietami. Ta granica przecież była w powszechnym mniemaniu zupełnie bezpieczna! Mieliśmy wszak z bolszewikami pakt o nieagresji.
Polski rząd znał pakt Ribbentrop- Mołotow, ale nikt poza Stalinem i Hitlerem nie znał tajnego aneksu do niego. Przewidujący dobrze wypadki polski minister spraw zagranicznych, Józef Beck, powiedział po odrzuceniu przez Polskę „pomocy” sowieckiej w nadchodzącej wojnie z Niemcami następujące słowa: Gdybyśmy mieli nawet przegrać wojnę z Niemcami, to oni wojnę światową w końcu przegrają i będą musieli odejść, ale gdyby przyszli bolszewicy, to zostaną i zatrują duszę narodu. Tak się niestety stało w 1944 i 1945 roku! Minister Beck przewidział coś, czego w tym czasie nikt na całym świecie a tym bardziej w Polsce nie przewidywał, a z pewnością nie letnicy w Zawoi!
Lipiec był bardzo ładny, a żołnierze KOP-u prezentowali się bardzo bojowo. Urządzono mszę polową przed kapliczką w Górnej Zawoi. Zebrał się tłum letników i miejscowych górali. Znalazł się wśród żołnierzy KOP-u pewien przystojny sierżant, który smalił koperczaki” do mojej siostry Basi. Znajomość z nim ułatwiła mi uzyskanie od wojska pozwolenia wejścia na Babią Górę. Wtedy był to teren wojskowy szczelnie zamknięty przez uzbrojone „po zęby” straże KOP-u. Poszliśmy więc następnego dnia w towarzystwie pana sierżanta do schroniska na Markowych Rówienkach a potem na sam szczyt Babiej. Tam zobaczyliśmy najprawdziwszy karabin maszynowy, taki sam, jaki jeszcze przed końcem roku szkolnego nasza krakowska szkoła im. Sebaldy Münnichowej przy ulicy wówczas Potockiego ofiarowała uroczyście pułkowi piechoty, stacjonującemu w koszarach na Rajskiej. Staliśmy wówczas podczas tej ceremonii całą klasą, razem z całą szkołą, oczywiście «Silni, zwarci i gotowi».
Na Babiej Górze koło gniazda karabinu maszynowego był rodzaju okopu, w którym stała artyleryjska luneta nożycowa, przez którą podoficer obserwował bez przerwy nieprzyjaciela, tzn. Niemców u podnóża Babiej góry, po słowackiej stronie. Pozwolono i nam zobaczyć wroga! Zobaczyłem postacie żołnierzy w mundurach feldgrau, które później poznałem aż za dobrze. Niektórzy wyglądali groźnie w hełmach i z karabinami, inni znowuż siedzieli na ławce przed jakimś domkiem i pili z kufli piwo. Był to widok dla niecodzienny, odmienny od fotografii z gazety. Uczułem wtedy dobrze, że wojna się naprawdę zbliża i to szybko.
Przygnębieni tym widokiem wróciliśmy przed wieczorem do domów PAU. Mieszkało tam z nami dużo znanych mi dobrze ludzi, przeważnie przyjaciół mojego Ojca, w tym prof. Wojciechowski z Poznania, prof. UJ Adam Vetulani, prof. UJ Władysław Szafer, dyrektor Ogrodu Botanicznego w Krakowie. Starsi panowie i panie rozmawiali poważnie o napiętej do ostateczności chyba sytuacji, a my młodzi słuchaliśmy pilnie wszystkiego. Aż któregoś dnia przyszły wezwania do wojska dla prof. Vetulaniego i prof. Szafera. Postanowiono, że po pożegnaniu rodzin wezwanych do wojska, wszyscy opuszczą Zawoję.
Ojciec, będąc wtedy rektorem UJ, wezwał telefonicznie pana Wątrobę, szofera UJ, żeby przyjechał po nas służbowym autem, Fiatem Polskim 518. Po drodze do Krakowa widzieliśmy, jak Junackie Hufce Pracy (organizacja młodzieżowa w latach 1936–39, służąca aktywizowaniu zawodowemu młodzieży – przyp. red.) kopią koło Jordanowa szerokie i głębokie rowy przciwczołgowe i stawiają zapory na skrzyżowaniach dróg. Gdzie indziej minęliśmy oddział Legii Akademickiej (W latach międzywojennych - organizacji przysposobienia wojskowego dla słuchaczy studiów wyższych na polskich uczelniach – przyp. red.) maszerujący na południe a potem znowu oddział KOP-u w pełnym uzbrojeniu, przemieszczający się tu do południowo-zachodniej Polski z rzekomo „bezpiecznej” granicy z Rosją Sowiecką. Już w Krakowie dowiedziałem się od Ojca, co niedawno powiedział minister Beck: My Polacy polskiego Pomorza nigdy nie oddamy, to sprawa honoru! Wojna już wisiała w powietrzu.
Gdzieś w drugiej połowie sierpnia Ojciec postanowił, że wyśle nas dwoje: siostrę i mnie, z babcią Binią Kopystyńską do Lwowa, uznał bowiem, że Kraków jest za blisko granicy z Niemcami, samoloty niemieckie mogą łatwo ze wszystkich kierunków przylatywać i może nawet bombardować, zaś aż do Lwowa chyba Niemcy nigdy nie dotrą, więc Lwów będzie na pewno bezpieczniejszy. Co do siebie samego, Ojciec zdecydował bezwzględnie zostać w Krakowie, bo trzeba będzie na jesieni otworzyć uniwersytet i zacząć normalne wykłady, czy wojna wybuchnie czy nie. Po czym postawił „na nogi” wszystkie swoje stosunki i znajomości i udało mu się dostać dla nas troje cały przedział w wagonie sypialnym do Lwowa. Potem się okazało, że wyjechaliśmy dosłownie trzy dni przed wybuchem wojny!
Na Lwów, miasto mojego urodzenia cieszyłem się bardzo.
Ojciec odprowadził nas na dworzec kolejowy. Wtenczas nie mogłem przypuszczać, że nie zobaczę go tak długo, bo aż do lutego 1940 r. Po drodze ze zgrozą i zaciekawieniem oglądaliśmy dworzec kolejowy w Tarnowie, na wpół zburzony w wyniku eksplozji bomby podłożonej przez niemiecką 5-ą kolumnę. Szpieg niemiecki oddał podobno walizkę do przechowalni, wypełnioną materiałem wybuchowym. Detonator czasowy był odpowiednio nastawiony.
We Lwowie zamieszkaliśmy u cioci Stasi i wuja Adama Heydów na ulicy Tarnowskiego, na tzw. Górze św. Jacka. Wuj Adam jakoś załatwił, że pomimo mojego wieku, zostałem przyjęty do służby w Obronie Przeciwlotniczej (OPL). Dostałem zielono-żółtą opaskę oraz prawdziwą maskę przeciwgazową w zielonej torbie na ramię. Miałem w razie alarmu przeciwlotniczego pilnować, żeby wszyscy mieszkańcy domu schodzili do schronów w piwnicy. Nad młodymi miejscowymi batiarami z ulicy zyskałem przewagę, nie tyle opaską OPL na ramieniu, ale tym, że byłem jedynym wśród nich, który już widział Niemców na własne oczy.
Czas mijał szybko w gronie rodzinnym, aż nagle przyszedł 1-szy września i dowiedzieliśmy się z radia, że Niemcy o 4-tej rano zaatakowali Polskę na ziemi i w powietrzu, że pancernik Schleswig-Holstein ostrzeliwuje wielkimi pociskami Westerplatte, Warszawa i wiele innych miast zostało zbombardowanych, lecz armia polska dzielnie się broni.
W ten pierwszy dzień wojny zabrał mnie wuj Adam ze sobą do śródmieścia Lwowa. Ludzi było pełno wszędzie, nastrój ulicy był wspaniały. Staliśmy właśnie, dziś nie pamiętam dokładnie już gdzie, chyba na Hetmańskiej, gdy usłyszeliśmy i prawie równocześnie zobaczyliśmy nadlatujące w kierunku dworca głównego wielkie samoloty. Spacerowicze byli najpierw zachwyceni i krzyczeli: Patrzcie! To nasi!, bo alarmu nie było. Gdy spadły pierwsze bomby, krzyczano znowu: To na pewno ćwiczenia! Dopiero gdy usłyszano syreny pędzących karetek pogotowia ratunkowego, zapadło wśród przechodniów milczenie. To był pierwszy niemiecki nalot na Lwów i pierwsi zabici i ranni.
Wróciliśmy do domu na Górę Jacka przygnębieni i zrazem podnieceni tymi wrażeniami. Wiadomości z frontu w radiu i dziennikach były jeszcze w stylu: «Silni, zwarci i gotowi». Później dowiedziałem się, że do opuszczonego przez polskie wojska Krakowa w trzeci dzień wojny wkroczył bez żadnego oporu Wehrmacht. Broniło się jeszcze Westerplatte, co napawało nas nadziejami. Mówiono, że polska kawaleria wkroczyła do Prus Wschodnich a polskie Łosie bombardowały Berlin. Wszystko to były pobożne życzenia, które okazały się plotkami. Niestety, prawdą było, że Niemcy idą szybko do przodu, polskie wojska cofają się a drogi są zatkane uciekającymi, dążącymi na wschód Polski czym się dało: piechotą, na wozach chłopskich, autami, dopóki benzyny starczyło... We Lwowie zaczęło być gęsto, na ulicach i w mieszkaniach.
Warszawa oblężona broniła się dzielnie, także Hel, ale Niemcy 6 czy 7 września byli już pod Lwowem, do którego przez pierścień niemiecki usiłował się przebić generał Sosnkowski. Zaczęło się oblężenie miasta, zaczął się ostrzał artyleryjski, nie tylko linii obrony, ale i samego miasta, zaczęły się bombardowania lotnicze.
Pewego dnia zawyły syreny alarmowe i na niebie ukazała się eskadra niemieckich samolotów typu „Junkers Stuka”, Starałem się właśnie jako członek OPL przypilnować, żeby wszyscy mieszkańcu domu zeszli do schronu w piwnicy, gdy zobaczyłem, jak jeden z samolotów odrywa się od eskadry i pikuje dokładnie w naszym kierunku. Wtenczas dozorca prawie siłą zagonił mnie przed sobą do piwnicy. Protestowałem głośno, że przecież OPL wolno zostać na dworze. Dozorca tylko krzyknął na mnie: Nie bałakaj było co, ty batiaru! (w przedwojennym dialekcie lwowskim: Nie pleć byle czego, ty łobuzie ! – przyp. red.) Może on uratował mi życie? Bo jak tylko znaleźliśmy się w środku, usłyszeliśmy świst bomby i nastąpił straszny, głośny wybuch, od którego cały nasz dom się zatrząsł. Kobiety krzyczały, dzieci płakały a ja wyleciałem prędko na ulicę i zobaczyłem z przerażeniem, że sąsiadujący z tyłem naszego domu budynek po prostu zniknął! Została po nim tylko kupa gruzów, z której unosił i tuman kurzu i dymu. Żołnierze pierwsi zabrali się do odkopywania, ale okazało się niestety, że nikt z mieszkańców nie przeżył ! Wtenczas poczułem i zrozumiałem całą grozę wojny.
Niemcy otworzyli na Lwów nękający ogień artyleryjski, strzelając gdzie popadło. Aż nagle któregoś dnia nastała cisza. Nastąpiło zawieszenie broni z Niemcami i niestety poddanie Lwowa Sowietom, którzy 23 sierpnia 1939 r. wkroczyli do miasta. Potem dowiedzieliśmy, że na Rogatce Łyczakowskiej najpierw bolszewików ostrzelano. W końcu generał Władysław Langner (dowódca obrony Lwowa w 1939 r. – przyp. red.) musiał się poddać. Widziałem na własne oczy, jak żołnierze polscy składając broń płakali, niektórzy starali się łamać karabiny... Rano następnego dnia na ulicach stało już bardzo dużo sowieckich czołgów, które przerażały swym ogromem. Czołgiści przedstawiali się wcale dobrze, ale zwykli ‘piechociarze’ mieli na głowach przeważnie „budionnówki” (sukienne czapki noszone przez czerwonoarmistów z konnicy Siemiona Budionnego podczas wojny z Polską w 1920 r. – przyp. red.) z czerwoną gwiazdą i długie płaszcze, przeważnie postrzępione od dołu i karabiny ze „sztykami”, prawie zawsze na sznurkach.
Na wieść o wkroczeniu Rosjan do miasta wuj Adam zaraz przebrał się w cywilne ubranie, zaś mundur wojskowy, rogatywkę oficerską oraz pistolet razem z kaburą wrzucił z moją pomocą do najbliższego kanału. Serce się krajało... ale wuj musiał chodzić dalej do pracy. A munduru ani broni lepiej było nie trzymać w domu. Rewizja NKWD w każdej chwili była możliwa.
Któregoś dnia poszedłem z ciotką na dół do miasta szukać po sklepach czegoś do jedzenia, przede wszystkim chleba. Pod nową okupacją brakowało wszystkiego. Nagle na ulicy, którą wtedy szliśmy, zobaczyłem straszną scenę: oto prawą stroną ulicy nadjechało wojskowe auto ciężarowe z siedzącymi na nim sołdatami, a ponieważ ulica była dalej zastawiona też pojazdami wojskowymi, to ciężarówka z żołnierzami wjechała na prawy chodnik, którym przechodzili właśnie ludzie i bez żadnego ostrzeżenia przewróciła tych, co nie zdążyli odskoczyć na bok, przejechała kilka osób zabijając je i spokojnie pojechała już jezdnią dalej. To widok tak wstrząsający, że go dzisiaj mam go przed oczami! Przekonałem się wtedy, że dla komunistów ludzie nic nie znaczą!
Polscy policjanci zniknęli zupełnie z ulic Lwowa. Dziś wiem, że bolszewicy zaraz po wkroczeniu do Lwowa rozstrzelali około 200-tu policjantów polskich zaraz za Rogatką Łyczakowską. W układzie z generałem Langnerem sowieci zobowiązali się, że oficerowie mogą wyjść do niewoli z bronią boczną, tzn. honorowo, ale zaraz ich rozbrojono, wpakowano do przygotowanych wagonów towarowych i zawieziono do obozu w Kozielsku. Potem wszyscy zginęli w Katyniu.
W mieście można było widzieć dorożki z Rosjankami ustrojonymi w damskie koszule nocne z koronkami i falbankami, co wywoływało głośny śmiech przechodniów.
Zaczęły się aresztowania. Po wuja Adama na szczęście nikt nie przychodził, chociaż nie zarejestrował się jako oficer rezerwy, co było surowo wymagane.
Wuj Adam doszedł do wniosku, że ja jako bieżeniec jestem szczególnie narażony na późniejsze wywiezienie, powinienem więc się - jakby to powiedziano dzisiaj – „zintegrować”, czyli muszę chodzić normalnie do gimnazjum. W rezultacie wuj zapisał mnie do gimnazjum ukraińskiego (zresztą innych nie było) do pierwszej klasy. Chodziłem więc codziennie, przez cały chyba październik, przez pola snopkowskie do tego gimnazjum w dawnej szkole technicznej. W klasie była połowa uczniów ukraińskich, drugą połowę zaś mniej więcej stanowili bieżeńcy tacy jak ja, z najróżniejszych stron Polski. Nauka była oczywiście w języku ukraińskim, więc niewiele rozumiałem, tylko parę słów, które chwyciłem jeszcze u dziadka w Topolnicy. Język polski był również, lecz jako „język obcy”.
Na początku listopada 1939 roku, opuściłem bez żalu to ukraińskie gimnazjum, ponieważ znalazła nas na Tarnowskiego ciocia Zosia Szabuniewiczowa z mężem, wujem Darkiem. Zabrali oni Basię i mnie z tego sowieckiego raju na niemiecką stronę. Po trzech dniach podróży, przeważnie w wagonach towarowych, przez Zamość, Lublin, Dęblin - gdzie musieliśmy przechodzić kładką wzdłuż ruin mostu na Wiśle wysadzonego w powietrze w czasie walk – a potem już normalnymi wagonami osobowymi przez Siemianowice na Śląsku, dotarliśmy do Krakowa, do domu na Aleje Słowackiego 15.
Mojego Ojca już nie było. Został aresztowany 6 listopada 1939 roku, podczas słynnej „Sonderaktion Krakau”. W dniu naszego przyjazdu był już w drodze do więzienia we Wrocławiu, skąd trafił do KZ Sachsenhausen. W Siemianowicach Śląskich, gdy nasz pociąg miał krótki postój, po drugiej stronie tego samego peronu przejeżdżał właśnie, nie zatrzymując się na stacji, pociąg osobowy od strony Krakowa. Widziałem wtedy przez bardzo krótki moment w tamtym pociągu mojego Ojca, siedzącego przy oknie wagonu. Czy to było możliwe w tym czasie? Nie wiem do dzisiaj.
O aresztowaniu profesorów w Krakowie do Lwowa nie doszły żadne wiadomości. „Czerwonego Sztandaru”, wydawanego po polsku we Lwowie przez komunistycznych dziennikarzy i literatów, polskich komunistów, nigdy w ręce wtenczas nie miałem. W czasie obrony Lwowa nie wiedzieliśmy nawet, że 17 września 1939 roku Armia Czerwona weszła do Polski, wbijając jeszcze walczącym wojskom polskim przysłowiowy „nóż w plecy”. Niestety dosłownie.


Wojciech Lehr - Spławiński, Polonika nr 236, wrzesień 2014

Top
Na podstawie przepisów art. 13 ust. 1 i ust. 2 rozporządzenia Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z 27 kwietnia 2016 r. informujemy, iż Österreichisch-Polnischer Verein für Kulturfreunde „Galizien“, jest administratorem danych osobowych, które przetwarza na zasadach określonych w polityce prywatności. Strona korzysta z plików cookie w celu realizacji usług na zasadach określonych w tej polityce. Warunki przechowywania lub dostępu do cookie w można określić w ustawieniach przeglądarki internetowej z której Pan/Pani korzysta lub konfiguracji usług internetowej. More details…