Ludzi trzeba kochać mimo wszystko

Anna Dymna otwiera Salon Poezji w Wiedniu, fot. M. Michalski
Anna Dymna – aktorka filmowa i teatralna, członkini Międzynarodowej Kapituły Orderu Uśmiechu, założycielka Salonu Poezji, kobieta, która znalazła wspólny język z osobami niepełnosprawnymi. W rozmowie z Asenatą Burzyński mówi o swoich przemyśleniach, pasjach, a także o cierpieniu, z którym obcuje na co dzień.

Jaki jest cel Pani przyjazdu do Wiednia?
- W Krakowie w 2002 roku założyłam Salon Poezji. Działa on już 8 lat, a dzisiaj było 337 spotkanie. Takich salonów powstało w Polsce i na świecie 27. Tydzień temu otworzyłam Salon Poezji w Wieliczce. Jest to pierwszy, który znajduje się 137 metrów pod ziemią. Do Wiednia przyjechałam, aby ,,ochrzcić'' w piwnicy Takt otwarcie 28 salonu. Muszą być spełnione pewne wymagania, aby taki salon mógł istnieć. Przede wszystkim musi być on społeczny, poezję muszą czytać aktorzy, musi towarzyszyć temu muzyka, a spotkania muszą się odbywać cyklicznie. Ten będzie odbywał się co kwartał.

Tradycją stało się, że każdy nowy Salon Poezji otwierany jest wierszami ks. Jana Twardowskiego. Co ma w sobie ta poezja?
- Kocham poezję ks. Twardowskiego. Jest ona prosta i delikatna. Często w jego wierszach słyszymy pytania, które sami sobie zadajemy. W sposób jasny, prosty i radosny mówi on o rzeczach najtrudniejszych. Te wiersze oswajają trudne problemy i uczłowieczają ból. To mój ulubiony poeta. Cieszę się, że Pan Bóg wymyślił poetów. Są to ludzie, którzy umieją uspokoić człowieka słowem. Słowo rzeczywiście może mieć moc uzdrawiającą. W naszych czasach zalewają nas potoki słów, które są bez godności, często krzywdzą, zabijają, zapętlają jakieś nienawiści. A ja w swoich Salonach Poezji staram się przywrócić słowu godność.

Jak odbiera Pani publiczność polonijną?
- Mam ogromne doświadczenie z publicznością polonijną. Znam Polonię z różnych krajów. Polonia ciągle się zmienia, jest coraz fajniejsza i zadaje coraz mniej zadziwiające pytania (śmiech).

Dlaczego aktorzy czytają, a nie recytują?
-Wszystkie salony polegają na tym, że siedzimy i czytamy wiersze. Gdy się recytuje wiersze, zdarza się, że forma zabija treść. Poeci czytają wiersze w sposób prosty i konkretny. Wisława Szymborska powiedziała mi, że wiersze trzeba czytać tak normalnie jak gdyby się głośno myślało. Utwory nie tracą wtedy swojego sensu.

Gdyby musiała Pani wybierać między aktorstwem a działalnością charytatywną, to na co by się Pani zdecydowała?
- Nie mogę sobie czegoś takiego wyobrazić. Jedno z drugim się łączy. A gdyby do tego doszło, to pewnie los by za mnie zdecydował. Zawód, który uprawiam, jest niebezpieczny i wymaga ogromnej siły fizycznej, a ja się lekko rozpadam (śmiech). Najpierw skręciłam nogę, a teraz urywa mi się ramię. Ciągle walczę i nie poddaję się. Stykam się z ogromnymi nieszczęściami. Muszę być silna. Teraz mam pod opieką dziewczynę, która ma 21 lat i ma zespół Jadassohna, a oprócz tego okazało się, że ma raka. Nikt nie chce się nią zajmować i operować jej. To ja muszę dać jej siłę, a nie przejmować się, że mi ramię odpada - mam przecież drugie.

Media raczej nie interesują się tematami, którymi się Pani zajmuje. Jednak ma Pani ogromną siłę przebicia.
-Myślę, że media mają ze mną problem. Nikt nie może powiedzieć głośno, że to co robię go nie obchodzi. Ludzie odruchowo odwracają się od cierpienia i śmierci. Zaczynają się interesować takimi problemami, gdy sami znajdują się w sytuacji w jakiej są ludzie którymi się zajmuję. W Polsce opieka zdrowotna, służba zdrowia nie radzą sobie z tymi problemami. Szczególnie osoby niepełnosprawne mają kłopot. Ludzi nie stać na rehabilitację, leczenie, a na badanie czeka się całymi miesiącami. We wszystkich krajach działają fundacje, a u nas fundacje zatykają te czarne dziury.

Nadąża Pani za tym wszystkim?
- Ja nie mówię, że nadążam. Właśnie mi się ręka urywa. Na szczęście gram dużo w teatrze. W Narodowym Starym Teatrze jestem już 38 sezonów.

Czy aktorstwo to dla Pani taka równowaga życiowa?
- Moje życie jest tak jakby na dwóch biegunach. Teatr od początku był moją miłością, ale odkąd zajmuję się osobami niepełnosprawnymi, zdałam sobie sprawę z tego, jaki piękny zawód uprawiam. Zwariowałabym, gdybym miała tylko obcować z cierpieniem. Na scenie zapominam o całym świecie. Mogę odetchnąć, mimo iż gram dramatyczne role. Nie jest łatwo być aktorem. Świat się zmienia, zmieniają się wartości. Mam już 60 lat. Dokonałam w życiu wyboru i trzymam się tego co kocham. Nie dam się przekupić ani nie nęcą mnie zabawki, które są błyszczące i złote. Dlatego też unikam seriali. Wiem, co jest w życiu dla mnie ważne.

Co sprawia Pani przyjemność?
- Myślę, że są to właśnie Salony Poezji. Łatwo można zauważyć, że poezja znika z naszego świata, rzeczywistości, a ja co tydzień mogę obcować z najpiękniejszą poezją. Jest to dla mnie największa przyjemność.Moja praca to także liczne obowiązki. Chociaż mam grupę ludzi, to jednak w większości sama piszę scenariusze, nagrywam różne książki, a teraz pracuję nad Miłoszem. Cały czas coś robię. Nie przejmuję się tym, że czeka mnie operacja.

A czy w środowisku ludzi niepełnosprawnych też odgrywa Pani swoją rolę?
- Tam trzeba być sobą. Nie da się grać. Czasami mnie to przerasta. Prowadzę program ,,Spotkajmy się''. Jednym z moich gości był mężczyzna, który od 16 roku życia walczy z rakiem jąder. Był u mnie w programie z żoną. Oboje siedzieli jak najszczęśliwsi ludzie na świecie. A dla niego nie ma ratunku. Jest umierający. Ci ludzie mi zaufali, a ja muszę im pomóc. Na szczęście mam fundację i mogę organizować różne aukcje, z których są pieniądze. W Krakowie po raz 3 z Filharmonią Krakowską robimy aukcje, z których ratujemy umierających artystów. Ludzie nie zdają sobie sprawy, że ktoś kto był przed chwilą wielkim artystą, teraz gdzieś umiera i nikt się nim nie zajmuje.

Co Pani czuje, gdy ogląda na ekranie telewizora młodą, szczupłą Anię?
- Lubię oglądać filmy w których grałam. Miło mi się robi, gdy widzę takie małe zwierzątko. Patrzę na Anię jak na moją wnuczkę.

Jeden z filmów, w którym Pani grała był kręcony w Ameryce. Nie planowała Pani tam pozostać?
- Jestem kotem domowym. Mogłam zamieszkać tam gdzie tylko chciałam. Ale ja mam już swoje miejsce na ziemi, swój dom, swoje łóżko i swój Kraków. Nigdy się nawet nie zastanawiałam nad wyjazdem do Warszawy. Lubię podróżować, a jeszcze bardziej wracać do Krakowa. Tam czuję się najlepiej.

Często w wywiadach wspomina Pani o swoim pierwszym mężu, który Panią ,,ulepił''.
- Mój pierwszy mąż był bardzo dobrym plastykiem, lepił wszystko. W domu miałam cudownych rodziców, którzy nauczyli mnie odpowiedzialności, uczciwości i pracowitości. Zawsze mi powtarzali, że mam po to dwie ręce, żeby nimi wszystko robić. Później trafiłam w ręce mężczyzny, który był taki sam jak moi rodzice. Pamiętam, jak pewnego razu kazał mi wymurować ścianę – to nic, że popękała, ważne, że była moja. Przez całe życie miałam to szczęście, że spotykałam wielkich artystów. Zostałam wychowana przez najlepszych reżyserów i aktorów. Później poznałam wspaniałych poetów – Wisławę Szymborską, Czesława Miłosza, Ewę Lipską. Kocham poetów, bo dzięki nim świat jest piękniejszy.

Myślała Pani kiedyś o tym, żeby zaangażować się w politykę?
- Jestem bardzo rozczarowana polityką. Zawsze mi się wydawało, że polityka to taka przestrzeń, która pomaga ludziom się dogadać. Ludzie różnią się od siebie. Mają różne punkty widzenia, ale powinien łączyć ich wspólny cel. Polityka powinna służyć temu, aby ludzie się wspierali, wysłuchiwali nawzajem. A ja zauważyłam, że od pewnego czasu polega ona na zabijaniu. W ten sposób do niczego nie dojdziemy. Polityka to machina, która wszystko zżera. Mając fundację, jestem całkowicie apolityczna. Pomagam ludziom chorym i niepełnosprawnym bez względu na ich przekonania polityczne czy też religijne. Płakać mi się chce, gdy widzę, jak politycy ze sobą rozmawiają.. Każdemu z nich wydaje się, że ma rację. Przyjaźniłam się z ks. Józefem Tischnerem, który napisał artykuł o teorii krzywych zwierciadeł, o tym dlaczego ludzie nie mogą się ze sobą porozumieć. Tak samo wygląda sytuacja w polityce. Po tragedii w Smoleńsku wydawało mi się, że może teraz coś się zmieni na lepsze. Niestety nie udało się. Krzywe zwierciadło jest włożone między ludzi. Trzymam się z dala od polityki. Chciałabym jednak, żeby w naszym kraju była pewna płaszczyzna między ludźmi a politykami. Abyśmy mogli z nimi rozmawiać, zgłaszać problemy. Takie płaszczyzny pojawiają się zwykle przed wyborami, a później gdzieś znikają.

Jest Pani rozczarowana tą sytuacją?
- Nie, nie jestem. Ja się tym w ogóle nie zajmuję. Jestem aktorką, gram – i tu nie jestem rozczarowana. Mimo 60 lat ciągle jestem komuś potrzebna, a do mojego teatru przychodzą ludzie. Poza graniem mam także swoich studentów, którym muszę przekazać pewne sprawy. A gdy jest mi smutno, to jadę do osób niepełnosprawnych. Oni mi pokazują, co jest w życiu najważniejsze – żeby się przytulić. Gdy u nich jestem, często zastanawiam się nad swoim życiem – nad tym, jak ja się zachowuję, jak marnuję swój czas, czy też przejmuję się głupotami. Nasz świat nigdy nie będzie dobry, gdy takie osoby będą nieszczęśliwe. Ci ludzie sami o siebie nie zawalczą.

Często w wywiadach mówi Pani, że nie ma ludzi złych, tylko tacy, którzy z powodu swojego nieszczęścia popełniają błędy.
- Moja mama zawsze mi mówiła, że nie ma ludzi złych, że są tylko nieszczęśliwi. To osoby, które nie wiedzą, że można być dobrym człowiekiem, bo nie mieli takich wzorców. Źródłem nieszczęść jest przede wszystkim złe dzieciństwo. Większość chorób to choroby niechcianego dziecka, nieszczęśliwego dzieciństwa. Źródłem zła są też kompleksy. Nic nie dzieje się bez przyczyny. A ludzi trzeba kochać mimo wszystko.

Rozmawiała Asenata Burzyński, Polonika nr 195, kwiecień 2011

Top
We use cookies to improve our website. By continuing to use this website, you are giving consent to cookies being used. More details…