Z księdzem na ty

Ks. Janusz Żaba, fot. archiwum parafii
– Krajobraz tutaj, zwłaszcza zimą, to prawdziwa świąteczna pocztówka. Opowiem o moim pierwszym Bożym Narodzeniu w pięknym, bajkowym Gmunden nad jeszcze piękniejszym jeziorem, pośród alpejskich szczytów – mówi ks. Janusz Żaba, proboszcz parafii w Weyregg w Górnej Austrii.

Zauważyłam, że jest ksiądz na „ty" z gospodynią i panią w kancelarii. W Polsce raczej nie do pomyślenia.
– Tak, tutaj to nic dziwnego, dystans między księdzem a członkami parafii jest dużo mniejszy niż w Polsce. Nie widzę w tym nic złego, zwłaszcza że mówienie po imieniu nie ma nic wspólnego z brakiem szacunku. Nie spotkałem się w Austrii, by jedno było mylone z drugim. Dla wielu osób jestem po prostu „Januszem".

Zatem i ja będę mówić do księdza po imieniu.
– Oczywiście, proszę bardzo.

Jak wyglądały Twoje początki w Austrii, przyjechałeś tu w 1995 roku?
– Trafiłem do Gmunden nad Traunsee. Tutaj tak to wygląda, że bez względu na lata posługi, ksiądz z innego kraju musi cztery lata popracować jako wikariusz, pod okiem miejscowego proboszcza – i tak właśnie zaczynałem. Trzeba było się dać poznać, sprawdzić – to nie tylko kwestie językowe, ale i zaadaptowanie się w innym kraju, w jego obyczajowości. Wieloma rzeczami na początku byłem zaskoczony, natomiast zachwycił mnie widok gór w okolicy, przepiękne miejsce, sam pochodzę z terenów górskich, z okolic Tarnowa. Ludzie mnie też serdecznie przyjęli.

Co Cię zaskoczyło, na co nie byłeś przygotowany?
– Szokiem były dla mnie opustoszałe kościoły. Jadąc do Austrii, sądziłem, że Kościół wszędzie wygląda tak jak w Polsce. A tu na plebanii spotkałem świecką asystentkę, która pomaga w duszpasterstwie, zajmuje się dziećmi i młodzieżą, chorymi. Może odwiedzać ich w domach, rozdzielać komunię. W szkole są świeccy nauczyciele religii, są diakoni. No i oczywiście kwestia spowiedzi, która nie musi odbywać się, jak w Polsce, tylko indywidualnie, z udziałem kapłana. Wprowadzono nabożeństwa pokutne.

Jak to na co dzień wygląda?
– Brakuje księży. Nie jest tak jak w Polsce – tysiąc parafian, jeden ksiądz. Tu jeden ksiądz musi zapewniać duchową posługę wielu więcej mieszkańcom, ja sam służę w trzech miejscowościach i mamy razem sześć i półtysiąca wiernych. Tutaj osoby świeckie spełniają wielką rolę, pomagają księdzu w zadaniach duszpasterskich, można liczyć na radę parafialną i lokalne władze, które wspomagają wiele działań podejmowanych na rzecz społeczności. Role księdza i diakonów czy asystentów pastoralnych są podobne, tylko że ksiądz jest wyświęcony i może udzielać sakramentów. Dzięki współpracownikom świeckim może się skupić na faktycznej trosce o wiernych. Kościół i gmina działają wspólnie – proboszcz i burmistrz to jedność, taki tu obyczaj. W Polsce za moich czasów tego nie było. Kilka miesięcy temu miałem wizytację biskupa, to znaczące wydarzenie było wspólnie z gminą przygotowane i przeżywane. Cieszy mnie ta miła współpraca.

Twoje parafie należą do diecezji Linz. Górna Austria poza tym, że jest „matecznikiem Hitlera" może się pochwalić między innymi wspaniałym katolikiem, Franzem Jägerstätterem, już błogosławionym. Stwierdził on, że jako katolik nie może zaakceptować tekstu przysięgi wojskowej i wstąpienia do Wehrmachtu, za co został skazany na karę śmierci. Co szczególnego znajdujesz akurat w tej diecezji, w tych ludziach?
– W diecezji Linz jest najwięcej w Austrii, a może i w całym niemieckojęzycznym obszarze, ludzi wykształconych teologicznie. To mi imponuje. Nie ucieka się tu też od pewnych tematów, mogę kolokwialnie powiedzieć, że „wałkuje się" na co dzień kwestie równouprawnienia w kościele, kwestię święceń kobiet, celibatu. A z drugiej strony to bardzo tradycyjne społeczeństwo, przywiązane do konserwatywnych ról kobiet i mężczyzn. To chyba dość znamienne dla mieszkańców, w kontekście historii, że właśnie Polak jest ich duszpasterzem... I to właśnie z Podkarpacia, gdzie został pochowany Otto Schimek, inny Austriak, żołnierz Wehrmachtu, który odmówił strzelania do polskich cywilów, za co został rozstrzelany.

Wróćmy do dnia dzisiejszego. To są ci wierni w Austrii czy ich nie ma?
– Są, są. Kościół nie jest pełny, to nie tak jak w Polsce, nie ma tu znanego nam pospolitego ruszenia i całych rodzin na mszach. Tu życie toczy się bardziej w grupach – kiedy są msze dla dzieci, wszystkie dzieci są obecne, jeśli dla młodzieży – podobnie. Oczywiście ta obserwacja wymagała czasu, teraz to wiem. Jeśli kogoś msza nie dotyczy, to nie jest obecny. Aktualnie są roraty, nie tak jak w Polsce, codziennie o 6 rano. Tutaj nic nie dzieje się automatycznie. Każde roraty są przygotowywane przez inną grupę, która wtedy jest obecna. Jeśli zaś idzie o katolików w Austrii, to ci, którzy się deklarują, faktycznie chrzczą dzieci, prowadzą je do komunii, młodzież przystępuje do bierzmowania – katolicyzm jest grupowy. Ale na wielkie święta zjawiają się w kościele całe rodziny, jak teraz właśnie na Boże Narodzenie.

 Powiedz, czy łatwo było Ci się przestawić na austriackie Boże Narodzenie? Poza datą, choinką czy prezentami, to właściwie są same różnice.
- Opowiem o moim pierwszym Bożym Narodzeniu w pięknym, bajkowym Gmunden nad jeszcze piękniejszym jeziorem, pośród alpejskich szczytów. O godzinie 16 w Wigilię była w kościele msza dla dzieci, dzieciaki odgrywały szopkę, ładnie, kolorowo. Już mnie dziwiło, że tego wieczoru rodziny nie są razem w domu, nie zasiadają do uroczystej kolacji, ale dopiero potem przeżyłem prawdziwy szok. Mój proboszcz poinformował mnie, że idziemy na cmentarz. „Dokąd?" – pomyślałem. Zobaczyłem tam pełno ludzi, zapalone znicze na grobach, jak na Wszystkich Świętych. Na środku cmentarza zapalono światła na wielkiej choince, rozpoczęło się nabożeństwo. Wszyscy zaczęli pośród grobów śpiewać „Cichą noc". To było niezwykłe.
Mój proboszcz widział, jak ja przeżywałem ten wieczór, byłem bardzo poruszony. To nie był jeszcze dla mnie koniec wigilijnych niespodzianek. Przed nami była przecież kolacja wigilijna. Smażone kiełbaski, kapusta kiszona i lampka wina. To była moja pierwsza Wigilia w Austrii. Były jeszcze prezenty od „dzieciątka", tak jak u nas.

Czy jest jednak coś, czego Ci tu brakuje, za czym tęsknisz?
– Na co dzień raczej nie, inaczej nie zdecydowałbym się na stałe przenosiny do Austrii, na wzięcie udziału w konkursie na objęcie parafii w Weyregg. To było w 1999 roku, kiedy diecezja rozpisała parafie do objęcia. To inaczej niż w Polsce, gdzie o wszystkim decyduje biskup. Zgłosiłem się na parafię i zostałem tu proboszczem, zaproponowano mi, że mogę również zająć się sporą parafią w Schörfling i niewielką w Steinbach. Oczywiście sam, jedynie z pomocą pastoralnych asystentów i diakonów.
Brakuje mi tutaj na pewno dzielenia się opłatkiem, więzi, bliskości. Brakuje mi świątecznej ryby. Opłatek dostaję czasem w listach z życzeniami od znajomych, to też piękny polski obyczaj. Często jestem zapraszany do austriackich rodzin, próbują ugotować dla mnie „czerwoną" zupę, czasem ktoś mi zrobi niespodziankę i zorganizuje opłatek. Tłumaczę przy okazji takich spotkań znaczenie polskiego opłatka. Jest też miła polska rodzina w Bad Ischl, to trochę daleko ode mnie, obowiązki nie pozwalają mi ich często odwiedzać, ale czasami się zdarza... Tak, na pewno brakuje mi polskiego opłatka, tego ciepła, tych dań polskich...

A kolędy? Co śpiewacie z parafianami na świątecznych mszach?
– No właśnie, kolędy, za nimi też ogromnie tęsknię. Spędzam tu moją szesnastą wigilię. Tym razem wspólnie z rodziną mojej gospodyni. Tu jest świąteczna muzyka, śpiewa się inne kolędy, najbardziej znana jest „Cicha noc". Przed paru laty jedna z parafianek nauczyła się naszej „Lulajże Jezuniu" i wyśpiewała ją dla mnie w kościele w święta Bożego Narodzenia. Tak, to była wzruszająca niespodzianka!

Wieniec adwentowy w parafii Weyregg w Górnej Austrii, fot. archiwum parafii

Widzę cztery świece, jedna już się pali na wieńcu świątecznym.
– Tego też z Polski nie znam, no może na Śląsku się czasem zdarza spotykać wieniec adwentowy. To widoczny symbol zbliżania się do Bożego Narodzenia, każdej niedzieli na cztery tygodnie przed wigilią zapala się jedną świecę, są wszędzie, w szkołach, przedszkolach, w urzędach, oczywiście w kościołach. I śpiewa się do tego odpowiednią pieśń w każdą kolejną niedzielę. Ten zwyczaj bardzo mi się podoba. Pamiętam z rodzinnego Tarnowa, że Dzieciątko wspinało się dwadzieścia cztery stopnie do szopki, codziennie jeden wyżej. Odczuwało się również dzień po dniu zbliżanie tego najpiękniejszego wieczoru w roku.

Nie zapominajmy o choince. Wiem, że dwa lata temu jako ksiądz parafii Schörfling przekazywałeś 12-metrową choinkę w świetle kamer telewizji ORF. Co to za historia? Polski ksiądz, austriackie drzewko, Malta?
- To nie ja tu byłem najważniejszy. Lecieliśmy z burmistrzem Gerhardem Gründlem z parafii Schörfling, wspólnie z telewizją ORF w ramach akcji „Friedenslicht" -Światło pokoju. Ten zwyczaj obdzielania się na święta światełkiem wprost z Betlejem, o ile wiem, dociera również do Polski.
Przy okazji przekazywania „Friedenslicht" na Maltę austriacka rodzina Porsche ufundowała tę ogromną choinkę, drzewko poleciało razem z nami samolotem i stanęło na lotnisku tam, na wyspie na Morzu Śródziemnym. To było znaczące wydarzenie, uroczystość w obecności nuncjusza papieskiego, biskupa, przepięknie przygotowana. Spędziliśmy tam cztery dni.

Pracujesz również z innymi księżmi z zagranicy.
– Teraz moim obowiązkiem jako proboszcza jest wprowadzanie nowych księży spoza Austrii w tutejsze życie i zwyczaje. Mają również cztery lata na adaptację, opanowanie języka i decyzję, czy zechcą pozostać w Austrii. Miałem księdza z Polski, Chorwacji, a teraz ze Słowacji. Przygotowują się tak samo, jak ja wcześniej.

Co Ty, jako Polak, wniosłeś do swoich austriackich parafii?
– Chyba coś mi się udało wnieść, bo kiedy opowiadałem historię częstochowskiej „Czarnej Madonny", spotkała się z ogromnym zainteresowaniem, przełożyło się to również na naukę pieśni „Czarna Madonna". Parafianie chętnie ją śpiewają, z niemieckim tekstem oczywiście. Jest jeszcze jedna rzecz: organizowałem wiele pielgrzymek do Polski, od Krakowa, przez Częstochowę, Wrocław, po Gdańsk i Warszawę. Moi austriaccy parafianie mieli całkiem inne wyobrażenie o Polsce – byli bardzo zdziwieni tym, co zobaczyli, z jakimi zabytkami kultury, religii się spotkali. Mogą teraz mieć własne zdanie, i muszę przyznać, że całkiem chętnie jeżdżą do Polski.

A jak wygląda Weyregg przed świętami?
– Pięknie oświetlone, przystrojone domy, zapalone światełka na choinkach na zewnątrz, ozdoby w oknach. Trzymam się polskiej tradycji, zapalam lampki na choince kościelnej w Wigilię, 24 grudnia. Krajobraz tutaj, zwłaszcza zimą, to prawdziwa świąteczna pocztówka.
Życzę wszystkim zdrowych, wesołych świąt i wszystkiego dobrego na Nowy Rok. I zapraszam do Weyregg!

Rozmawiała Beata Dżon

Polonika nr 191/192, grudzień 2010/styczeń 2011

Top
We use cookies to improve our website. By continuing to use this website, you are giving consent to cookies being used. More details…