Potrzebny jest łut szczęścia

Justyna Golińska - teatrolog, zastępca redaktora naczelnego miesięcznika „Dialog", założycielka fundacji „Medientandem", nowa dyrektor Instytutu Polskiego w Wiedniu. Rozmawiamy o Instytucie Polskim, kulturze i emigracji.

 

Kiedy objęła Pani funkcję dyrektora Instytutu Polskiego w Wiedniu?
- Funkcję dyrektora Instytutu Polskiego objęłam w połowie października ubiegłego roku. Ze względu na budżet instytucji realizuję do końca roku program ramowy mojego poprzednika. W roku 2011 będziemy w większości realizować program mój i mojej zastępczyni.

W jaki sposób można zostać dyrektorem Instytutu Polskiego?
- Ministerstwo Spraw Zagranicznych, do którego należą Instytuty Polskie, organizuje konkurs na stanowisko dyrektora. Każdy może wziąć w nim udział. MSZ ogłasza informację o konkursie w prasie i na swojej stronie internetowej. Taki konkurs trwa długo, bo około pół roku i składa się z trzech etapów.
Ministerstwo ma prawo wybrać na takie stanowisko osobę, która nie jest pracownikiem samego ministerstwa. Ja osobiście jestem spoza MSZ-u i nie miałam wcześniej bezpośrednio do czynienia z tą instytucją.

Czy było wielu kandydatów na to stanowisko?
- Kandydatów było wielu, ponieważ konkurs dotyczył kilkunastu stanowisk. Są to stanowiska nie tylko dyrektorów w dwudziestu jeden Instytutach Polskich na całym świecie, ale również attachatów kulturalnych w naszych ambasadach i konsulatach generalnych.

Z jakich środowisk wywodzili się Pani konkurenci?
- Byłam bardzo zaskoczona, że te środowiska nie są duże. Okazało się, że wiele osób znam, bo jeśli ktoś obraca się w środowisku kultury i organizacji zajmujących się kulturą, to spotyka się wielu ciekawych ludzi. Do takiego konkursu przystępują przede wszystkim ludzie, którzy potrafią organizować życie kulturalne. Są to przede wszystkim tłumacze, dziennikarze, osoby pracujące w instytucjach zajmujących się organizacją kultury.
W pierwszym etapie należy udokumentować swoje dotychczasowe doświadczenie. Drugim etapem był egzamin, w większości dojrzałych panów, którzy siedzieli w ławkach Politechniki Warszawskiej i zdawali grzecznie egzamin pisemny pod dyktando i zegarek osoby prowadzącej. Były to testy dotyczące zagadnień kultury, historii, polityki Polski. Następnie składaliśmy anonimowo swoją koncepcję pracy na stanowisku dyrektora, a na koniec odbyły się testy psychologiczne. Komisję powołuje MSZ i składa się ona z przedstawicieli różnych ministerstw.
Po konkursie komisja rekomenduje kandydata na stanowisko. Następnie przez kilka miesięcy odbywają się dodatkowe szkolenia, chociaż w tym czasie nadal jest mnóstwo punktów, które mogą zaważyć, że tego stanowiska się nie obejmie.

fot. Mariusz Michalski

Jak Pani przyjęła informację o tym, że Pani obejmuje tę funkcję?
- Najpierw bardzo się ucieszyłam, a następnie przestraszyłam. Zaczęłam się już bać, zanim przyjechałam do Wiednia. Teraz już wiem, że nieraz będę miała poczucie, jak wielka jest to odpowiedzialność, chociaż praca ta daje mi wiele satysfakcji.

Jak zareagowała Pani rodzina i znajomi na to, że wyjeżdża Pani do Wiednia?
- Moi znajomi zareagowali mało efektownie, bo wzruszyli ramionami i powiedzieli: „ ..no przecież mówiliśmy, że sobie poradzisz", a ja do dzisiaj nie wierzę, że udało mi się tego dokonać. Teraz, chociaż będzie to trudne, muszę nadal podtrzymywać przez lata pielęgnowane przyjaźnie. Często okazuje się, że osobom, po których się tego nie spodziewaliśmy, naprawdę na nas zależy i te są najwierniejsze.
Czujemy się za granicą odosobnieni i opuszczeni, ale tak naprawdę to my opuściliśmy naszą rodzinę i to my wyjechaliśmy. Dlatego to na nas ciąży odpowiedzialność za utrzymywanie kontaktu.

Czy Pani najbliższa rodzina przyjeżdża z Panią do Wiednia?
- Na razie do Wiednia przyjechałam sama, a czy ktoś do mnie dojedzie, to się okaże w przyszłości. Nie jest to prosta sprawa, obejmując stanowisko za granicą trzeba mieć świadomość, że na przykład dzieci muszą chodzić do tutejszej szkoły, ważną rzeczą jest też praca dla partnera. Zazwyczaj wyjeżdżając na placówkę, partner rezygnuje z pracy w Polsce, a po powrocie trudno otrzymać z powrotem dobrą posadę.

Jak wygląda Pani typowy dzień pracy?
- Pierwsze moje trzy miesiące były zupełnie szalone, trzeba było nauczyć się wszystkiego. Napisać milion sprawozdań na koniec roku, z całym zespołem wzajemnie się dotrzeć. Dni są pełne różnych spotkań, nawet wieczorem. Czasami udaje mi się około godziny dziewiętnastej dotrzeć do domu i coś sobie ugotować na następny dzień.

Ile osób jest zatrudnionych w Instytucie Polskim i czym się zajmują?
- Obecnie w Instytucie pracuje osiem osób. Zespół jest organizacją, pamięcią i sercem każdego instytutu. Dyrektor przychodzi i odchodzi, on ma wnosić nowe koncepcje, pomysły i bierze na siebie odpowiedzialność za funkcjonowanie całego zespołu, finansową i cywilno- prawną. Natomiast zespół jest stąd i to on jest kontynuacją programu i kontaktów. Oczywiście w zespole czasami też zachodzą zmiany.
Zespół jest gwarancją dobrego działania. U nas jest tak, że są pracownicy merytoryczni, którzy są odpowiedzialni za dane działy kultury, takie na których się znają, zajmują się tym od wielu lat i mają wykształcenie w tym kierunku. Dzięki temu moja praca jest łatwiejsza, bo mam w zespole sprawdzonych ludzi z dobrymi kontaktami.

Skąd Pani zainteresowanie Wiedniem?
- Obszar niemieckojęzyczny interesował mnie w ostatnich latach mojej pracy, miałam z nim też największe kontakty. Wiedeń uznałam za ciekawe wyzwanie zawodowe, które pozwoliłoby mi zrealizować pomysły, jakie miałam już wcześniej i wypróbowałam je na gruncie polsko - niemieckim. Dzięki temu pewne ścieżki są utarte, a pomysły sprawdzone.

Z czego najbardziej się Pani cieszyła, przyjeżdżając do Wiednia?
- Z nieznanego, z tego, czego jeszcze nie wiem, nie widziałam i z nowych ludzi, których poznam. A przede wszystkim z tego wszystkiego, co mnie zaskoczy, bo to nadaje smak życiu. Najgorsza jest apatia i robienie czegoś, czego się nie lubi, bo wtedy wpada się w rutynę i jest to bardzo męczące.

Jak Pani postrzega Austrię, co Pani zdaniem przeciętny Austriak wie na temat Polski, na temat polskiej kultury?
- Austria jest dla mnie bardzo ciekawa pod względem historycznym, poza tym jest pięknym i bogatym krajem o wysokiej kulturze. Austria podczas drugiej wojny światowej nie została tak jak Polska zniszczona, dzięki temu mamy tutaj wiele zabytków, krzyżowanie się wielu kultur i bogactwo dawnego cesarstwa. To jest niekwestionowanym bogactwem kulturalnym Austrii. Z drugiej strony niestety Austiacy niewiele wiedzą o Polsce, ale chyba dlatego, że oni nie bardzo się naszym krajem interesują. Po upadku cesarstwa Austriacy bardziej skupili swoje zainteresowanie na krajach naddunajskich. Austriacy uważali Polskę za kraj Europy Wschodniej. Jest to również kwestia tego, że nie mamy wspólnej granicy.
Na nasze nieszczęście bywa, że za granicą uważa się Chopina za Francuza, Mikołaj Kopernik jest Niemcem, Zygmunt Bauman został Anglikiem, a madame Maria Curie jest Francuzką, czyli odrzuca się tę polską część ich życia. Jednak Austriacy wiedzą o Polakach coraz więcej i mówią o nich coraz bardziej pozytywnie, o umiejętności Polaków do przystosowywania się do obecnych warunków gospodarczych, o naszej plastyczności w życiu i działaniu, a co ważne, również o pracowitości. Myślę, że duże znaczenie miał Rok Chopinowski, to się wbiło w pamięć nawet przeciętnego obywatela Austrii.

Jakie widzi Pani przed sobą najważniejsze zadania jako dyrektor Instytutu Polskiego? Do kogo skierowana jest jego działalność?
- Zadaniem instytutów jest promocja Polski głównie przez kulturę, ale nie tylko, także przez promocję wiedzy o Polsce. Promocja jest kierowana do mieszkańców kraju, w którym dany instytut się znajduje, czyli nie do Polonii, a do Austriaków. Oczywiście też do turystów.
Rola Polonii i Polaków czasowo przebywających za granicą jest też ogromna, ponieważ Instytut nie jest w stanie wszystkiego zrobić, jesteśmy tylko częścią tej grupy, która promuje Polskę.
Polacy za granicą nie są odcięci od kraju, a wprost przeciwnie, mają dostęp do prasy i innych mediów. Polacy zamieszkali w Austrii sami utrzymują kontakt z krajem. Dzięki temu mogą jeszcze bardziej pokazywać polską kulturę i jeszcze więcej zaproponować odbiorcom w Austrii. Oczywiście mogą też to robić zarówno we współpracy z nami, jak i bez nas.

Czy zajmujecie się tylko wysoką kulturą,czy też kulturą masową, skierowaną do przeciętnego odbiorcy w Austrii.
- Oczywiście, że nie tylko tą wysoką kulturą. Pokazujemy to wszystko, co mamy najnowsze. Będziemy wspierać współpracę i chęci austriackich instytucji do zrobienia jakiegoś koncertu, na przykład kwartetu smyczkowego, który jest na niesłychanie wysokim poziomie, którego jednak wysłucha ograniczona publiczność, a z drugiej strony może być to piknik na rzecz powodzian, na którym mogą odbywać się przeróżne rzeczy.

Z jakimi instytucjami współpracujecie?
- Jest ich bardzo dużo, od miasta Wiedeń po teatry, czy poszczególne galerie i muzea, są też media, takie jak ORF. Współpracujemy też z organizatorami festiwali, właściwie z każdą instytucją, którą jesteśmy w stanie namówić do współpracy i promocji kultury polskiej. Nie zawsze jesteśmy organizatorem, nie zawsze musimy być też partnerem, naszą rolą jest również przekazywanie kontaktów. Na przykład dużą wspólną wystawę mogą zrobić dwa muzea z Polski i Austrii, wtedy my jesteśmy łącznikiem między tymi instytucjami i jeśli uda nam się do tego doprowadzić, to już jest sukces.

Czy imprezy organizowane przez Was są otwarte czy też są za zaproszeniami? Czy organizujecie również imprezy biletowane?
- Nie ma biletowanych imprez organizowanych przez Instytut Polski. Zdarzają się imprezy biletowane wtedy, gdy my jesteśmy tylko partnerem, a inna instytucja organizatorem. Natomiast jeśli sami organizujemy imprezy, wejście jest za darmo lub za zaproszeniami. W przypadku Instytutu Polskiego ograniczeniem są możliwości lokalowe. Ze względów bezpieczeństwa nie możemy, a nawet nie mamy prawa przyjąć więcej niż dziewięćdziesiąt osób. Najczęściej staramy się, aby były to imprezy otwarte.

Skoro rozmawiamy o kulturze: jaki jest Pani ulubiony twórca?
- Ja chyba nie mam stałego ulubionego twórcy, ponieważ z niektórych rzeczy się wyrasta, inne po pewnym czasie się zmieniają.

A co Panią ostatnio szczególnie zainteresowało, np. film, książka itp.
- Ostatnio czytałam polskie tłumaczenie książki Timothyego Snydera o Wasylu Wyszywanym, czyli Habsburgu, który chciał być królem Ukrainy. Obecnie czytam po raz drugi historię Austrii.

Czego można życzyć nowej dyrektor Instytutu Polskiego?
- Bardzo wielu rzeczy, do wszystkiego jest potrzebny łut szczęścia i tego bym sobie życzyła, aby ten łut szczęścia podawał mi swą pomocną dłoń i stawiał na mojej drodze coś ciekawego, a dalej ja już sobie poradzę.

Rozmawiał Mariusz Michalski, Polonika nr 193, luty 2011

Top
We use cookies to improve our website. By continuing to use this website, you are giving consent to cookies being used. More details…