Blues w moim życiu

Nocna Zmiana Bluesa, fot. M. Kotaś

Zespół Nocna Zmiana Bluesa uświetni obchody 30. rocznicy Stacji Naukowej PAN w Wiedniu.

 

 

 

 

 

 

 

Przypominamy rozmowę z liderem grupy, Sławomirem Wierzcholskim, przeprowadzoną przed  koncertem w Stacji PAN w Wiedniu w czerwcu 2011 roku.

 

W jednym z wywiadów powiedział Pan: „Wszystko co robię w muzyce, jest bluesem podszyte". Czym właściwie dla Pana jest blues?
- O tym, czym jest dla mnie blues mógłbym opowiadać godzinami. Zawodowo zajmuję się bluesem od 30 lat. Pewnie byłoby bardzo taktownie powiedzieć, że blues jest dla mnie wszystkim. Oczywiście tak nie jest. Jest to moja pasja i wypełnia ona również życie zawodowe. Oprócz tego jestem mężem, ojcem, prowadzę normalne życie rodzinne i towarzyskie. Blues nie jest więc wszystkim, ale stanowi bardzo istotny element mojego życia i jako forma muzyczna najbardziej odpowiada mojemu temperamentowi i charakterowi. Na bazie tego tradycyjnego gatunku staram się tworzyć własną muzykę i dzielić się nią ze słuchaczami. Piszę własne utwory z własnymi tekstami, chociaż czasem wykorzystuję także teksty moich kolegów i przyjaciół, które bardzo cenię.
Od 29 lat z zespołem Nocna Zmiana Bluesa gramy nieprzerwanie i dajemy od 80 do 100 koncertów rocznie. W przyszłym roku obchodzić będziemy jubileusz 30-lecia istnienia zespołu i ciągle są chętni, żeby słuchać tej naszej propozycji artystycznej. Tym jest właśnie blues i tak wiele miejsca zajmuje on w moim życiu.

Czy w dzisiejszych czasach, w których dominuje muzyka pop, dance i hip-hop trudno jest być bluesmanem?
- Łatwo nie jest. Kiedy zaczynałem, blues był popularny, a ponadto nie istniało wiele z tych gatunków, które są obecnie popularne. Nie było np. hip-hopu, nie było różnych odmian muzyki rockowej, nie było muzyki dance. Nie było disco polo, aczkolwiek to może nie jest dla nas jakaś konkurencja, bo to zupełnie coś innego, ale jest taki gatunek i ma bardzo wielu odbiorców. Te nowe gatunki zabrały nam część słuchaczy. Teraz jest większa konkurencja. My jesteśmy starsi, a generalnie muzyk raczej im młodszy, tym bardziej atrakcyjny dla odbiorców. Nie powinienem jednak narzekać, skoro mamy duże grono słuchaczy, wydajemy płyty, które się rozchodzą. Nasza płyta „Harmonijkowy As” zdobyła status złotej płyty. W obecnych czasach to jest spory sukces, bo sytuacja na rynku fonograficznym, zarówno w Polsce jak i na świecie, jest trudna. Nie chciałbym biadolić, że jest tak ciężko, bo raczej jestem człowiekiem pogodnym i blues wbrew temu, jak zwykło się o nim mówić, nie jest muzyką posępną ani smutną. Jest to forma ekspresji, która pozwala na wyrażenie różnych stanów emocjonalnych. Oczywiście są smutne utwory o charakterze bluesowym, ale jest to też muzyka taneczna, więc jeśli taneczna, to raczej wesoła.. Ja przychylam się do pojmowania bluesa jako muzyki rozrywkowej, która jeśli mamy problemy, ma nam pomóc sobie z nimi radzić. Moje teksty, choć często refleksyjne, są raczej pogodne.

Czy czuje się Pan spełniony jako muzyk?
- Na pewno osiągnąłem więcej, niż mogłem marzyć. Kiedy powstał ten zespół, jako formacja złożona ze studentów Uniwersytetu Mikołaja Kopernika i uczniów szkół muzycznych mojego miasta Torunia, nigdy nie sądziliśmy, że zajdziemy tak daleko. Nie przypuszczaliśmy, że będzie to naszym głównym źródłem utrzymania, że będziemy wydawali płyty, jeździli na zagraniczne festiwale, zjeździmy prawie całą Europę i że będzie to tak długo trwało. Nie sądziłem, że będę dzielił scenę i nagrywał płyty z ludźmi, którzy byli dla mnie idolami i bohaterami. Mam tu na myśli np. Jana Błędowskiego z zespołu Krzak, Wojciecha Karolaka, czy czołówkę polskich bluesmanów, z którymi nagrywałem płyty, a nawet amerykańskich bluesmanów, takich jak Charlie Musselwhite.
Mogę zatem powiedzieć, że czuję jakieś spełnienie, ale ciągle mam niedosyt. Chciałbym na pewno osiągnąć więcej. Najlepiej jednak, żeby to przyszło ot tak po prostu, przy okazji (śmiech), a nie, że to jest mój cel.

fot. M. Kotaś
Jak to było na początku i skąd właściwie wzięła się nazwa: Nocna Zmiana Bluesa?
- Zespół powstał w 1982 roku jako formacja amatorska. Nazwa, której z resztą nie lubię, bo jest niepraktyczna, zwłaszcza za granicą, została przyjęta na potrzeby pierwszego poważnego festiwalu. To był festiwal „Jesień z Bluesem" w Białymstoku i i – ku naszemu zaskoczeniu – odnieśliśmy tak wielki sukces, że posypały się kolejne zaproszenia i trzeba było zostać przy tej nazwie. Od początku jednak byłem jej przeciwny. Wymyślił ją jeden z kolegów. Miała jakieś przesłanie ideologiczne, no i tak się wlecze przez te 30 lat.

Dawaliście koncerty w wielu krajach, również w Zimbabwe. Czy to pierwszy koncert w Austrii?
- Tak. Jako zespół jesteśmy tu po raz pierwszy. Ja natomiast byłem już w Austrii w latach 80. Byłem wówczas studentem Wydziału Prawa Uniwersytetu Mikołaja Kopernika i członkiem Studenckiego Stowarzyszenia Przyjaciół ONZ. Zająłem drugie miejsce na Ogólnopolskiej Olimpiadzie Języka Angielskiego. W Polsce w tamtych latach ten język nie był zbyt popularny. W nagrodę wysłano mnie do miejscowości Graz na jakieś sympozjum, ale to nie takie istotne. Nagrodą był wyjazd sam w sobie. Wiedeń mogłem zobaczyć dopiero teraz.

Jakie wrażenie wywarł na Panu Wiedeń?
- Wczoraj prof. Bogusław Dybaś, dyrektor Stacji Naukowej PAN w Wiedniu, oprowadził nas po mieście. Mieliśmy wspaniałą, nocną, pięciogodzinną trasę i było bardzo przyjemnie. Wspominaliśmy stare czasy, bo z profesorem Dybasiem ukończyliśmy to samo liceum w Toruniu.

Często gracie dla Polaków za granicą?
- Nie powiedziałbym, że często. Jeżeli mamy zaproszenie na festiwal bluesowy, to Polacy raczej tam nie trafiają. Dla polskich emigrantów gramy na zaproszenie różnych instytucji, np. konsulatów . Najczęściej grywaliśmy w Niemczech, bo tam emigracja jest dość liczna.

Czy życie zmusiło Pana kiedykolwiek do emigracji?
- Jeszcze przed powstaniem zespołu mieszkałem przez rok w Stanach Zjednoczonych, ale raczej nie nazwałbym tego emigracją. Nie wyjeżdżałem z myślą, żeby tam zostać. Zawsze fascynował mnie język angielski i kultura amerykańska, no i tak się udało. W tamtych czasach modne było branie urlopu dziekańskiego. Wyjechałem na prawie rok, ale wróciłem. Emigracja nie jest mi jednak obca. Z zespołem graliśmy w kilkunastu krajach i wszędzie spotykamy Polaków.

Rozmawiała  Barbara Bartusiak, Polonika nr 198/199, lipiec/sierpień 2011

Top
We use cookies to improve our website. By continuing to use this website, you are giving consent to cookies being used. More details…