Między jedną a drugą głupotą

Jan Grzegorczyk, fot. Mateusz Konopiuk

Jest rok 1995. Ksiądz Wacław Groser jedzie rowerem przez Alpy do Rzymu. W trakcie podróży ulega wypadkowi.

Z nogą w gipsie trafia na parafię protestancką w austriackim miasteczku Judenfeld, gdzie opiekę nad nim obejmuje ewangelicki duchowny. Niespodziewanie poznaje historię człowieka, który w swoim życiu był esesmanem i odegrał rolę Jezusa...To historia opisana w książce Jezus z Judenfeldu. Rozmowawiamy z jej autorem, Janem Grzegorczykiem.

 Co zdecydowało o tym, że postanowił Pan napisać książkę „Jezus z Judenfeldu" i zająć się faszystowską przeszłością Austrii?
– Chyba przeznaczenie... Dwa lata temu usłyszałem niezwykłą historię o człowieku, który był esesmanem, a jednocześnie jako model posłużył do namalowania obrazu Jezusa, do którego się modlono. Złoczyńca użyczył więc twarzy Bogu.

Czy rzeczywiście istnieje w Austrii kościół z zamurowanym obrazem Chrystusa z twarzą esesmana, który posłużył jako model?
– Ja nie napisałem reportażu ani dokumentu historycznego. Powieść to jest jak szycie stroju z różnych skrawków. Nie ma sensu go rozdzierać, by oglądać szwy. Wydobywać na wierzch to, co ma być ukryte. Na początku książki zaznaczam, że Judenfeld wymyśliłem, ale wszystkie wydarzenia dziejące się w nim są jak najbardziej możliwe. I to jest najważniejsze, aby czytelnicy, także ci w Austrii, po lekturze „Jezusa z Judenfeldu" orzekli, czy taka historia jest możliwa i czy coś im daje – czy świat, który stworzył autor, jest logiczny.

Czyli Judenfeld to taka metafora Austrii?
– Otóż to. Żal by mi było ograniczać mojej przygody z Austrią do jednej miejscowości. Wiele miejsc z Judenfeldu mieszkaniec Austrii rozpozna bez trudu, jak choćby plac, przy którym jest tablica informująca z dumą o zamordowaniu ostatniego Żyda, dzięki czemu znikło zło z tego świata. W „Jezusie z Judenfeldu" nie wgłębiam się w historię dla niej samej. Przeszłość nie umiera bez konsekwencji. Niezałatwione problemy butwieją, wypływają niespodziewanie po latach.

Pastor Konopiuk zamurowuje w Pana powieści ów obraz Jezusa, bo nie potrafił odprawiać nabożeństw przy ołtarzu, który ozdobiony był „gorszącym Zbawicielem".
– To zdarzenie ma w powieści także dla mnie wymiar uniwersalny i symboliczny. My bardzo często „zamurowujemy", jak się nam wydaje, z słusznych powodów skandaliczne wyobrażenia Boga, jakie mają inni ludzie. Ale często okazuje się, że nie potrafimy w to miejsce dać nic innego.

Czy istnieją autentyczne osoby, które stały się impulsem do stworzenia bohaterów literackich?
– Oczywiście, ale tak jak Pani mówi, człowiek, którego spotykam, jest tylko inspiracją. Nie kseruję ludzi. Nawet gdybym chciał, nie mógłbym sportretować kogoś jeden do jeden. Człowiek jest zbyt wielką tajemnicą, żeby ktoś drugi mógł go zrozumieć. Natomiast najczęściej bywa tak, że w bohaterach stworzonych w mojej wyobraźni odnajdują się ludzie, których nigdy wcześniej nie znałem.

Dlaczego w Polsce jest tak niewielu pisarzy katolickich?
– Pisarzy katolickich zawsze traktowano jak pisarzy drugiej kategorii, tworzących parafiańszczyznę, a więc dziś nikt z twórców raczej nie chce mieć takiego statusu. Mnie osobiście raz traktują jako pisarza katolickiego, raz jako pisarza antykościelnego. To, co dla jednego jest katolickie, dla innego jest bluźnierstwem. Znam ludzi, dla których Jan Paweł II odszedł od wiary katolickiej, po tym jak zaprosił do Asyżu wyznawców różnych religii.

A ja po prostu poszukuję sensu, prawdy, ani katolickiej, ani protestanckiej, ani żadnej innej. To jest podstawowy obowiązek pisarza. Napisać dobrą warsztatowo i uczciwą powieść. Nie mamy fabularyzować katechizmu, pisać na klęczkach i wyłącznie w stanie łaski uświęcającej. Żeby dotrzeć do prawdy, niekiedy trzeba prowokować. Jak to powiedziała Dickinson, niekiedy moralnym obowiązkiem artysty jest bycie niemoralnym.

Dlaczego Pana zdaniem Polacy mieszkający w Austrii powinni sięgnąć po tę powieść?
– Obowiązku nie mają, ale myślę, że może im się ona przydać i wydać ciekawa. O rzeczach ważnych piszę jednocześnie z humorem. Pastor Mateusz Konopiuk to właściwie wcielenie Szwejka. W tej książce nawet pogrzeby są powodem do radości. Mam nadzieję, że czytelnik wiele się dowie i tyle samo się ubawi. Ale oczywiście książka jest jak lekarstwo, jednemu pomoże, drugiemu zaszkodzi. W „Jezusie z Judenfeldu" jest zapisany i los polskiego emigranta z początku lat 80., i kawałek przemilczanej historii Austrii. Jest to szczególne przecięcie historii polsko-austriackiej. Pokazuje Polaków wplątanych w historię Austrii, Anschlussu, którego 75. rocznicę właśnie obchodziliśmy. Kilku bohaterów mojej powieści jest Polakami, więc jest to równie polska powieść, tak jak Borussia Dortmund jest u nas uważana za polski klub, bo gra tam trzech Polaków. Zresztą może ta warstwa historyczna w „Jezusie z Judenfeldu" nie jest najważniejsza – jest ona tylko wehikułem, którym docieram do odwiecznych tematów, takich jak bolesne zmaganie dzieci z rodzicami, ojca z synem, córki z matką. Właściwie każdy z moich bohaterów niesie ten problem. Przed dwudziestoma laty przeczytałem świetną książkę Petera Sichrowskiego „Schuldig geboren" (polskie tłumaczenie: „Kainowe dzieci') o reakcjach dzieci nazistów w chwili, gdy dowiadywali się, co ich rodzice robili w czasie wojny. Cała gama postaw. Od dumy poprzez wyparcie do odrzucenia i pogardy.

Napisał Pan tym razem powieść głównie o protestantach.
- Zainteresowałem się protestantyzmem z wielu powodów. Raz ze względu na głównych bohaterów. Małżeństwo Konopiuków przeszło niezłą odyseję w życiu, przeżyli wielokrotne emigracje i z Polski, i z Kościoła katolickiego. Są ciągle w drodze do siebie. Dla polskiego czytelnika ich droga, ich poszukiwania są bardzo inspirujące. W Polsce większość osób „śpi" w swoim życiu, gdy idzie o ich tożsamość, o odpowiedzi na podstawowe pytania. Konopiukowie muszą na nie bezustannie odpowiadać.

Spotkanie międzywyznaniowe może nas bardzo ubogacić, co nawet przyznają ostatni papieże. To dobrze, bo przez wieki protestanci i katolicy patrzyli na siebie wzajemnie jak na synów diabła. Maria Teresa wygnała z granic Austrii 100 tysięcy protestantów, uważając reformację za największą truciznę. A myślę, że protestanci są dziećmi katolików. Luter zbuntował się, gdy ujrzał „zepsuty Rzym". Kiedy Hitler wjeżdżał do Austrii w czasie Anschlussu, witały go miliony. I katolicy, i protestanci, choć z różnych powodów. Protestanci witali go jak drugiego Lutra, który wybawi protestantów z katolickiej niewoli. Za taką uważali choćby rządy austrofaszystów.

W jednej z recenzji wyczytałam, że „Jezusem z Judenfeldu" wymierzył Pan sprawiedliwość dziejową i Austriakom, którzy ukazywali się przez lata jako ofiara II wojny, i protestantom...
- Nie miałem takiego zamiaru. W mojej powieści akurat jest więcej o protestantach, ale to dlatego, że Groser ze swą złamaną nogą ląduje u pastora i ma takie, a nie inne pole obserwacji, bo jest unieruchomiony. Dla mnie jest oczywiste, że granice dobra i zła nie biegną ani granicami narodów, ani wyznań.

Mottem do powieści są słowa Romana Brandstaettera: „Człowiek jest mądry między jedną a drugą głupotą, którą popełnia".
- W mojej powieści wszyscy są i głupi, i winni, ale nawet te świnki biegające po okładce mojej książki będą okryte śnieżną kołderką miłosierdzia. Zawsze zajmowałem się grzesznikami i świętymi. Dlatego tak ważną dla mnie postacią do przemyślenia jest Luter i jego formuła, że człowiek jest simul justus et peccator – jednocześnie sprawiedliwy i grzeszny. Sam Luter był z jednej strony człowiekiem głębokiej wiary i reformatorem chrześcijaństwa, a z drugiej autorem pism antyżydowskich, które stały się natchnieniem czy usprawiedliwieniem dla nazistów. Wszystko w naszym życiu ma wymiar paradoksu.

Rozmawiała Halina Iwanowska, Polonika nr 219, kwiecień 2013

Jan Grzegorczyk— pisarz, publicysta. Autor m.in.trylogii o przypadkach księdza Grosera – Adieu, Trufle, Cudze Pole, które stały się bessellerami wydawniczymi. Pod koniec 2012 r. ukazała się powieść Jezus z Judenfeldu.

Top
We use cookies to improve our website. By continuing to use this website, you are giving consent to cookies being used. More details…