Kabaret Ani Mru Mru, czyli...

 

...jacy są naprawdę? Przed występem w wiedeńskim klubie Utopia w styczniu 2015 roku mieliśmy okazję z nimi porozmawiać. 

Każdy z nich jest inny, ma inny charakter i dzięki temu znakomicie się uzupełniają. Marcin, Michał i Waldek, czyli kabaret Ani Mru Mru.

 

Bywacie czasami poważni?
Marcin:
Tak, zależy od chwili, od samopoczucia. Czasami sytuacja wymaga, żebyśmy byli poważni, ale gdy jesteśmy poważni, to ludzie myślą, że na pewno coś kombinujemy, że zaczynamy się przygotowywać do żartowania, a tak nie jest.

Jak reagują na was ludzie na ulicy?
Marcin: Najczęściej bardzo pozytywnie, czasami są zaskoczeni, że widzą nas zwyczajnie w sklepie, wychodzą zza regału i nie wiedzą, co się stało, kojarzą twarz i automatycznie mówią „dzień dobry", a później dopiero do nich dociera, że znają nas z telewizji. To są takie przyjemne momenty.

Jesteście sławni. Jak to wpływa na wasze prywatne życie?
Marcin: Z tą sławą to bym nie przesadzał. Jesteśmy rozpoznawalni, co wpływa pozytywnie, jak i negatywnie na nasze życie. Trochę się już przyzwyczailiśmy. Czasami ułatwia nam to życie, a czasami utrudnia. Człowiek chciałby także poświęcić czas tylko rodzinie, na przykład w restauracji albo w czasie pobytu za granicą. Zawsze jednak znajdą się jacyś Polacy, którzy chcą sobie zrobić zdjęcia, więc akurat w takiej sytuacji niestety muszę odmawiać. Niektórzy uważają, że popularność męczy, a ja uważam, że jest wiele bardziej męczących zawodów niż kabareciarz.
Michał: Ja mam problem z tą rozpoznawalnością obecnie w domu, ponieważ mam kota, który lubi oglądać telewizję i kiedyś zobaczył mnie w domu i w telewizji i trochę „zbaraniał": nie rozumie, jak mogę być tu i w telewizji jednocześnie. Teraz mam problem z kotem, bo jest taki nieswój.
Separujecie rodzinę od fleszu reflektorów?
Marcin: Tak, członkowie mojej rodziny nie pchają się na afisz, nie kręci ich to. Zresztą my mamy normalne podejście do tego i nie musimy tego robić. Są tacy ludzie zwani „celebrytami" bądź początkujący artyści, którzy muszą to robić i robią to za wszelką cenę, żeby być w mediach, i pokazują rodzinę na siłę.
Michał: Nasze życie prywatne niech zostanie naszym życiem prywatnym.

W 2006 roku gościliście w Wiedniu. Co się zmieniło od tamtego czasu?
Marcin: Postarzeliśmy się, bo w 2006 roku byliśmy 9 lat młodsi. Pamiętam, że jak jechaliśmy wtedy do Wiednia, to nikt nie brał leków ze sobą, a teraz...jeden kaszle, drugi kicha, i tak to jest. A tak to się chyba nic nie zmieniło.

A skecze?
Marcin: Szczerze powiem, że nie pamiętam, jakie skecze graliśmy w 2006 roku, ale myślę, że są na podobnym poziomie. Trochę odważniej podchodzimy do tego, co robimy, dojrzeliśmy na scenie. Musieliśmy trochę wydorośleć w naszej twórczość, bo nasza publiczność jakby dorasta z nami. Nie chcieliśmy nigdy zostać kabaretem dla studentów, tworzymy dla ludzi w podobnym przedziale wiekowym jak my, więc to też musi się zmieniać.

Kabaret to praca czy przyjemność?
Michał: Pasja przede wszystkim, a po pewnym czasie stał się dla nas pracą, sposobem na życie. Tak naprawdę czas pokazał, czym dla nas jest kabaret.
Marcin: Połączenie pracy i przyjemności, ale to nie jest tak, że ciągle jest przyjemność, bo to jest dosyć ciężka praca, polegająca na ciągłym przemyślaniu, byciu w podróży czy choćby takich momentach twórczych, gdzie trzeba usiąść i pomyśleć. Potem przychodzi czas na występ, który jest dla nas przyjemny. Wczoraj zażartowałem, że nie muszę chodzić na inne polskie kabarety, ponieważ najlepiej bawię się na swoim. Nigdy nie doszedłem do takiego momentu, że miałem ochotę powiedzieć sobie: nie, nie, znowu muszę wyjść na scenę. Właśnie odwrotnie – zawsze podchodzę do tego z energią.

Co robicie, gdy chce się wam śmiać na scenie?
Marcin: Śmiejemy się, tego się nie da opanować. Ja parokrotnie próbowałem ostatnio się hamować, ale nie ma siły na to. Też staramy się, żeby to nie był sposób na bycie na scenie, ale myślę, że publiczność lubi tę naturalność i widać, że nie jesteśmy nauczeni od A do Z.

Są pytania, których nie lubicie?
Marcin: Są takie pytania, które mnie krępują. Przykładowo ktoś przychodzi i pyta, jak to jest być przystojnym i bogatym. Jestem wtedy trochę skrępowany. Nie lubię jeszcze pytań, które wymuszają odpowiedź, typu: jak podobało się wam w Kaliszu? I tu wypada powiedzieć, że super, świetnie itd.
Jakie żarty preferujecie?
Marcin: Ja lubię robić sprośne, inteligentne i zaskakujące żarty, takie, których publiczność się nie spodziewa.
Michał: Ja bardzo lubię żarty sytuacyjne, absurdalne i głupie.

Skąd bierzecie pomysły na skecze?
Michał: Ja nie wiem, bo to czasem samo wpada. Właśnie, Marcin, to jest takie pytanie, które mnie nurtuje: skąd ty bierzesz pomysły na skecze, ale szczerze?
Marcin: Szczerze? Trudno powiedzieć, to raczej takie jedno z najgorszych pytań dla kabareciarza, bo ciężko jest na nie odpowiedzieć. W końcu pomysły biorą się zewsząd. Czasami się coś obejrzy w telewizji, przeczyta w gazecie, z kimś porozmawia. Różnie.

Dlaczego polskie kabarety unikają skeczów dotyczących obecnego rządu, a naśmiewają się z opozycji. Czy boją się władzy podpaść?
Marcin: Ja słyszałem kilkakrotnie ten zarzut, że kiedy prawica była przy władzy, to mnóstwo kabaretów żartowało, a teraz, od kiedy Platforma jest przy władzy, to tych żartów jest mniej. Ale to nie bierze się z tego, że z Platformy się nie żartuje, a z PiS-u tak, ale, jak podejrzewam, z tego, że rządy prawicowe były bardzo podatnym gruntem. W momencie, gdy ktoś żartuje z Platformy, to przechodzi bez echa. Nikogo to nie rusza i wiadomo, że ten żart nie siądzie tak jak kiedyś. My stronimy od żartów politycznych, bo trzeba pamiętać, że w Polsce jeszcze do niedawna było pół na pół. Żartując z prawicy, lewicy albo Platformy można zobaczyć, że pół sali się śmieje, a pół nie. I to nie ma za bardzo sensu.

Jacy jesteście naprawdę w życiu?
Marcin: Jeżeli ktoś nie zna nas prywatnie, to nie ma różnicy pomiędzy tym, jacy jesteśmy prywatnie, a jacy jesteśmy na scenie, bo większość postaci, które gramy, są oparte na naszym naturalnym usposobieniu. Na pewno każdy z nas ma jakieś sekrety. Michał przykładowo wieczorami klei modele.

Śmiejecie się też z siebie?
Marcin: Tak, w busie najczęściej. Tak naprawdę zaczynamy i kończymy dzień od śmiania się z siebie, ale, powiedzmy sobie szczerze, nie ze wszystkich w tym kabarecie wolno się śmiać. Wolno się śmiać z Waldka, z Michała umiarkowanie, a ze mnie nie. Nie no, nie wiem, kto wymyślił takie zasady, ale tak się utarło.
Michał: Ja wstaję rano, myję się i zaczynam się śmiać...z siebie (śmiech).
Oprócz tego, że się śmiejecie, jesteście szczęśliwi?
Marcin: Tak.
Waldek: No pewnie, jeżeli robimy to, co kochamy, i udaje się z tego utrzymać rodzinę, to jaka może być inna definicja szczęścia?

Wyobrażacie sobie jakiś inny zawód niż kabareciarz?
Marcin: Tak, ja mógłbym być striptizerem.
Michał: A ja kosmonautą.
Marcin: A Waldek striptizerem-kosmonautą (śmiech).

Rozmawiała Joanna Pietruszka, Polonika nr 241, luty 2015

 

 

Top
We use cookies to improve our website. By continuing to use this website, you are giving consent to cookies being used. More details…