Oddychanie Chopinem

Ingolf Wunder w Instytucie Polskim, fot. Mariusz Michalski

Ingolf Wunder, 25-letni pianista z Austrii, był prawdziwą gwiazdą tegorocznego XVI Konkursu Chopinowskiego.

-Aby móc zmierzyć się z muzyką Chopina, trzeba posłuchać ludowych mazurków, oberków, krakowiaków, nawet spróbować je zatańczyć - mówi Ingolf Wunder. Tak przygotowywał go do konkursu prof. Adam Harasiewicz, mieszkający w Salzburgu zwycięzca Konkursu Chopinowskiego z 1955 roku.

Konkurs pianistyczny nie powinien mieć charakteru zawodów sportowych, nie tylko dlatego, że nieważne jest, kto szybciej dopadnie ostatniego akordu, ale przede wszystkim dlatego, że nie da się jednoznacznie ocenić, kto jest „najlepszy". To kwestia subiektywnego odczucia. A przecież wielu z nas, kibiców (ech, znowu sportowe określenie!), było rozczarowanych, że konkursu nie wygrał 25-letni Austriak, Ingolf Wunder, że zdobył on „zaledwie" drugie miejsce, osłodzone co prawda dwoma nagrodami specjalnymi za najlepsze wykonanie Koncertu z orkiestrą i Poloneza-Fantazji. Ale nie warto narzekać na werdykt jurorów. Zostawmy gorzkie insynuacje, że zwyciężczyni Konkursu łatwiej było zadowolić gust wszystkich, bo postawiła na szkolną poprawność. Kariera muzyczna tylko na samym starcie (znowu ten sport!) zależy od ilości i jakości zdobytych nagród. Potem liczy się przede wszystkim oryginalność, bycie innym.

A Ingolf Wunder jest inny. Śledziłam kolejne etapy tegorocznej edycji Konkursu Chopinowskiego z narastającym napięciem, a wreszcie i z dozą rozbawienia: musiałam uśmiechać się, ilekroć na estradzie pojawiała się drobna sylwetka Ingolfa Wundera; mojego, ale przecież nie tylko mojego faworyta tego Konkursu, kiedy obserwowałam jego filuterny uśmiech, lekko zadarty nos nadający jego twarzy wyraz niesfornego dzieciaka. Ten dzieciak siadał przy fortepianie i uderzywszy w klawisze, rozpoczynał opowieść: rozmarzoną, tkliwą, snutą tak subtelnie, że mimowolnie wstrzymywało się oddech, żeby nie uronić żadnej frazy. Niesłychana wprost technika sprawiała, że te wszystkie chopinowskie „pianki" i „koronki" biegników oraz innych muzycznych ornamentów, te po chopinowsku zawiłe i kapryśne gonitwy palców po klawiaturze stawały się lekką oczywistością, że się o nich nie myślało jako o trudności do pokonania.

W którymś z udzielonych już po festiwalu wywiadów młody wirtuoz powiedział: „Oddycham Chopinem". I tak się to właśnie odczuwa! Sposób jego gry, sposób, w jaki muzyka Chopina ożywa pod jego palcami, każe myśleć o Wunderze jako o medium „ściągającym" ducha kompozytora z przestworzy tu, między nas siedzących z otwartymi ustami, zasłuchanych.

Może zagram kilka taktów? fot. Mariusz Michalski

Górnolotnie to brzmi? Trudno! W tym wypadku nie da się inaczej! Mojego stosunku do Ingolfa-artysty nie zmienił więc pewien dysonans, który zazgrzytał nieprzyjemnie podczas naszego spotkania w Wiedniu, a ściślej tuż przed jego wystąpieniem w Instytucie Polskim: byliśmy umówieni na rozmowę publiczną z nim i z dyrygentem Krakowskiej Filharmonii, Pawłem Przytockim, moderowaną przez znanego dziennikarza telewizji austriackiej, Eugena Freunda. Nasz młody poeta fortepianu, poprowadzony przeze mnie zaraz po przybyciu do instytutowego, świeżo nastrojonego bösendorfera, posadził kilka eleganckich akordów, śmignął efektownymi palcówkami po klawiaturze i skrzywił swój zadarty nos chłopca-zawadiaki: „Nie, nie mogę na nim grać, jest za bardzo rozklekotany, nie wyjdą na nim żadne subtelności. Przepraszam, nie mogę." „Czekaj, draniu jeden, właśnie cię przestałam lubić, ty przemądrzały zadufku!" – pomyślałam, i choć w duchu przyznałam mu rację, byłam po prostu wściekła i rozczarowana.

Wieczór w Instytucie był zresztą bardzo udany. Eugen Freund umiejętnie prowadził rozmowę, wyciągając z młodego artysty takie na przykład samokrytyczne sformułowania: „Jeszcze nie tak dawno, rozpoczynając studia, wiedziałem, że jestem świetny technicznie. Wszystko przychodziło mi z łatwością, wszystko mogłem zagrać. Dziś wiem, że grałem dobrze, ale nie grałem ładnie, bo moja gra była za głośna, za cicha, za szybka, za wolna, interesowały mnie tylko skrajności i wszystko było za- jakieś, czyli przesadne".

Zwrotem w jego rozwoju artystycznym - jak sam stwierdził - było spotkanie legendy polskiej pianistyki, żyjącego w Salzburgu profesora Adama Harasiewicza, zwycięzcy Konkursu Chopinowskiego z 1955 roku. Fakt, że przez dwa i pół roku, przygotowując się do Konkursu Chopinowskiego pod kierunkiem polskiego pedagoga, ćwiczył po 8-10 godzin dziennie, był przy tym produktem ubocznym tego procesu kształcenia. Najważniejsze było co innego. To Adam Harasiewicz nauczył Ingolfa Wundera „śpiewać" Chopina palcami, nauczył rozumieć intencje kompozytora przez pogłębianie wiedzy o jego otoczeniu, epoce, osobowości.

Wunder mówi dzisiaj: „Aby móc zmierzyć się z muzyką Chopina, trzeba posłuchać ludowych mazurków, oberków, krakowiaków, nawet spróbować je zatańczyć. Maestro Harasiewicz pokazywał mi na lekcjach kroki tych tańców, zachęcał do naśladowania. Nauczył mnie poza tym najważniejszego, czyli tego kapryśnego, raz smutnego, to znów figlarnego prowadzenia frazy, „śpiewania" prawą ręką. Dzięki Harasiewiczowi pojąłem też, czym jest słynne „rubato", wynalazek Chopina polegający na swoistym rozwichrzeniu przebiegu rytmicznego". I w tym momencie pianista nie wytrzymał i jednak podszedł do naszego poczciwego Instytutowego „klekota", i ... zagrał kilka taktów chopinowskiego mazurka. Przerwał, ale nie po to, żeby po raz kolejny skrytykować jakość instrumentu, lecz żeby wyjaśnić, a zaraz potem, grając, pokazać różnicę: tak brzmi ten sam fragment zagrany ściśle wedle tego co w nutach, a tak brzmi wyśpiewany na „rubatowym luzie".

Po skończonym spotkaniu podszedł do mnie i z rozbrajającym uśmiechem przeprosił: „Pani to przecież rozumie, prawda? Nie mogłem zagrać więcej, niuanse by nie wyszły! Jutro Pani usłyszy wszystko."

Tak. Następnego dnia, w Złotej Sali wiedeńskiego Musikverein, wyszedł na estradę, drobny, bladolicy chłopak. Usiadł przy fortepianie, spojrzał na dyrygenta i zanim zaczął grać, uniósł lewą dłoń i wykonał ledwo zauważalny gest palcami, jakby z powietrza, gdzieś z przestworzy, ściągał, przywoływał chopinowską frazę. Potem położył ręce na klawiaturze i zaczął snuć tę niewiarygodnie piękną, rozkołysaną emocjami i tęsknotą, i żarliwością muzyczną opowieść. A ja mu wybaczyłam. I pomyślałam: „Ty piekielny aniele, obyś taki został. Zadziorny i łagodny. Bądź sobą i... oddychaj Chopinem".

Dorota Krzywicka-Kaindel, Polonika nr 191/192, grudzień 2010/styczeń 2011

Top
We use cookies to improve our website. By continuing to use this website, you are giving consent to cookies being used. More details…