Kocham Wiedeń

fot. Helmut Wimmer

23 września 2011 r.  w Volkstheater odbędzie się premiera sztuki teatralnej pod tytułem: ,,Die Reise", w której udział weźmie 30 osób różniących się kolorem skóry, religią, wiekiem. Wśród tych osób jest jedyna Polka – Małgorzata Łaszcz-Mazur.

fot. Helmut Wimmer
O czym opowiada sztuka „Die Reise"?
- Są to tragiczne historie emigrantów, którzy musieli uciekać ze swojego kraju, aby przeżyć. Na przykład historia kobiety z Czeczenii, która z dziećmi pieszo dotarła do Wiednia. Jest też historia chłopaka, który uciekł z Afganistanu. Jechał on kurczowo przyczepiony pod tirem. Tułał się po świecie przez 5 miesięcy. W końcu myślał, że dotarł do Włoch, jednak okazało się, że jest w Wiedniu – i tu już pozostał. Każda z tych 30 osób opowiada swoją historię. Niektóre z nich są wstrząsające.

A jaka jest Pani historia?
- Opowiadam o tym, co mnie spotkało w Austrii. Moja historia nie jest może przerażająca czy też tragiczna, ale wciąż aktualna. Chodzi o wykorzystywanie ludzi, którzy pracują na czarno, o niewypłacanie im pieniędzy, wykorzystywanie przez pracodawców młodych dziewczyn. Przyjechałam do Wiednia i musiałam pracować na czarno. Na początku nie znałam zbyt dobrze języka niemieckiego. Pracowałam w zakładzie krawieckim u Turka po 16 godzin dziennie. Czasami zdarzało się, że pracowałam całą noc, bo na rano miało być gotowe zamówienie. Byłam przemęczona tą pracą. Pracodawca nie wypłacał mi pieniędzy. Gdy go poprosiłam o pieniądze, powiedział mi, że jeśli pójdę z nim do łóżka, to mi zapłaci. Oczywiście się na to nie zgodziłam, więc pieniędzy też nie dostałam. Udało mi się wyrwać od niego tylko 500 szylingów dzięki temu, że przyjechałam z kolegą, który dość dobrze wyglądał (śmiech). Pracodawca się przestraszył i dał mi tylko część moich pieniędzy. Po resztę miałam się zgłosić następnego dnia. Gdy przyjechaliśmy na drugi dzień, w oknach i na drzwiach były naklejki z napisem: ,,Do wynajęcia". Właśnie o tym opowiadam w tej sztuce.

Temat ten jest niestety nadal aktualny.
- Niestety. Dziewczyny często pracują na czarno. Niektóre dostają kilka euro na godzinę i na dodatek pracodawcy nie chcą im wypłacać tych ciężko zarobionych pieniędzy. Mało tego: bywa, że szefowie próbują takie młode dziewczyny zaciągnąć do łóżka, to nieważne, czy jest się sprzątaczką, czy kelnerką. Taka jest rzeczywistość. Pracodawcy żerują na takich osobach, bo mają świadomość, że większość z nich ma problem z językiem, nie zna się na przepisach prawnych i nie ma zbyt wielu znajomych. Ja miałam to szczęście, że zaczęłam później pracować jako sprzątaczka. Starałam się jak najlepiej pracować, chociaż do dziś nienawidzę sprzątać (śmiech). Grono moich pracodawców się powiększało i mogłam pozwolić sobie na to, że wybierałam, u kogo chcę pracować. Wybierałam tych, którzy byli mili i traktowali mnie z szacunkiem. Z niektórymi nawet się zaprzyjaźniłam, byłam dla nich niemalże psychologiem. Rozmawiali ze mną o swoich problemach i niepowodzeniach.

Od dawna mieszka Pani w Wiedniu?
- Szczerze mówiąc, to nie wiem, jak długo już tu mieszkam. Dawniej żyłam tak jak większość Polaków przyjeżdżających tu do pracy: przez miesiąc byłam w Wiedniu, później wyjeżdżałam na miesiąc do Polski, ponieważ miałam tam małe dzieci. Po pewnym czasie osiedliłam się tu na stałe. Pokochałam to miasto. Moja córka studiuje w Polsce i nie zamierza się tu przeprowadzić. Natomiast syn mieszka ze mną w Wiedniu.

Za co kocha Pani to miasto?
- Kocham Wiedeń za różnorodność i możliwości, jakie oferuje. Tutaj ciągle coś się dzieje i nie trzeba mieć wypchanego portfela, żeby uczestniczyć w różnych imprezach, nie mam tu na myśli tylko jakiegoś wyjścia do dyskoteki. W Wiedniu jest organizowanych mnóstwo wernisaży i innych imprez kulturalnych. Zresztą wystarczy latem iść pod ratusz. Podoba mi się też to, że tutaj każdy może znaleźć coś dla siebie. Szkoda tylko, że my, Polacy, o tym często zapominamy.

Co ma Pani na myśli?
- Przyjeżdżamy i pracujemy, zostawiamy rodziny w Polsce. Żyjemy w skrajnych warunkach tylko po to, żeby odłożyć pieniądze. Co z tego, że w Polsce mamy piękne domy, skoro większość życia spędzamy w obcym kraju. Ludzie dzielą się na tych, którzy chcą żyć, i tych, którzy chcą mieć. Ja nie zaliczam się do tych, którzy chcą mieć, tylko do tych, którzy chcą żyć. Nie jesteśmy żółwiami i nie żyjemy po 300 lat. Gdybyśmy tak długo żyli, to przez 100 lat bym pracowała, a przez 200 korzystała z życia (śmiech).

Wróćmy może do spektaklu. Jako jedyna Polka bierze Pani w nim udział. Jak to się stało?
- Znalazłam ogłoszenie w Internecie i poszłam na casting. Nawet nie przeszło mi przez myśl, że będę mogła wziąć udział w tym projekcie. Poszłam na casting, bo chciałam zrobić wreszcie coś dla siebie. Byłam bardzo szczęśliwa, gdy się okazało, że wybrano również mnie.

Kto oprócz Pani bierze udział w tym projekcie?
W tej sztuce zagra 30 emigrantów. Jestem jedyną Polką w tej grupie. Poza mną są osoby między innymi z Japonii, Chile, Meksyku, Kolumbii, Węgier, Afganistanu. Cieszę się, że mogłam poznać tylu świetnych ludzi. W grupie czuję się rewelacyjnie. Każdy jest inny, a tak świetnie się dogadujemy. Sam dyrektor Volkstheater był zaskoczony tym, że na próbie tworzymy całość. Chciałabym z jak największą liczbą osób pozostać w kontakcie.

30 osób z różnych kontynentów, różnych kultur i religii...Ciężko współpracuje się w tak dużej i różnorodnej grupie ludzi?
- Jeśli chodzi o mentalność czy wyznania religijne, to jesteśmy takim zlepkiem wszystkiego. Oprócz takich różnic jest też przedział wiekowy. Najmłodszych dwóch uczestników ma po 8 lat, a najstarsza osoba ma lat 60. Niesamowite jest to, że wszyscy bez wyjątku świetnie się rozumiemy. Pamiętam, jak reżyserka na pierwszym spotkaniu powiedziała nam, że zdaje sobie sprawę z tego, że spięcia między nami są nieuniknione. Poprosiła nas tylko o to, żebyśmy na próbach zapominali o konfliktach między sobą i zachowywali się jak profesjonaliści. Przez 6 tygodni od poniedziałku do piątku od godziny 10.00 do 13.00 mieliśmy próby. Nigdy nie doszło do konfliktów między nami...

Kiedy odbędzie się premiera sztuki?
- Premiera odbędzie się 23 września w Volkstheater o godzinie 19.30. Sztuka będzie grana 21 razy, do lipca 2012 roku. Media austriackie bardzo interesują się tą sztuką.

Miło byłoby, gdyby na spektakl przyszli również rodacy i zobaczyli, że nie jesteśmy tak strasznie pokarani przez los, chociaż często tak właśnie nam się wydaje. Czasami lubimy użalać się nad sobą. W Polakach ciągle drzemią uprzedzenia. Ciężko jest się nam z nich wyleczyć. Tutaj na jednej scenie można będzie zobaczyć 30 różnych osób, które tworzą jedność, nikt w tej grupie nie jest lepszy ani gorszy.

Jakie są Pani plany na przyszłość?
- Na początku września będę brała udział w projekcie fotograficznym. Polega on na tym, że będę robić zdjęcia różnych miejsc. Miejsc, które lubię, w których dobrze się czuję. Będzie to mała historia opowiedziana zdjęciami. W tym projekcie chodzi głównie o to, żeby obcokrajowcy pokazali, jak się zaaklimatyzowali w nowym miejscu. Wreszcie robię coś dla siebie, dla ducha.

Polonika nr 200, wrzesień 2011

Top
We use cookies to improve our website. By continuing to use this website, you are giving consent to cookies being used. More details…