No to klops!

Otto Schenk i Sandra Cervik w sztuce
Wiedeńczycy z pewnością tłumnie udadzą się na najnowszy spektakl „Chucpa" Lily Brett, grany w Kammerspiele, kameralnej scenie wiedeńskiego Josefstadttheater.

W sztuce tej polskie klopsiki mają doniosłe znaczenie i przygotujmy się, że nasi wiedeńscy przyjaciele będą nas pytali, jak też ten specjał należy przyprawić i przyrządzić!

22 listopada 2012 r. odbędzie się w Wiedniu premiera sztuki Lily Brett „Chucpa", w której główną rolę zagra ulubieniec austriackiej publiczności, Otto Schenk. Fakt udziału gwiazdora teatru i kina stanie się magnesem przyciągającym widzów, którzy pójdą „w ciemno", żeby go zobaczyć na scenie. A potem, tak myślę, rozniesie się fama po mieście, że do teatru pójść warto: sztuka, oparta na powieści Lily Brett „You gotta have balls", jest błyskotliwie dowcipna, pełna wdzięku i werwy. Wydana przed pięciu laty doczekała się już tłumaczeń na wiele języków, w tym także na polski: w polskim tłumaczeniu Jarosława Skowrońskiego książka nosi tytuł „Lecimy w kulki", bo... no właśnie... już z tytułem mają tłumacze kłopot nie lada: angielski oryginał znaczy właściwie tyle, co... „Musisz mieć jaja" (przy czym balls oznaczają tu właśnie klopsiki – meatballs).Niemiecki tłumacz z kolei zrezygnował w ogóle z gierek słownych, tytułując powieść „Chuzpe". Uznał pewnie, że najważniejsze jest podpowiedzenie potencjalnemu czytelnikowi, że po lekturze książki może spodziewać się solidnej porcji humoru żydowskiego. Ale, prawdę mówiąc, wystarczy rzut oka na nazwisko autorki, żeby wiedzieć, że książka będzie znakomita. W dodatku amerykańscy krytycy uznali ją za najdowcipniejszą książkę Lily Brett.

Lily Brett, jako młodziutka dziennikarka, w latach 60. wsławiła się oryginalnymi reportażami z tras koncertowych zespołów rockowych i wywiadami z gwiazdami rocka, Jimim Hendrixem, Janis Joplin i Mickiem Jaggerem. Wkrótce z powodzeniem spróbowała sił jako autorka prozy i poezji. Jej twórczość od dziesięcioleci spotyka się z pochwałami krytyki, sympatią i uznaniem czytelników na całym świecie.
W twórczości Lily Brett, Australijki żyjącej w Nowym Jorku i urodzonej w Niemczech, zastanawiająco często pojawiają się wątki polskie. Bo też Lily Brett jest Australijką z przypadku, a dokładniej... z wyboru jej rodziców. Do Melbourne przybyła jako dwuletnia dziewczynka. Urodziła się w 1946 roku w Feldafing pod Monachium, w obozie utworzonym dla tzw. DiPisów (displaced persons, czyli cywilnych uchodźców wojennych). Rodzice Lily byli Żydami z Łodzi. Pobrali się w czasie wojny w łódzkim getcie, lecz wkrótce, wywiezieni do obozu w Auschwitz, stracili ze sobą kontakt. Dobry los chciał, że spotkali się znowu, właśnie w obozie dla uchodźców w Feldafing.
W latach 80., a więc już jako dojrzała kobieta, Lily Brett (naprawdę nazywa się Liliana Brajsztajn) postanowiła po raz pierwszy zmierzyć się literacko ze swoją przeszłością i polskim pochodzeniem. Z tego okresu pochodzą tomiki poezji: „Auschwitz Poems" (Wiersze z Auschwitz) i „Poland and other Poems" (Polska i inne wiersze).
„Chucpa" jest jednak jak dotychczas – najbardziej polskim utworem Lily Brett. O co bowiem chodzi z tymi polskimi klopsikami?

Jest to historia nieoczekiwanego sukcesu i nieoczekiwanej miłości Edka, nienajmłodszego już, bo osiemdziesięciokilkuletniego polskiego Żyda. Edek ma córkę Ruth. Autorka zarzeka się, że nie pisze powieści autobiograficznych, jednak dziwnym trafem, identycznie jak sama Lily, Ruth ma pochodzącego z Polski ojca, przeniosła się z Australii do Nowego Jorku i jest żoną artysty plastyka, z którym ma troje dzieci...
Po śmierci żony (czyż trzeba dodawać, że Edek i jego żona, podobnie jak rodzice Lily Brett, pobrali się w getcie łódzkim?) Edek wraz córką udają się w nostalgiczną podróż do Krakowa. Tam Edek poznaje dwie eleganckie wdowy, Walentynę i Zofię i traci dla tej drugiej głowę. Wróciwszy do Nowego Jorku, tęskni niezmiernie. Ale smutek jego nie trwa długo, bo – jak się łatwo domyśleć – Zofia wkrótce przybywa do Ameryki! Ruth, która uważa, że pięćdziesięciokilkuletnia Zofia (obdarzona przez naturę pięknym, pełnym biustem, co zresztą Edka szczególnie zachwyca!) jest o wiele za młoda dla jej sędziwego ojca, lamentuje, przepowiadając katastrofę, i oburza się, że ojciec wszystko uknuł za jej plecami. Edek się broni: „Ja niczego nie zatajałem wobec ciebie, Rutko, ja ci po prostu nic nie powiedziałem" (aż się chce zacytować stareńki przebój: „Żołnierz dziewczynie nie skłamie, chociaż nie wszystko jej powie"...). Ale prawdziwa bomba wybucha dopiero wtedy, kiedy Edek wraz Zofią (która tymczasem już z nim mieszka) postanawia otworzyć lokal z polską specjalnością: przyrządzanymi własnoręcznie przez Zofię polskimi klopsikami właśnie... Nie zdradzając pointy, można powiedzieć, że lokal „You gotta have balls" (a więc: „Musisz mieć jaja", względnie „Musisz mieć klopsy") prosperuje znakomicie i odwiedzają go nawet takie znakomitości jak Steven Spielberg i Luciano Pavarotti.

Swojski smak klopsików przyrządzanych przez Zofię i łódzkie pochodzenie autorki sztuki to niejedyny polski akcent „Chucpy" w wiedeńskim teatrze. Oto w rolę Zofii wcieli się żyjąca od wielu lat w Austrii i wykładająca na renomowanej, kształcącej aktorów wiedeńskiej uczelni Max Reinhardt Seminar znana polska aktorka – Grażyna Dyląg! Tak! Ta sama, która jako młodziutka dziewczyna zachwyciła nas w filmie Andrzeja Żuławskiego „Na srebrnym globie"; ta sama, która w filmie o Chopinie „La note bleue" tego samego reżysera, grając u boku Sophie Marceau i pianisty Janusza Olejniczaka rozbawiła nas do łez w roli hrabiny Czosnowskiej... I właśnie, gdy zapytałam ją, jak czuje się w „Chucpie" w roli Zofii, Grażyna Dyląg powiedziała: Cudownie! Mimo że to nie mój genre, bo ja nie grywałam dotąd w komediach, no chyba że tę hrabinę Czosnowską...

Grażyna Dyląg wystapiła w roli Zofii, fot.Severin Koller

Dlaczego więc zgodziła się teraz zagrać Zofię? Przede wszystim skusiła ją okazja pracy z Ottonem Schenkiem – aktorem-legendą. Grać u boku Schenka, obserwować, jak buduje rolę, to czysta radość i wielka satysfakcja ze wspólnej pracy. W ogóle wszyscy, cała obsada, są przeuroczy! Gram Zofię z przyjemnością i przekonaniem także dlatego, że to świetna kobieta: ciepła, energiczna, z tupetem, z sercem, a przede wszystkim z pomysłem na życie. Pozytywna postać w neurotycznym świecie! I nie ukrywam, że cieszę się, że ta przedsiębiorcza, serdeczna i dowcipna osoba to akurat Polka."


Czy Lily Brett mówi po polsku? Niewykluczone. Będziemy mogli już wkrótce ją o to zapytać, ponieważ zapowiedziała, że przyjedzie na premierę „Chucpy" do Wiednia, zaś na 25 listopada przewidziane jest spotkanie z nią w Josefstadttheater: Lily Brett będzie czytała fragmenty swojej najnowszej, tym razem w nieskrywany sposób autobiograficznej powieści „Lola Bensky".

Dorota Krzywicka - Kaindel, Polonika nr 214, listopad 2012

Top
We use cookies to improve our website. By continuing to use this website, you are giving consent to cookies being used. More details…