Kolęda niosąca pokój...

 Najbardziej znaną na świecie kolędą jest „Cicha noc, święta noc". Zna ją 3, 5 miliarda ludzi zamieszkujących naszą planetę, przetłumaczona została na 300 języków i dialektów. A narodziła się w Austrii...

Odkrycie w roku 1995 manuskryptu pieśni opatrzonego datą 1816 i napisanego własnoręcznie przez Josepha Mohra pozwoliło na nową interpretację wydarzeń związanych z powstaniem i prawykonaniem kolędy oraz historią życia jej twórcy.

Wszystko zaczęło się w roku 1792 w Salzburgu przy ulicy Steingasse, gdzie mieszkała 38- letnia Anna Schoiber, matka Josepha Mohra. Pokój o wielkości niespełna 20 m2 dzieliła wspólnie z dwiema córkami, kuzynką i swoją matką. W pomieszczeniu nie było żadnego ogrzewania, a na domiar złego właściciel mieszkania wprowadził rygorystyczne zasady korzystania z malutkiej kuchni, utrudniając całej rodzinie przetrwanie zimy. Trzy razy dziennie wolno było przestąpić jej progi i to tylko jednej osobie. Podczas przygotowywania posiłków Anna rozgrzewała dodatkowo w ogniu duże kamienie, które później w metalowych naczyniach przenosiła do pokoju, by w ten sposób chociaż trochę ogrzać zimne pomieszczenie.

Joseph Mohr, autor tekstu kolędy, fot. www.stillenacht-oberndorf.at
Źródłem utrzymania całej rodziny było przędzenie i robienie na drutach. Ponieważ jednak dochody były niewystarczające, Anna zmuszona była wziąć lokatora. Był nim 28 -letni Franz Joseph Mohr ze wsi Mariapfarr. W ciągu dnia pełnił służbę wojskową, w nocy natomiast pracował jako strażnik jednej z bram miejskich. Kiedy nad ranem wracał do mieszkania rodziny Schoiber, kładł się do jednego z dwóch znajdujących się w pokoju łóżek. Ponieważ zimą należało mu się wedle umowy ciepłe posłanie, tak więc ktoś z domowników musiał pozostać w łóżku i zagrzewać pościel do samego przyjścia lokatora. Możemy tylko przypuszczać, że któregoś zimowego ranka Anna nie wstała na czas lub też zniecierpliwiony i spragniony ciepła żołnierz nie czekał na zwolnienie łóżka. Jakakolwiek by była rzeczy przyczyna - 9 miesięcy później, 11 grudnia 1792 przychodzi na świat nasz bohater - Joseph Mohr. Na wieść o tym, że Anna oczekuje dziecka, żołnierz Mohr uciekł z miasta i zdezerterował ze służby wojskowej. Urodzenie dziecka ze związku pozamałżeńskiego było w owych czasach karalne, a że Anna Schoibel popełniła podobne „wykroczenie" już po raz trzeci, skazana została na karę 9 guldenów. Była to suma niebagatelna, odpowiadająca całorocznym dochodom. Wybawienie, zgrozą zresztą przepełnione, nadeszło w sposób zupełnie nieoczekiwany ze strony miejskiego kata, Franza Josepha Wohlmutha. Był on wykonawcą licznych egzekucji i autorem okrutnych tortur. Nic przeto dziwnego, że darzono go nienawiścią i wzbudzał powszechny strach. Ponieważ jednak był człowiekiem bogatym i zależało mu na poprawie swojej reputacji, zaproponował Annie Schoibel jako dowód swej wielkoduszności zapłacenie kary w zamian za to, że zostanie ojcem chrzestnym jej syna.
Los nie mógł chyba wyreżyserować Josephowi gorszego startu życiowego. Nie dość, że był dzieckiem nieślubnym, to jeszcze do tego chrześniakiem kata. Nie chciano go przyjąć do żadnej szkoły, nie mógł też kształcić się na rzemieślnika czy kupca. Swoje dzieciństwo spędził nad rzeką Salzbach, obserwując transport soli na barkach i statkach. Innym miejscem zabaw były długie schody z tyłu domu prowadzące na górę do klasztoru zamieszkiwanego przez mnichów.
Śpiewającego podczas zabaw chłopca usłyszał któregoś dnia ksiądz benedyktyński, a zarazem dyrygent chóru katedralnego - Johann Nepomuk Hiernal. Zachwycony niezwykłym głosem Josepha i jednocześnie poruszony historią opowiedzianą przez Annę Schoibel postanowił zapewnić mu najlepsze wykształcenie. W 1804 roku Joseph rozpoczął naukę w elitarnej szkole przy klasztorze Benedyktynów, następnie uczęszczał do gimnazjum akademickiego. Był uczniem bardzo pilnym, znajdował się zawsze w czołówce klasy, w wieku 12 lat opanował grę na gitarze, skrzypcach i organach. Szczególnie zaś ceniono jego ogromną muzykalność i przepiękny głos, który był podporą chóru kościelnego. Joseph kształcił się kolejno w Uniwersytecie Benedyktyńskim w Kremsmuenster i seminarium duchownym w Salzburgu, po którego ukończeniu w roku 1815 otrzymał święcenia kapłańskie.
Wkrótce po tym został skierowany do Mariapfarr, 110 km na południe od Salzburga, rodzimej parafii swego ojca, którego zresztą nigdy nie poznał. Natomiast już po kilku dniach zaprzyjaźnił się ze swoim dziadkiem, 86 -letnim Franzem Josephem Mohrem, który wprowadził go w niezwykły świat obyczajów i legend panujących w tamtejszych okolicach. A było wśród nich wiele rytuałów bardzo starych, bo wywodzących się jeszcze z czasów Celtów, Rzymian i Słowian. Tradycje pogańskie od dawien dawna harmonijnie współistniały z chrześcijańskimi i były na równi z nimi pielęgnowane. Porządek ten został naruszony tylko raz, ponad 200 lat przed przybyciem Josepha do Mariapfarr. A warto o tych wydarzeniach wspomnieć choćby dlatego, że miały one bezpośredni wpływ na powstanie kolędy „Cicha noc, święta noc".

Cofnijmy się zatem na moment do roku 1600, kiedy do Mariapfarr przysłano nowego księdza, któremu zupełnie obca była specyfika tamtejszych obyczajów. Jak można sobie wyobrazić uznał on wszelkie niechrześcijańskie obrządki za zwyrodniałe i natychmiast zabronił ich praktykowania. Ponieważ jednak wierni w dalszym ciągu pielęgnowali swoje wieloletnie tradycje, nowy duszpasterz podwyższył podatki, by w ten sposób zmusić wszystkich do uległości. Nastąpiła zupełnie nieoczekiwana reakcja. W przeciągu 3 lat z zamieszkujących parafię 3500 rodzin, 2800 przeszło na protestantyzm. Kiedy zwierzchnicy w kurii biskupiej zorientowali się do czego doprowadziła polityka nowego księdza, natychmiast go odwołali i powierzyli pełnienie obowiązków duszpasterskich miejscowemu duchownemu, któremu bardzo bliskie były lokalne obyczaje. Minęło niespełna półtora roku, by Kościół katolicki z powrotem odzyskał prawie wszystkich swoich wiernych. Wydawać by się mogło, że panująca od wieków harmonia została na nowo przywrócona. Jednak wśród wiernych, w czasie kiedy jako protestantom nie wolno im było przekraczać progów Kościoła katolickiego, powstał nowy zwyczaj. Nie mogąc brać udziału w mszach spotykali się na tak zwane godziny biblijne. Święta zaś szczególnie podniosłe, jak Boże Narodzenie i Wielkanoc, celebrowali w udekorowanych na te okazje stajniach czy też wiejskich podwórkach. Brzmienie kościelnych organów zastępowali ludowymi instrumentami – skrzypcami, gitarą, fletem, rogiem. Tam, gdzie nie mogli, czy też nie chcieli sobie przypomnieć tekstów łacińskich, śpiewali pieśni tyrolskie. Kiedy ponownie wolno im było jako katolikom brać udział w mszach , przynieśli ze sobą do kościoła swoje instrumenty i pieśni. Tak więc zanim Josef Mohr przybył do Mariapfarr, zwyczaj tych niezwykłych w swoim rodzaju mszy panował tam już ponad 200 lat. Wszędzie indziej w kościołach królowała niepodzielnie łacina.
Ale powróćmy znowu do roku 1815 i wyobraźmy sobie pasterkę w kościele w Mariapfarr w Wigilię Bożego Narodzenia. Tej mszy Joseph nigdy nie zapomniał. Śpiewy łacińskie rozbrzmiewały na zmianę z pieśniami rodzimymi, brzmienie organów przejmowały co i raz ludowe instrumenty. I jakby tych niezwykłości nie było dosyć, ksiądz włączył w litanię łacińską kazanie niemieckie. Joseph był zafascynowany i głęboko przejęty. Całe wydarzenie zainspirowało go tak silnie, że w następnym roku napisał własną pieśń bożonarodzeniową, znaną jako „Cicha noc, święta noc...". Kolęda skomponowana została na głos z towarzyszeniem gitary, aby mogła być wykonywana o każdym czasie i w dowolnym miejscu. Również przez tych, którzy z jakiegokolwiek powodu nie mogli przybyć do kościoła.

Franz Gruber, kompozytor, fot. www.stillenacht-oberndorf.at
Wiosną 1816 zapanowała w całej okolicy powszechna euforia; w wyniku podpisania w Monachium Układu Pokojowego wojska bawarskie rozpoczęły opuszczanie Ziemi Salzburskiej. Radość z odzyskania wolności została jednak wkrótce przyćmiona klęską głodu spowodowaną wczesnym nadejściem zimy. Joseph zapadł bardzo poważnie na zdrowiu, odezwały się dolegliwości płuc, na które jeszcze jako dziecko cierpiał w zimnym i wilgotnym mieszkaniu przy Steingasse. Po wyjściu ze szpitala skierowany został jako wikary do Oberndorf, gdzie panował dużo łagodniejszy klimat. Wspólnie z miejscowym nauczycielem i organistą - Franzem Xaverym Gruberem wprowadził w tamtejszym kościele, ku wielkiej radości parafian, dwujęzyczne msze łacińsko – niemieckie. Wiadomość o tym rozeszła się bardzo szybko po okolicznych wsiach i ludzie tłumnie ściągali zewsząd do Oberndorf, by wreszcie w pełni rozumieć uroczystości kościelne. To szczęście trwało jednak tylko trzy miesiące. W listopadzie 1817 roku przydzielony zostaje do Oberndorf ksiądz starszej generacji - Georg Heinrich Noestler, osoba ponura, w swoich poglądach niezwykle konserwatywna, do tego złośliwa i zawistna. Jak można się było spodziewać, zabronił on natychmiast odprawiania dwujęzycznych mszy, a widząc w Josephie konkurenta, rozpoczął działalność przeciwko niemu. Wzrastająca stopniowo zazdrość o popularność młodego wikarego podpowiadała mu coraz to nowe złośliwości. Wreszcie sięgnął po argument najbardziej chyba dokuczliwy i niestety takoż skuteczny. Zatroszczył się bowiem o to, by wszyscy w okolicy dowiedzieli się o historii Josepha, o jego pochodzeniu z nieprawego łoża jak również i o tym, że był chrześniakiem kata. Noestler już niebawem miał powód do triumfu. Ludzie byli tak bardzo zszokowani, że większość z nich odsunęła się od Josepha. Nawet bliski mu Franz Xawer Gruber w trosce o swoją karierę zmuszony był zerwać więzy przyjaźni. Chyba jednak tylko oficjalnie i na pozór. W głębi duszy nie mógł bowiem pogodzić się z tym, jak stary Noestler postąpił z Josephem .
I oto wydarzyło się coś przedziwnego. W przeddzień Wigilii, po zakończeniu porannej mszy, zepsuły się organy kościelne. Nie wiemy, czy los tak chciał, czy też dobroduszny Franz Xaver Gruber celowo tak wszystko zaaranżował. Ksiądz Noestler był bardzo rozgniewany, gdyż wiedział, że bez dobrze funkcjonującego instrumentu nie jest w stanie następnego dnia odprawiać mszy bożonarodzeniowej. Nie miał jednak innego wyjścia jak zgodzić się, by mszę poprowadził Joseph i to w sposób w jaki zwykł był to czynić wcześniej w Mariapfar, a mianowicie z ludowymi instrumentami i pieśniami tyrolskimi. Podczas tej pamiętnej nocy, Joseph przy akompaniamencie gitary wykonał wraz z Franzem Xaverym Gruberem napisaną przez siebie 2 lata wcześniej pieśń, którą nazwał po prostu „Weynachtslied". Zgromadzeni w kościele wierni byli oczarowani jej urokiem i prostotą.
W takich oto okolicznościach w roku 1818 w kościele św. Mikołaja w Oberndorf nastąpiło prawykonanie kolędy, znanej nam wszystkim jako „Cicha noc, święta noc...."
W ciągu następnych lat Joseph pełnił obowiązki duszpasterskie w 11 różnych parafiach. Często przywoził do siebie swoją matkę i opiekował się nią, kiedy była chora.
Rękopis kolędy, fot. www.stillenacht-oberndorf.at
Joseph Mohr zmarł w roku 1848 w Wagrain, w wieku 56 lat. Opuścił padół ziemski w takiej samej biedzie, w jakiej się na nim pojawił. Zachowały się po nim jedynie sutanna, gitara, fajka i tabakierka. Nie było nawet dosyć pieniędzy na wyprawienie mu porządnego pogrzebu, gdyż swoje oszczędności wydał na utworzenie szkoły dla biednych dzieci. Pochowany został w grobie dla ubogich.
Nam wszystkim pozostawił bardzo cenny podarek, piękną kolędę, która w sposób przejmująco prosty opiewa narodziny Chrystusa, oddaje nastrój miłości i radości, błogosławi pokój i przebaczenie.

Opracowała Urszula Ghoshal, Polonika nr 70/71, grudzień 2000/styczeń 2001

 

Dodatkowo:

Newsletter

Jeżeli chcesz otrzymywać mailem informacje na bieżąco wpisz swój adres e-mail
Top
We use cookies to improve our website. By continuing to use this website, you are giving consent to cookies being used. More details…