Zaczęliśmy od zera

Aleksandra i Damian Izdebscy, fot. ditech.at

Są młodzi i pełni zapału. Przed 12 laty założyli firmę DiTech, która na nowo rozdała karty na austriackim rynku komputerowym.O początkach firmy, o sukcesie, ale także o cenie sukcesu rozmawiamy z Aleksandrą i Damianem Izdebskimi.

Mówi się o Waszej niemalże amerykańskiej karierze, że takie rzeczy nie zdarzają się w Wiedniu, że tutaj trudno się przebić, szczególnie, jeśli nie jest się „stąd". Dlaczego Wam się udało?
Damian Izdebski:
Nikt nic nam nie dał w prezencie, za nami jest 12 lat ciężkiej pracy. Na pewno mieliśmy trochę szczęścia, ale szczęściu trzeba dać po prostu szansę.
Aleksandra Izdebska: Zaczęliśmy od małej firmy, nie zaczęliśmy od 300 pracowników - bo tylu zatrudniamy obecnie, i nie od 16 filii, które posiada firma DiTech na terenie całej Austrii.
DI: Zaczęliśmy od zera, od tego, że to ja byłem jedynym pracownikiem. Ola siedziała w domu obok mojego biura i zajmowała się księgowością.
Dlaczego nam się udało? Przypadkowo zaczęliśmy sprzedawać komputery i gdybyśmy zaczęli sprzedawać skarpetki to jestem przekonany, że też by się nam udało. Nie mieliśmy produktu, który był jakiś jedyny na rynku. Zaczęliśmy sprzedawać produkty i usługi, które były do dostania, właściwie rynek był już wtedy nimi bardzo nasycony. Następnym czynnikiem, który nam utrudniał start było to, że był to rynek opanowany przez monopolistów, takich jak Media Markt czy Saturn.
Trudno jest zaistnieć jako kopia czegoś istniejącego na rynku. Trzeba po prostu się odróżniać od innych. Jest dużo różnic między nami a naszymi konkurentami. Po pierwsze jest to koncept sprzedaży. U nas ludzie nie stoją przed regałami napełnionymi kilkudziesięcioma notbookami i nie kupują, biorąc pod uwagę cenę czy kolor. Klienci są zmuszeni podejść do sprzedawcy i powiedzieć mu, do czego chcą używać danego komputera. Nie muszą orientować się w żadnych danych technicznych, mają tylko opowiedzieć sprzedawcy o swych wymaganiach i to sprzedawca dobierze odpowiedni komputer. Jeśli klient znakomicie się orientuje, to nie ma najmniejszego problemu, by sprzedawca rozmawiał z nim również na takim poziomie.

Więc tak narodziło się hasło firmy: Komputery, nie byle co?
AI:
My w naszym asortymencie mamy wyłącznie komputery, nie mamy pralek, telewizorów czy lodówek, tak jak to jest w innych sklepach.
DI: Właśnie - to jest jeden z ważnych czynników naszego sukcesu. Skoncentrowaliśmy się tylko na jednym produkcie. Trudno oczekiwać od sprzedawcy, aby posiadał wystarczającą wiedzę na temat pralek, lodówek i komputerów. Podobnie przecież z chorym zębem idę do dentysty, ale nie wymagam od niego, że skoro już przyszedłem, to może przebadałby mi jeszcze oczy. Jest to oczywiste. Tymczasem w sklepach u jednego sprzedawcy kupujemy telewizor, lodówkę i komputer. U nas jest właśnie inaczej.

Wracając jednak do sukcesu: co o nim zadecydowało?
DI:
Na pewno gotowość do podjęcia ryzyka, do zaciągnięcia kredytów, żeby firma w ogóle ruszyła. Nie ma bowiem firmy, która nie posiada jakiegoś obcego kapitału. Trzeba odpowiedzieć sobie na pytanie, czy jestem w stanie ponieść ryzyko, jeśli mój pomysł się nie powiedzie. A ryzyko jest bardzo duże. Przez pierwsze lata istnienia firmy odpowiadaliśmy całym naszym majątkiem prywatnym, niemal naszym życiem, bo na szali położyliśmy praktycznie wszystko. Wiele osób myśli, że prowadzenie własnego biznesu przynosi natychmiast pieniądze, daje możliwość kupienia luksusowego samochodu, a pieniądze wyjmuje się po prostu z bankomatu.

fot. ditech.at

Jaka była pierwsza cena sukcesu?
AI:
Brak czasu. Jeśli otrzymywaliśmy zlecenie, było ono tak ważne, że nie liczyło się to, czy jest to sobota czy niedziela. Poświęcaliśmy wszystko pracy, inwestując w dobrą opinię o nas i zarabiając na dalszy rozwój firmy.
DI: Przez pierwszych parę lat po założeniu firmy trzeba przygotować się na pracę przez siedem dni w tygodniu. Pamiętam, że na początku mieliśmy trzy, cztery niedziele w roku wolne, na pewno było to Boże Narodzenie, Wielkanoc i jeszcze jakiś tam dodatkowy weekend. Trzeba więc posiadać gotowość podjęcia tego niesamowitego obciążenia, nie planując, że wystarczy przepracować 38 godzin w tygodniu i odniesie się sukces.

Filozof, Emil Cioran, powiedział kiedyś: Nic, z wyjątkiem sukcesu, nie może nikogo zepsuć do cna. Ale Wy nie jesteście tego przykładem.
AI:
Naszym sukcesem jest właśnie to, że nie zmieniliśmy się jako ludzie. Naszym sukcesem jest to, że dochodziliśmy do wszystkiego ciężką pracą, że nikt nam niczego nie podarował ani nie wygraliśmy w totolotka. Dochodziliśmy do tego dwanaście lat i nadal się rozwijamy, nadal bardzo ciężko pracujemy.
DI: Dla mnie dzisiaj sto euro ma taką samą wartość jak i dla wielu innych ludzi. To nie jest tak, że ja teraz wyrzucam pieniądze za okno i że te sto euro jest dla mnie sumą bez znaczenia. Wiem, ile trzeba pracy, żeby sto euro zarobić i dlatego szanuję każdą pracę i każdy wysiłek włożony w zarobienie tych pieniędzy.
AI: Niewątpliwie pieniądze ułatwiają życie, bardzo ważne jest jednak to, żeby odnieść sukces w pracy, która sprawia radość i satysfakcję, w pracy, którą się po prostu lubi. Jeśli człowiek jest w stanie się spełnić w tym co robi, to nigdy nie będzie wtedy „zepsuty".
DI: Gdy zakładamy dziś jakąkolwiek działalność i jedyną motywacją do pracy są pieniądze, to nie będzie to dobrze działało, pieniądze nie są w stanie człowieka długo motywować.
AI: Dla mnie bardzo ważne jest to, że dzięki firmie mogę pomóc innym. Zaangażowałam się w pomoc dla dzieci z Kalkuty, wspieram projekt Claudii Stöckl. Zdarzało się, że udzielam też indywidualnie pomocy, ale nie jesteśmy w stanie sprostać wszystkim prośbom. Dlatego koncentruję się na jednym projekcie, bo widzę też efekty mojego zaangażowania.

Mówi się, że sukces to taki paradoks polegający na równowadze: z jednej strony są sukcesy, a z drugiej wrogowie. Jak to jest w Waszym wypadku?
AI:
Gdy się odnosi sukces, to ma się całą masę znajomych, którzy w pewnym momencie zaczynają stanowić problem. Potrafię rozróżnić autentyczną życzliwość od tej udawanej. Tacy ludzie są moimi przyjaciółmi, którzy szanują mnie jako człowieka, a nie dlatego, że odniosłam sukces.
DI: Zdaję sobie sprawę z tego, że spośród moich 2000 znajomych, których telefony komórkowe mam zapamiętane, 1980 lub nawet 1990 nie odbierze ode mnie telefonu, jeśli firma DiTech nie będzie istniała. Ale za to wiem, że jest tych osiem czy dziesięć osób, na które mogę zawsze liczyć i które zawsze mnie wesprą, niezależnie od mojej sytuacji.
Szczerość i otwartość nie jest cechą powszechną. Zdaję sobie sprawę, że mam wielu wrogów, którzy w stosunku do mnie potrafią być ujmujący, ale gdy się tylko odwrócę, najchętniej zadaliby mi cios w plecy. Myślę, że jeżeli człowiek to sobie uświadomi i nie żyje w świecie iluzji, to już jest dobrze.

W jednym z wywiadów Damian wspominał, że pieniądze na założenie firmy pożyczyliście od zaprzyjaźnionego lekarza. Czy mieliście szczęście do ludzi, których spotykaliście na swojej drodze. Na ile jest to szczęście, na ile umiejętność współpracy z innymi?
AI:
Na pewno jest to kwestia szczęścia, jakich ludzi się spotyka. Z czasem jednak, gdy firma się rozwija i ma dobrą renomę, również dużo prościej jest znaleźć dobrych pracowników.
DI: Niestety, trafia się również na ludzi, którzy tylko patrzą, jak oszukać. Myślę, że z czasem to staje się kwestią doświadczenia, że potrafi się już wybierać właściwe osoby. Naturalnie, że przez tych dwanaście lat istnienia firmy zawiedliśmy się na wielu osobach, które nas oszukały, z powodu których straciliśmy pieniądze. Była to część tego naturalnego procesu nauki i zbierania doświadczenia. Takie doświadczenia musi każdy zebrać. Musi ponadto uzbroić się w cierpliwość, że efekty jego pracy nie przyjdą ani jutro, ani pojutrze, ani za kilka dni czy miesięcy.
Z moich obserwacji wynika, że wiele osób postępuje tak, że chce bardzo szybko zarobić, jak to się mówi, zrobić jeden deal, skasować, zapomnieć i spalić za sobą mosty. Ale tak się nie buduje biznesu.

fot. ditech.at

Czy zawsze czuliście się dobrze przyjęci w Austrii, czy były jakieś problemy wynikające z faktu, że jesteście migrantami? Jak ważne jest dla Was polskie pochodzenie, w czym pomaga, w czym przeszkadza?
AI:
Zawsze powtarzam, że gdy wyjeżdża się do innego kraju i zamierza się tam pozostać, podjąć pracę i spędzić dalsze życie, to trzeba mieć gotowość dania czegoś od siebie. Do tego należy na przykład nauka języka. Nie wyobrażam sobie, żebym mogła mieszkać w jakimś kraju i nie znać języka, którym posługują się wszyscy inni, tym samym być pozbawiona możliwości komunikowania się. Ważne jest pokazanie, że stać mnie na coś, że wnoszę coś do wspólnego dobra społecznego, a nie tylko korzystam z przywilejów.
DI: Zauważyliśmy, że jesteśmy darzeni wielkim szacunkiem ludzi ze świata biznesu. Oni najlepiej wiedzą, jaki wysiłek włożyliśmy w to, żeby być dzisiaj w tym miejscu, w którym jesteśmy. Absolutnie nie odgrywa to dla nich żadnej roli, z jakiego kraju jesteśmy.
AI: Bardzo często podkreślane jest w rozmaitych wywiadach, że jesteśmy migrantami, ale wtedy ma to wydźwięk pozytywny.
DI: Na pewno nam to nie ułatwiało życia, ale też nie można powiedzieć, że rzucano nam kłody pod nogi. Na pewno nie mieliśmy całej sieci kontaktów, którą się ma, wyrastając w tym środowisku. Przyjechaliśmy w wieku lat 16. Pierwsze dwa, trzy lata poświęciliśmy na to, żeby jak najszybciej nauczyć się języka, opanować to narzędzie, które jest potem potrzebne do wszystkiego.
AI: Do dzisiaj obydwoje jesteśmy posiadaczami polskich paszportów, więc wielokrotnie muszę tłumaczyć i prostować, że nie jestem Alexandra Izdebski, tylko Aleksandra Izdebska.
Nie przyjęliśmy austriackiego obywatelstwa, bo w zasadzie po co? Dla nas ważne jest zachowanie polskości, dbanie o język, pielęgnowanie polskich tradycji.

Wróćmy krótko do ubiegłorocznych „Sommergespräche", do spotkania Aleksandry z H.C. Strache, która wzbudziła ogromne zainteresowanie. Jak ważne są kontakty biznesu z polityką?
AI:
Jest rzeczą niezwykle istotną, żeby politycy brali pod uwagę to, co dzieje się w gospodarce. My, jako przedsiębiorcy, stwarzamy możliwość, żeby kraj się rozwijał chociażby poprzez tworzenie miejsc pracy. Politycy stwarzają nam możliwość poruszania się w tych granicach, które oni określają. Ważny jest dialog, istotne są też sugestie z naszej strony, ponieważ to my jesteśmy praktykami.
Jesteśmy przykładem właśnie tych migrantów, którym się udało, którzy ciężką pracą do czegoś doszli. Austriacy bardzo chętnie to podkreślają.
DI: Spotkanie Aleksandry ze Strache wykorzystaliśmy naturalnie w celach marketingowych. Trzeba sobie zdawać sprawę, ile czasu wymagają takie rozmowy. Audycja do radia Ö3 „Frühstück bei mir" była nagrywana sześć godzin. Na przykład w 2010 roku uczestniczyliśmy aż w 200 rozmaitych spotkaniach. Dzisiaj wieczorem mamy kolejne.
AI: Do wizytówki firmy należy dodać to, że w 2009 roku zostaliśmy uznani, według ankiety Gallup Institut, za najlepszy sklep komputerowy w Austrii. Byliśmy też finalistami w konkursie Österreicher des Jahres czy Unternehmen des Jahres, no i zdobyliśmy tytuł Lider Biznesu Polska - Austria w konkursie organizowanym przez „Polonikę". W ciągu ostatnich pięciu lat ukazało się w austriackiej prasie około półtora tysiąca artykułów na nasz temat.

Jak pracuje małżeństwo, mające biura obok siebie? Czy wspólna praca łączy jeszcze bardziej, czy przeszkadza?
AI:
Ja jestem bardzo szczęśliwa, że mamy tak wyrazisty podział obowiązków. Nie bylibyśmy w stanie prowadzić firmy, gdyby każdy z nas zajmował się tym samym.
DI: Aleksandra prowadzi praktycznie każdą rozmowę z nowym pracownikiem, który się zgłasza. Ustala wszystko, co związane jest z jego zatrudnieniem, zajmuje się prawem pracy, organizuje dokształcanie dla pracowników itp.
AI: Myślę, że fakt, iż jesteśmy małżeństwem sprawia, że mamy wspólny cel, że zawsze możemy rozmawiać o firmie. Odpowiedzialność za firmę jest też podzielona na pół. Cały czas możemy się wymieniać tym, co się dzieje w firmie. Pracujemy po kilkanaście godzin dziennie, więc gdybyśmy pracowali w różnych firmach, w ogóle byśmy się nie widywali.

fot. ditech.at

Znajdujecie w tym wszystkim czas na rozwijanie swoich zainteresowań?
AI:
Moim hobby jest dokształcanie się. Fascynuje mnie psychologia i psychoterapia. Niedługo skończę studia psychoterapeutyczne, jest to coś, co mnie pasjonuje.
DI: Mam nadzieję, że jako psychoterapeutka wreszcie mnie zrozumiesz (śmiech).

Damian ma swoją miłość - samochody.
DI:
Uwielbiam samochody i ze mną jest tak, że albo robię coś na 100 procent, albo nie robię nic. Nasza drużyna „DiTech Racing Team" startuje w austriackich mistrzostwach w rajdach samochodowych. Z pierwszych czterech rajdów w tym roku wygraliśmy cztery, dlatego nasz team ma spore szanse, żeby w tym roku zdobyć mistrzostwo Austrii. Mamy dwa samochody, jednym jeździ zawodowy kierowca, drugi prowadzę ja.
AI: Trzeba powiedzieć, że niesamowicie mu to wychodzi. Ważne, by po prostu znaleźć w swoim życiu coś, w czym się spełniamy, bo wtedy jesteśmy naprawdę szczęśliwi.
DI: Wszystko się zgadza, tylko musimy już pędzić na kolejne spotkanie.

Rozmawiała Halina Iwanowska, Polonika nr 198/199, lipiec/sierpień 2011

Top
We use cookies to improve our website. By continuing to use this website, you are giving consent to cookies being used. More details…