W Wiedniu najciekawsi okazali się ludzie

 

Tomasz Raczek, festiwal filmowy LET'S CEE w Wiedniu w czerwcu 2012 r., fot. Jakub Kavin/LET'S CEE
Na przełomie maja i czerwca gościł w Wiedniu jako przewodniczący jury festiwalu filmowego LET'S CEE znany polski krytyk filmowy, publicysta i wydawca – Tomasz Raczek.

fot. Marcin Szczygielski

Z tego, co wiem, był Pan w Wiedniu pierwszy raz.
– Wcześniej wielokrotnie przejeżdżałem przez to miasto, zdążając w różne strony, a to do Budapesztu, a to do Wenecji i nigdy nie miałem czasu, żeby tak porządnie zostać w Wiedniu. Dzięki festiwalowi ten czas się nadarzył i okazało się, że warto było czekać. Warto było odłożyć sobie takie miasto jak Wiedeń na moment, kiedy można mu poświęcić cały tydzień, a nie biegać w pośpiechu i zaliczać. Sądzę, że to teraz jedno z lepiej zwiedzonych przeze mnie miast.

Jaki więc okazał się Wiedeń?
– Bardzo różny. W zależności od tego, gdzie się znajdziemy, w jakiej sprawie i o której porze dnia. Na początku wydał mi się... pusty. Po ulicach chodzi tu mniej ludzi niż w innych znanych mi dużych miastach. Tłumaczę to sobie tym, że ludzie tutaj są tak nawykli do luksusu, że po prostu lubią przebywać w swoich pięknych, wielkich domach. Drugie wrażenie jest takie, że Wiedeń jest miastem, w którym czas się zatrzymał. Są tu pewne elementy nowoczesne, ale jednak czuje się w nim wielkość z czasów, kiedy Austria była mocarstwem. I bardzo dobrze! To powoduje, że, gdy jest się w Wiedniu, myśli się o historii z rozmachem, w sposób widowiskowy.

Czy miał Pan wrażenie, że Wiedeń to takie kulisy teatralne?
– Hmm, miałem wrażenie poruszania się po mieście zaprojektowanym dla ludzi żyjących w innym czasie i w innym kraju. Można wpisać się w ten sposób życia i go naśladować, albo traktować Wiedeń jak efektowną dekorację. Możliwe, że to właśnie dlatego wiedeńczycy wydają się być zdystansowani do świata. Podejrzewam, że mają mniej kontaktu z rzeczywistością niż na przykład mieszkańcy Berlina czy Warszawy, którzy doświadczają jej w sposób dosłowny, bo duża część tych miast jest placem budowy. Za to Wiedeń przypomina, na czym polega europejski styl życia.

Jeżeli to miasto nie sprzyja nowoczesności, to czy jest sens pokazywać tu nowe kino wschodnioeuropejskie?
– Uważam, że tym, czego brakuje Wiedniowi, jest właśnie świeża, obca krew, którą należy przetoczyć w tę pocesarską dekorację. Nie sztuką jest pokazać coś nowego i awangardowego w miejscu, gdzie wszyscy się tym zajmują. Sztuką jest zainteresować się tym, co nowe, w miejscu, które, jak się wydaje, nie potrzebuje niczego innego do szczęścia, bo jest zamkniętym światem. W momencie, kiedy takie miasto się otwiera, daje dowód tego, że żyje. To także bardzo stymulująca sytuacja dla artystów, którzy przyjeżdżają do Wiednia.

Pomimo bogatej kariery w różnych dziedzinach związanych z kulturą i sztuką w świadomości wielu Polaków funkcjonuje Pan głównie jako ikona telewizyjna, współtwórca kultowych już Pereł z lamusa. Czy to nie staje się z czasem męczące, że pytany jest Pan najczęściej właśnie o „Perły"?
– Bardzo lubię wspomnienie Pereł z lamusa, które robiliśmy z Zygmuntem Kałużyńskim prawie ćwierć wieku. Był to nie tylko cykl filmowy w telewizji, były to także rozmowy drukowane w tygodniku „Wprost", książki, które razem wydaliśmy, oraz spotkania autorskie, dzięki którym nasze spory odbywały się w obecności publiczności. Wcale nie mam tego dosyć, jestem z tego dumny. Poczuwam się także do obowiązku kultywowania nie tylko pamięci o Perłach z lamusa, ale przede wszystkim o Zygmuncie Kałużyńskim i zawsze robię to z przyjemnością.

Wiele różniło Pana i Zygmunta Kałużyńskiego?
– Wierzę w podobne wartości jak Zygmunt Kałużyński. To jednak nie znaczy, że byliśmy podobni. Mieliśmy na przykład inne poglądy polityczne. Zygmunt był zdecydowanym lewicowcem, wybaczał wiele komunistom, PRL-owi, a ja nie jestem w stanie tego za nim powtórzyć. Niemniej to, że był gotów zrobić wszystko, aby poczuć się wolnym, nie tylko rozumiem, ale też praktykuję. Doświadczeń ze współpracy z Zygmuntem było bardzo dużo i były one bardzo różne. Stały się dla mnie wyposażeniem na resztę życia. Współpraca z Zygmuntem niejako namaściła mnie na krytyka filmowego, dzięki temu zyskałem pierwszy stopień wiarygodności u czytelników. Na następne stopnie muszę już sam zapracować; staram się, mówiąc najoględniej, nie zmarnować tego potencjału.

Wspomniał Pan, że Zygmunt Kałużyński bardzo umiłował sobie wolność. Czy jego postawa miała wpływ na Pana coming-out? Przyznanie się do homoseksualizmu jest przecież krokiem do wolności osobistej, bycia tym, kim się chce, i nieudawania kogoś innego.
– Między nami nigdy nie było rozmowy na ten konkretnie temat. Zygmunt, gdy chciał mi coś powiedzieć, opowiadał film. Wtedy przekazywał mi to, co najważniejsze, patrząc w oczy. Ja to bezbłędnie odczytywałem, co wcale nie znaczy, że od razu wprowadzałem w czyn. To urabianie mnie, prowokowanie potrzeby coming-outu zajęło Zygmuntowi kilka lat! Zrobiłem to dopiero po jego śmierci, nie dlatego, żebym się bał, po prostu wcześniej nie byłem na to gotowy. Coś do mnie dotarło, kiedy zacząłem opracowywać nagrane wcześniej do naszej ostatniej książki rozmowy z Zygmuntem. Alfabet na cztery ręce to nie były tylko rozmowy o filmach, ale o różnych ważnych sprawach. Spisując je, uświadomiłem sobie, że aby książka była wiarygodna, muszę uwiarygodnić się tak, jak zwykle robił to Zygmunt. Więc żeby książka mogła się ukazać, musiałem odrobić zaległe lekcje. Jedną z nich był właśnie coming-out. Kiedy to wreszcie zrobiłem, okazało się, że coming-out stał się doświadczeniem, którego dobre konsekwencje odczuwam do dzisiaj. Dał mi wiarygodność, która jest cenna także z zawodowego punktu widzenia.

Czy to dlatego ludzie tak bardzo ufają Pana zdaniu?
– Myślę, że to pomaga. Polska jest krajem, w którym odwaga, także ta cywilna, jest bardzo wysoko ceniona. Jeśli ktoś wykaże się cywilną odwagą, a coming-out traktowany jest jako dowód odwagi osobistej, dostaje premię, czyli dodatkowe punkty u wszystkich, niezależnie od poglądów, nawet u homofobów. Mój homoseksualizm może im się nie podobać, ale odwaga wzbudza ich szacunek.

Jest Pan bardzo aktywny na platformie społecznościowej Facebook. Wystarczy wspomnieć o Pana recenzji filmu Kac Wawa, którą umieścił pan na FB, a która stała się przyczynkiem do ogólnonarodowej dyskusji.
– Zawsze fascynowała mnie w Internecie możliwość interakcji. Nie chcę, żeby to było tak, że ja coś piszę, a wy sobie to czytajcie i róbcie z tym, co chcecie; zależy mi na wymianie poglądów. Przez dwa lata bardzo starannie dobierałem znajomych, eliminując w sposób bezwzględny tak zwanych trolli. Oni powodują nie tylko to, że umierają dyskusje, wcześniej przybierając zawstydzający kształt. Przede wszystkim odstraszają interesujących rozmówców.Udało mi się zgromadzić wśród internetowych znajomych fantastyczne grono ludzi mieszkających na całym świecie, ale piszących po polsku. Są to przedstawiciele różnych generacji, różnych religii, różnych poglądów politycznych. Najbardziej zależy mi na takich, którzy są otwarci, gotowi myśleć na każdy temat, a nie uznawać, że należy powtarzać prawdy wcześniej objawione.

Kiedy po raz pierwszy zorientował się Pan, jakie FB i Pana profil mają pole rażenia? Czy to była afera wokół wspomnianej już recenzji filmu Kac Wawa?
– Po mojej recenzji z filmu Kac Wawa rozgorzała ogólnonarodowa dyskusja o komercyjnym filmie polskim, z czego się zresztą bardzo cieszę do dzisiaj. Od tego momentu jeszcze więcej osób zapisało się na subskrypcję wiadomości z mojej fejsbukowej tablicy. W sumie jest już około 30 tys. czytelników. To jest potężna armia ludzi!

Zygmunt Kałużyński powiedział, że w życiu warto być postrzeganym jako wariat, bo wariatowi wolno wszystko powiedzieć.
– Tak. Ja to nazwałem drugim prawem Kałużyńskiego. On w gruncie rzeczy sformułował definicję Stańczyka. Powiedział mi: „Nie pozwól nigdy, żeby ludzie traktowali cię poważnie. Jeśli wyrobisz sobie wariackie papiery, to będziesz mógł mówić zawsze wszystko to, co myślisz. Jeśli będą traktowali cię poważnie, to w chwili, gdy będziesz miał zdanie inne niż większość, zniszczą cię". Ja to prawo uważałem za bardzo odkrywcze do czasu, kiedy przypomniałem sobie, że dokładnie w taki sposób działał królewski błazen Stańczyk...

Czy ma Pan w planach powrót do Wiednia? Będzie Pana znów można spotkać gdzieś pomiędzy Naschmarktem a muzeum Albertina?
– Bardzo chętnie wrócę do Wiednia, tym bardziej że było mi w nim bardzo dobrze, nie tylko podczas festiwalu, nie tylko podczas oglądania filmów i nie tylko podczas oglądania muzeów. Tak naprawdę w Wiedniu najciekawsi okazali się ludzie, a nie budynki. Mogłem się wcześniej tego domyślić, ale teraz wiem na pewno, że tak jest.

Rozmawiała Magdalena Marszałkowska

Polonika nr 213, październik 2012

Top
We use cookies to improve our website. By continuing to use this website, you are giving consent to cookies being used. More details…