Zwycięstwo i sława narodowi naszemu

W kolejną rocznicę Odsieczy Wiedeńskiej mamy zaszczyt rozmawiać z jej głównym bohaterem, polskim królem, Janem III Sobieskim.

 

 

 

 

 

Podobno w drodze do Wiednia, zbliżając się już do Tulln, widzieliście znak, który odczytaliście jako zapowiedź przyszłego zwycięstwa.
- Widzieliśmy na niebie o siódmej z rana, w śliczną bardzo i jasną pogodę, tęczę niby małą, w miesiąc właśnie zrobioną, tak jako zwykł bywać kilka dni po nowiu; rzecz to cale niezwyczajna.

 Armia osmańska już od 2 miesięcy oblegała Wiedeń i nie spodziewała się ataku od strony stromych wzgórz Lasu Wiedeńskiego. Aby ją zaskoczyć, musieliście więc przeprawiać się przez Dunaj, a potem pokonywać z ciężkimi działami strome, zalesione stoki. Czy trudno było?
- Wypisać niepodobna, ani wieki takiej drugiej rzeczy słyszały po tak ciężkiej przeprawie dunajowej, gdzie się i mosty łamały, i wozów większa część brodów sobie szukać musiała, bo drugiej tak bystrej rzeki nie masz na świecie. Po tej tedy przeprawie dunajskiej, o której wyżej namieniłem, przeprawialiśmy się przez takie góry, żeśmy nie wchodzili albo nie wstępowali, aleśmy się wspinali.

Daniel Schultz: Portrtet Jana III Sobieskiego, fot. Wikimedia Commons
Nie spodziewaliście się tak wielu przeszkód terenowych, bo mieliście niedokładne plany wzgórz Lasu Wiedeńskiego.
- Nam wszyscy powiadali, nawet generałowie sami, że skoro wynidziemy na tę tu górę Kalemberk nazwaną, że tam już będzie dobrze, że tylko winnicami pochyła nam będzie ku Wiedniowi droga. Aż gdy my tu stawamy, naprzód widzimy obóz turecki, wielki bardzo, jako na dłoni; miasto Wiedeń za mil kilkanaście dalej: ale od nas tam nie pole, ale lasy jeszcze i przepaście, i ogromna góra po prawej stronie, o czym nam nigdy nie powiedziano, i pięć czy sześć wąwozów.

Jednak pokonaliście wszystkie trudności i odnieśliście zwycięstwo.
- Bóg i Pan nasz na wieki błogosławiony dał zwycięstwo i sławę narodowi naszemu, o jakiej wieki przeszłe nigdy nie słyszały. Działa wszystkie, obóz wszystek, dostatki nieoszacowane dostały się w ręce nasze.

Wojska osmańskie uciekły w popłochu, zostawiając w swym obozie wszystko, co wcześniej zrabowali. Zdobycz wojenna Waszej Królewskiej Mości była ogromna.
- Wezyr tak uciekł od wszystkiego, że ledwo na jednym koniu i w jednej sukni. Jam został jego sukcesorem, bo po wielkiej części wszystkie mi się po nim dostały splendory; a to tym trafunkiem, że będąc w obozie w samym przedzie i tuż za wezyrem postępując, przedał się jeden pokojowy jego i pokazał namioty jego, tak obszerne, jako Warszawa albo Lwów w murach. Namioty, wozy wszystkie dostały mi się, i tysiąc innych drobiazgów pięknych i kosztownych, ale to bardzo kosztownych, lubo się jeszcze siła rzeczy nie widziało. Bo ten co zdobywa, w przedzie być musi.
Niemcom cudzoziemskim prawie się nic nie dostało, bo oni tego dnia, prócz tych, co przy mnie byli, nie weszli w obóz turecki. Nie mają oni ani więźniów, ani chorągwi, ani żadnych zwycięstwa znaków i żaden z ich kawalerii w potrzebie nie strzelił. Ale tego nie głosić, bo ja wszystkich chwalę.

Sami wiedeńczycy też się na tureckim obozie wzbogacili.
- Ja rachuję namiotów sto tysięcy najmniej. Dwie nocy i dzień rozbierają ich, kto chce, już i z miasta wyszli ludzie, ale wiem, że i za tydzień tego nie rozbiorą.

Dlaczego Turcy bitwę przegrali, jaki błąd zdaniem Waszej Królewskiej Mości popełnili?
- Bo to była taka hardość i pycha tych ludzi, że kiedy się jedni z nami bili w polu, drudzy szturmowali do miasta.

Więc armia osmańska sama się podzieliła, bo jedni walczyli z wami, a drudzy do ostatniej chwili szturmowali Wiedeń. Nazajutrz po wygranej bitwie Wasza Królewska Mość wjechał do stolicy. Jak wyglądało miasto po tak długim oblężeniu?
- Byłem w mieście, które by już było nie mogło trzymać dłużej nad pięć dni. Oko ludzkie nie widziało nigdy takich rzeczy, co to tam miny porobiły: z baszt podmurowanych okrutnie wielkich i wysokich, porobiły skały straszliwe i tak je zrujnowali, że więcej trzymać nie mogły. Pałac cesarski wniwecz od kul zepsowany.
Byłem potem we dwóch kościołach. Sam lud wszystek pospolity całował mi ręce, nogi, suknie; drudzy się tylko dotykali, wołając: "Ach, niech tę rękę tak waleczną całujemy!"

Z początku wszyscy więc Waszej Królewskiej Mości dziękowali.
- Przybiegały tedy do mnie książęta, jako to elektor bawarski, Waldeck, ściskając mię za szyję a całując w gębę, generałowie zaś w ręce i w nogi; cóż dopiero żołnierze! Oficerowie i regimenty wszystkie kawalerii i infantem wołały: ,,Ach, unzer brawe Kenik!" Wszystko to całowało, obłapiało, swym Salwatorem zwało.

Podczas bitwy o Wiedeń austriacki cesarz Leopold I wraz ze swym dworem przebywał w Linzu. Gdy po oswobodzeniu Wiednia wrócił do swojej stolicy, wtedy objawy wdzięczności zniknęły. Przykładem tego był incydent podczas spotkania Waszej Królewskiej Mości z cesarzem w Schwechat, gdzie wojska polskie po bitwie rozbiły obóz. Wasza Królewska Mość chciał cesarzowi przedstawić swego syna Jakuba, aby „przedstawić go światu". Jak to pierwsze i jedyne spotkanie z cesarzem przebiegło?
- Przyjechał cesarz z samym tylko elektorem bawarskim, bo już saskiego nie było; kilkadziesiąt z nim kawalerów dworskich, urzędników i ministrów, drabanci za nim, trębacze przed nim. Siedział na koniu gniadym, snadź hiszpańskim. Przywitaliśmy się tedy dosyć ludzko: uczyniłem mu komplement kilką słów po łacinie; on tymże odpowiedział językiem, dosyć dobrymi słowami. Stanąwszy tedy przeciwko sobie, prezentowałem mu syna swego, który się mu zbliżywszy ukłonił. Nie sięgnął cesarz nawet ręką do kapelusza; na co ja patrząc, ledwom nie zdrętwiał. Nie godziło się jednak inaczej (aby się świat nie skandalizował, nie cieszył albo nie śmiał), jeno jeszcze kilka słów mówić do niego; po których obróciłem się na koniu, pokłoniwszy się wspólnie, i w swą pojechałem drogę. Jego zaś p. wojewoda ruski poprowadził do wojska, bo sobie tego życzył; i widział wojsko nasze, które okrutnie było żałosne i głośno narzekało, że im przynajmniej kapeluszem tak wielkiej ich pracy i straty nie nagrodzono.

Jakie konsekwencje miała nieprzychylność dworu austriackiego?
- Po tym się widzeniu, zaraz tak wszystko się odmieniło, jakoby nas nigdy nie znano. Prowiantów żadnych nie dają, na które Ojciec św. przysłał pieniądze do rąk jmci ks. Bonwizego. Wozy nam rabują, konie gwałtem biorą, które zostawione za górami, teraz za nami przychodzą. Rajtarów moich kilku, przy działach nieprzyjacielskich zostawionych (które w kupę zbierać, a potem równie się nimi dzielić rzekliśmy sobie, lubom ja je sam prawie wszystkie pobrał), odarli z płaszczów, na których cyfry moje były, z sukien i koni obnażyli; i tu żadnego na świecie nie uznawamy ukontentowania. Skarżyłem się zaraz księciu lotaryńskiemu; żadnej nie odniosłem sprawiedliwości.

Była to zatem dla Waszej Królewskiej Mości trudna sytuacja.
- Posyłałem mon capitaine Okara do księcia lotaryńskiego, pytając się, co wzdy już uradzili, co czynić dalej będziemy, gdyż konie nasze już dalej nad sześć dni nie wytrwają. Tedy tego księcia lotaryńskiego zastał u komendanta wiedeńskiego, gdzie jedli i pili; obadwaj go dosyć na zimno przyjęli i z ni z czym odprawili, sprzeczając się tylko, że "wy bierzecie prowianty", których oko tu niczyje nie widziało ani o nich ucho słyszało. Nasłuchał się tam różnych dyskursów, mów pełnych niewdzięczności. Na ostatek, że Polacy cisną się dla pożywienia do miasta, aby z głodu nie umierali, postanowił komendant już ich dziś nie puszczać i kazał na nich ognia dawać; a to za to, że któryś strzelił w bramie, co mu konia wydzierano.
Jeżeli za taką naszą akcję, gdzie tak wiele zacnej trupem padło szlachty, powinniśmy odpadać od koni, a potem być pośmiewiskiem? Pisał ks. kardynał Bonvisius, że na sto tysięcy wojska na ośm dni przygotowany prowiant; a teraz nas zawiódłszy, suchym jeszcze na zgubę naszą patrzą okiem ani się tu nam nikt od niego nie odezwie. Bo co o rządców Cesarza JMci, ci by podobno i to nam radzi odjęli, co mamy.
Jesteśmy teraz tu właśnie jako zapowietrzeni, nikt się do nas nie pokaże. Wiemy, że Ojciec św. daje, że i sreber kościelnych nie żałuje, że i prywatni ludzie składają wielkie sumy - a na cóż się to zejdzie? Cokolwiekeśmy hazardowali, uczyniliśmy to wszystko w nadzieję obietnicy Ojca św., a teraz żałośnie nam tylko wzdychać przychodzi, patrząc na ginące wojsko nasze, nie od nieprzyjaciela, ale od największych, którzy by nam być powinni, przyjaciół naszych.
Stoimy tu nad tymi brzegami dunajskimi, jako kiedyś lud izraelski nad babilońską wodą, płacząc nad końmi naszymi, nad niewdzięcznością tak nigdy niesłychaną i że tak dogodną nad nieprzyjacielem opuszczamy okazję.

Wasza Królewska Mość chciał bowiem dalej ścigać osmańską armię, która uciekła spod Wiednia.
- A cóż po tej Wiktorii, kiedy w ziemie nieprzyjacielskie nie idą i nas wprzód zgubią, niżeli tam dojdziemy? Ja się dziś dalej ruszam lubo w takiż jeszcze albo i większy głód, ale przynajmniej dlatego, aby się oddalić od tego Wiednia, gdzie do naszych strzelać postanowili.
Wojska cesarskie i inne niemieckie jeszcze się nie ruszyły za nami spod Wiednia. Jako dalej mamy prowadzić wojnę, cale nie wiemy, bo tam sami radzą bez nas. Spodziewaliśmy się, że to tak należało, że się mię spytają albo spytać każą, jako dalej prowadzić tę wojnę; aliści ani pytano, ani przysłano.
Nie dbają, widzę, teraz już na nic; znowu się do dawnej wrócono pychy i podobno tego, że jest nad nami P. Bóg, nie uważają.
Marco d'Aviano, święty i poczciwy człowiek, płacze patrząc na te rzeczy, a czyni, co może, w Wiedniu, aby ich te tam rady zagrzał i do jakiejkolwiek przywiódł rezolucji.

Nie tylko Wasza Królewska Mość czuł się rozczarowany brakiem cesarskiej wdzięczności i decyzji, czy dalej walczyć razem.
- Był też tu u mnie wczora z wielkim żalem, płaczem i skargą ledwie wymowną książę saski von Lauenburg (człowiek poczciwy bardzo, który w dzień potrzeby komendując prawe skrzydło cesarskie był zawsze przy mnie), a to o to, że cesarz wynagradzając komendantowi wiedeńskiemu p. Staremberkowi, że dotrzymał miasta do przyjścia naszego, dał mu sto tysięcy talerów, Order Złotego Runa i uczynił go feldmarszałkiem, pominąwszy księcia tego saskiego, Kaprarę i Lesla, którzy wszyscy kładą się daleko starszymi i że nim komenderowali. Tak tedy książę wielce się czując urażonym, odjeżdża z wojska; ludzie jego i przyjaciele sakramentują, narzekają. Generałowie malkontenci mają wielką po sobie rację. Że komendant dobrze się bronił, poznawamy; ale że by się był nie obronił, gdyby my byli w sukursie nie przyszli.
Uszy tu bolą słuchając z daleka, co mniejsi mówią; nawet już i na nas narzekają, "żeście przyszli mu z odsieczą; niechby była ta pycha i z korzeniem do szczętu wyginęła!"

Do dziś można odnieść wrażenie, że polski udział w zwycięstwie pod Wiedniem nie jest ceniony w Austrii, czego dowodem może być to, że nie ma w Wiedniu pomnika Waszej Królewskiej Mości, a są pomniki pomniejszych bohaterów Odsieczy. Co król o tym sądzi?
- Narzekano kiedyś za Rzymian na Annibala, że zniósłszy wojsko ich, zażyć Wiktorii nie umiał; my byśmy zaś umieli, ale czy nie chcemy, czy też jest coś w tym, czego my rozumieć nie możemy.

Trudno jest to zrozumieć, szczególnie brak poparcia ze strony państwowych instytucji. Inni jednak potrafią zadbać o swoją pamięć – w Wiedniu są aż dwa pomniki poświęcone oddziałom kozackim, postawione z poparciem władz Ukrainy. Jeden znajduje się w Türkenschanzpark, drugi na wzgórzu Leopoldsberg. A Wasza Królewska Mość sam najlepiej wie, że Kozaków biorących udział w bitwie o Wiedeń było jedynie ponad 150. Pomnika nie ma, ale dobrze, że chociaż na cmentarzu przy kościele św. Józefa na Kahlenbergu powstała symboliczna mogiła poświęcona polskim żołnierzom, którzy zginęli w bitwie o Wiedeń. Podobno wielu z nich zmarło również po walce wskutek chorób i braku możliwości odpowiedniego leczenia w obozie w Schwechat. Jakie panowały tam warunki?
- Chorzy nasi na gnojach leżą i niebożęta postrzeleni, których bardzo siła, a ja na nich uprosić nie mogę szkuty jednej, abym ich mógł do Preszburku spuścić i tam ich swoim żywić kosztem. Ciał zmarłych na tej wojnie zacniejszych żołnierzów w kościołach w mieście chować nie chcą, pokazując pole albo spalone po przedmieściach, pełne trupów pogańskich cmentarze; którym zaś grobu w mieście pozwolą, trzeba nie tylko pieprzem, ale i solą dobrze osolić!
U nas ludzi niemało poczęło mrzeć: jedni z ran i postrzałów, drudzy z tej nieszczęsnej dyzenterii. Bo tu nie tylko rannych, ale i chorych srodze wiele. Wszystka się prawie starszyzna rozchorowała na dyzenterię i gorączki: z niejedzenia i z srogich gorąc, i że tylko piciem ludzie prawie pięć albo sześć dni żyli, mało sypiając, i to chyba na ziemi a pod niebem.

Dlaczego więc Wasza Królewska Mość po zwycięskiej bitwie o Wiedeń nie wrócił ze swym wojskiem do Polski, ale nadal chciał walczyć?
- Mnie stąd odjechać, nie skończywszy kampanii, ani się godzi, ani podobna. Naprzód, że to jest nasz interes wojować z tym nieprzyjacielem, który by nas w Polszcze wojował, gdyby tu nie miał zabawy.
Moje zdanie jest i było zawsze takie, że lepiej na wojnę nie jeździć, niżeli z niej prędko zjeżdżać, bo to nie po zająca do lasa ani po rybę do sadzu; ustąpić zaś teraz nieprzyjacielowi na piądź, to on postąpi za nami na wiosnę na łokieć. Tak starzy mawiali, że wtedy łyka drzeć, kiedy się drą.

Po bitwie pod Wiedniem Wasza Królewska Mość wspólnie z wojskami sojuszniczymi stoczył kolejne bitwy, w tym pod Parkanami na terenie dzisiejszej Słowacji. Bitwa ta zakończyła się zwycięstwem. Do dziś wielu historyków uważa, że miała ona większe militarne znaczenie niż bitwa pod Wiedniem. To właśnie pod Parkanami, po 250 km. pościgu, Wasza Królewska Mość dogonił i zniszczył turecką armię.
- O jako to dobry P. Bóg za małą konfuzję dał większe zwycięstwo niżeli pod Wiedniem. Nie ustawać Mu tedy dziękować, przez miłość moją, i ustawicznie nie przestawać prosić, aby i dalej pokazał miłosierdzie nad ludem swym. Jam za łaską bożą zdrów po wczorajszym zwycięstwie, jakoby mi dwadzieścia lat nazad się wróciło; ale tamte dwie nocy dały mi się w znaki. Żeśmy dobrze krwią szlachecką obleli tę przysługę cesarską i całego chrześcijaństwa.

Do dziś mieszkańcy Parkan pamiętają o Janie III Sobieskim, który uwolnił ich od prawie 150-letniej tureckiej niewoli. W 2008 roku postawiono tam ogromny pomnik przedstawiający Waszą Królewską Mość na koniu. Wracając jednak do kampanii wojennej 1683 roku - gdy nastała zima, dopiero wtedy Wasza Królewska Mość zdecydował się na powrót ze swym wojskiem do Polski.
- Myśmy się rozeszli z sobą z wojskami Cesarza JMci prędzej, niżeliśmy sobie obiecywali, a to z tej przyczyny, że deszcze srogie nagłe, potem śniegi i mrozy przeszkodziły nam cale już wszystkie operacje wojenne. Nam już przyjdzie nie pod namiotami, ale pod niebem samym stawać i koczować, ponieważ za nastąpieniem tak srogich mrozów i śniegów już kołka wbić w ziemię niepodobna. Śniegi tu tak srogie spadły, że się wybić z nich nie będzie podobna. Może mię teraz bezpiecznie nazwać Mojżeszem, bo tak właśnie to wojsko z tych miejsc wyprowadzam, jako on kiedyś lud boski.

Może teraz niezbyt dyskretne pytanie. Z Wyprawy Wiedeńskiej król pisał często listy do swej żony, królowej Marii Kazimiery. Podobno miejscami jest tam wiele czułości, szczególnie gdy w listach król się z nią żegnał. Czy może królewska Mość zdradzić, jakimi najczęściej słowy?
- Całuję już tedy, a w rzeczy samej nie w słowach tylko to uczynić tysiąc razy przez dzień myślę, wszystkie śliczności serca mego, począwszy od najśliczniejszych włosów aż do najwdzięczniejszych stopeczek serca mego jedynego kochanego. Całuję zatem najśliczniejsze stopeczki, rączki i wszystkie wdzięczności najśliczniejszego ciałeczka.
Dzieci całuję i obłapiam z duszy i z serca.

Co Wasza Królewska Mość chciałby na koniec powiedzieć?
- Ja zdrowie, życie i szczęście moje oddałem raz w ręce boskie i chwale jego świętej. Miłe mi życie dla usługi boskiej, chrześcijaństwa i ojczyzny.

Odpowiedzi na pytania zaczerpnięte wyłącznie z listów Jana III Sobieskiego. Maria Kazimiera i Jan Sobiescy - listy z okresu Odsieczy Wiedeńskiej, Czytelnik, Warszawa 1983.

Sławomir Iwanowski, Polonika nr 224, wrzesień 2013.

Top
We use cookies to improve our website. By continuing to use this website, you are giving consent to cookies being used. More details…