Zapas niewypowiedzianych słów

Krystyna Mazurówna: od zawsze szokująca i ekscentryczna. Choreografie, które sama tworzyła, przyniosły jej sławę, fot. M. Michalski
Pod koniec maja 2011 r. gościła w Wiedniu na zaproszenie Stowarzyszenia Kultury Takt Krystyna Mazurówna - legendarna tancerka Teatru Wielkiego i Operetki Warszawskiej. W Paryżu założyła własną grupę baletową Mazurowna Ballet, była solistką Casino de Paris. W Wiedniu prezentowała swą książkę „Burzliwe życie tancerki". Tak jak hipnotyzowła tańcem, teraz hipnotyzuje słowem.

Dlaczego tancerka Teatru Wielkiego w Warszawie i osoba odnosząca sukcesy na scenie zdecydowała się na emigrację?
- Właściwie zdecydowano za mnie. Gdy rozstałam się z Teatrem Wielkim, założyłam własny zespół tańca jazzowego i nowoczesnego. Do tej grupy dołączyła cała czołówka młodych tancerzy. Mieliśmy masę propozycji w całym kraju, potem dostaliśmy propozycje różnych kontraktów zagranicznych. Niestety, tak zwane „czynniki państwowe" się przestraszyły i stwierdziły, że jesteśmy za młodzi, żeby wyjeżdżać za granicę i musimy najpierw się sprawdzić w PRL-u przed robotnikiem i chłopem. No to się sprawdzaliśmy, robotnicy i chłopi byli bardzo zadowoleni. I właśnie wtedy te „czynniki państwowe", nie wiedząc jak położyć temu kres, próbowały mnie zwabić, proponując stypendia roczne w Nowym Jorku czy Londynie, ale ja odmawiałam, bo miałam własną wolność twórczą w Polsce. Wreszcie wymyślono szantaż i moich najlepszych tancerzy z dnia na dzień powołano do wojska. Próbowałam interweniować u generała, który mi powiedział, że w momencie gdy wyjadę z Polski, to natychmiast zwolnią wszystkich tancerzy do cywila. Nie chciałam narażać kariery tych chłopców i zgodziłam się na wyjazd. Otrzymałam bilet w jedną stronę do Paryża i pięć dolarów. Z sześciokilową walizką i z dzieckiem za rączkę wyjechałam w inny świat.

Jakie były początki życia poza krajem?
- Początki były bardzo trudne jak nas wszystkich emigrantów, na szczęście miałam małą wyobraźnię, więc myślałam, że nie umiem nic innego robić tylko tańczyć i szukałam oczywiście pracy w swoim zawodzie. Nie wiedziałam jak do tego się zabrać i gdzie szukać, myślałam, że są etaty w teatrach jak to wtedy było w Polsce, jednak we Francji tak nie było. Dowiedziałam się, że przed każdą sztuką są organizowane castingi, więc było trzeba znać terminy i miejsca, w których się one odbywały. Poszukiwanie pracy trwało dziewięć miesięcy, wtedy to podpisałam pierwszy kontrakt, a potem było już znacznie łatwiej.

W książce wylicza Pani, że wykonywała 17 zawodów. Jak to możliwe?
- Przez pięćdziesiąt lat życia wykonywałam tylko jeden zawód, dopiero potem postanowiłam zmienić swoje życie, bo to mnie napada tak od czasu do czasu. Wtedy to rzuciłam kolejnego biednego męża. Zostawiłam mu na otarcie łez wielkie mieszkanie w Paryżu, dom na wsi, samochód i cały dobytek, włącznie z psem i kotem. Zaczęłam znowu właściwie od zera. Po pięćdziesiątce nie bardzo się ośmielałam stawiać na castingi baletowe, w których biorą udział młode dziewczyny, wobec tego zaczęłam próbować różnych zawodów. Rzeczywiście, kiedyś je przeliczyłam i było ich siedemnaście. Były to od pracy szatniarki w sali koncertowej, poprzez informatorkę w okienku w metrze.Wynalazłam zawód kelnerka-tancerka, ponieważ nie umiałam na raz nieść więcej niż jednego talerza, bo już przy drugim wylewałam sos, więc szybko biegałam i tańczyłam przy tym między stolikami. Później były jeszcze inne zawody, takie jak sprzedawczyni w sklepie z winem czy nawet majster na budowie. Zorganizowałam grupę polskich robotników i robiłam wielkie remonty, oceniając na oko wielkość sufitu czy wymiary ścian. Później kupowałam byle jaką farbę i moi pracownicy malowali jakimiś tanimi pędzelkami. Rezultat był dobry, a cena z kapelusza. Potem się zorientowałam, że trzeba mieć uprawnienia i założyć firmę. Dawałam sobie jednak świetnie radę, pracowałam od siódmej rano do drugiej w nocy, kończąc dzień jako barmanka. Do domu wracałam pieszo, żeby zaoszczędzić, bo to właśnie wtedy kupiłam duże mieszkanie, w którym mieszkam do dziś. Czyli kobieta pracująca, żadnej pracy się nie bałam, to był mój model.

Co skłoniło Panią do napisania książki Burzliwe życie tancerki?
- Jest to na razie jedyna książka, która została wydrukowana, ale mam już materiał na drugą. Od zawsze wiedziałam, że kiedyś napiszę książkę. Jednak przeczekałam te sześćdziesiąt lat i zaczęłam pisać. Jestem gadułą, zawód tancerki nie pozwalał na scenie otwierać ust, więc nagromadziłam ten cały zapas niewypowiedzianych słów i teraz opisuję różne przygody z mojego życia.

Jej książka powinna być lekturą obowiązkową dla Polaków mieszkających za granicą i tych, którzy planują wyjazd. Jak zaczynać w obcym świecie od zera, jak zachować optymizm? fot. M. Michalski

Tańczyła Pani jako solistka w legendarnym Casino de Paris. Jak Pani tam trafiła?
- Wszystkie najlepsze tancerki z Paryża, Londynu i okolic przyjechały na casting. Było ponad trzysta osób chętnych, a casting i egzaminy były bardzo surowe. Jednego dnia odbywał się taniec klasyczny, następnego współczesny, a później akrobatyka. Mnie udawało się jakoś przechodzić do dalszych etapów dzięki wszechstronnej i solidnej polskiej szkole baletowej. Byłam jednak za niska, bo szukano dziewczyn, które są równego wzrostu, było to metr siedemdziesiąt osiem centymetrów. Mnie brakowało piętnastu centymetrów, więc założyłam najwyższe obcasy, jakie miałam, fryzurę pociągnęła do góry. Po kilku dniach castingu reżyser powiedział do mnie: „słuchaj Krystyna, no niestety jesteś za niska do zespołu". Ja wybuchłam płaczem i zwyzywałam jury, że to banda amatorów, że nie znają się na tańcu i nie szukają talentów, tylko chcą mieć żyrafy, które są jednakowe i płacząc, zaczęłam uciekać. On pobiegł za mną i powiedział, że jestem za mała do zespołu, ale świetnie tańczę i dlatego proponuje mi pozycję solistki!

W pierwszej paryskiej nagiej rewii Pani tańczyła ubrana. Jak udało się Pani to przeforsować?
- Choreografię do tej rewii na Placu Pigalle robił Victor Upshow, który natychmiast zadzwonił do mnie z propozycją współpracy. Ja na to mu odpowiedziałam, że w rewii na placu Pigalle tancerki są rozebrane, a ja dopiero po ślubie byłam na etapie zdejmowania stanika po ciemku. Bardzo się zdziwił moją odpowiedzią, ale w końcu znalazł jakiś kruczek i zaczęłam występować w rewii. Po rozebranych do naga tancerzach, w kluczowym momencie programu wchodziłam i wszystkie światła kierowały się na mnie, a ja byłam kompletnie ubrana, kołnierz zasłaniał całą szyję, długie rękawy i długa sukienka. Po ogromnym zdziwieniu rozlegały się wielkie brawa.

Czy często bywa Pani w Polsce, jak Pani się teraz tam czuje?
- W Polsce czuję się dobrze. Na szczęście Polska się bardzo zmieniła. Co mi przeszkadza, to skala wartości. Gdy przyjeżdżam do Polski, to mnie pytają: ile mam metrów kwadratowych i jakim wozem jeżdżę? Osobiście nie przywiązuję wagi do spraw materialnych, oczywiście jest fajnie mieć miłe mieszkanie i chodzić do dobrej restauracji, ale nie może być to celem życia. W Polsce wartość i cena to jest jedno i to samo.

Co Pani zdaniem jest w życiu najważniejsze?
- Przede wszystkim wiedzieć czego się chce, nie narzekać i być panią siebie. Uważam, że można wszystko osiągnąć, jeśli ma się odpowiednią motywację. Nie znoszę narzekania, które uważam za naszą polską wadę narodową. Narzekamy na wszystko, z pogodą włącznie. Dla mnie narzekanie jest nieeleganckie, a jeśli istnieje jakiś problem, to trzeba go rozwiązać.

Rozmawiał Mariusz Michalski

Polonika nr 198/199, lipiec/sierpień 2011

Top
We use cookies to improve our website. By continuing to use this website, you are giving consent to cookies being used. More details…