Łączniczka z Powstania Warszawskiego

 

Anna Lehr-Spławińska trzecia od lewej, fot. archiwum prywatne
Anna Lehr-Spławińska trzecia od lewej, fot. archiwum prywatne
W tym roku przypada 73. rocznica wybuchu Powstania Warszawskiego. Przypominamy rozmowę z  Anną Lehr - Spławińską, łączniczką z Powstania Warszawskiego, która od ponad 50 lat mieszka  w Wiedniu.

 

 

 

Jak wspomina Pani czas sprzed wybuchu wojny?
- Moja matka była Polką, urodziła się jednak w Sankt Petersburgu, bo tam jej rodzice mieszkali i pracowali. Uciekła stamtąd przed rewolucją październikową. Ja urodziłam się w Wilnie. Dzieciństwo spędziłam w Białymstoku. Mój ojciec był wydawcą miejscowej gazety. Był prawicowcem i gdy we wrześniu 1939 roku weszli bolszewicy, to natychmiast jego szukali.

Kiedy znalazła się Pani w okupowanej Warszawie?
- Już w marcu 1939 roku chcieliśmy się przenosić do Warszawy, gdyż mieliśmy tam mieszkanie. Mój ojciec był legionistą Piłsudskiego, brał udział w bitwie warszawskiej w 1920 roku. W 1939 roku dostał powołanie do wojska, uczestniczył w obronie Warszawy. Tymczasem w naszym domu w Białymstoku zamieszkał sowiecki enkawudzista. Ja miałam wtedy 13 lat, moja siostra 11.
Z Białegostoku udało nam się z matką uciec do ojca do Warszawy. Bolszewicy wywieźliby nas niewątpliwie na Syberię, mieli nadzieję, że ojciec nas odwiedzi i wtedy go aresztują. Nocą, w środku listopada, udało nam się przedostać na stronę niemiecką. Oczywiście musiałyśmy zapłacić za bezpieczne przeprowadzenie nas przez zieloną granicę z ominięciem niemieckich posterunków. Dotarłyśmy wreszcie do pociągu, wprawdzie z wybitymi szybami – ale udało nam się dotrzeć do celu.

Jak radziła sobie Pani w okupowanej Warszawie?
- W Warszawie mieszkaliśmy na Placu Teatralnym. Z okna widziałam egzekucje, widziałam straszne sceny, widziałam, jak cementowali usta prowadzonym na rozstrzelanie, żeby nie mogli wznosić okrzyków: „Niech żyje Polska!".
Pierwszy rok był dla nas bardzo trudny. Warszawa w 1939 została zbombardowana, nie w takim stopniu, jak w 1944, ale ucierpiała bardzo, brakowało wszystkiego. Potem zaczęły się nieustanne represje, nie wiadomo było nigdy, czy jak człowiek wsiądzie do tramwaju, to nie powędruje z tego tramwaju do budy, która zawiezie na przykład na roboty do Niemiec.
Jak sobie radziłam? Jedno muszę powiedzieć: ja od dziecka nigdy niczego się nie bałam. Nie bałam się ciemnego pokoju, lasu, cmentarza. W czasie wojny uczęszczałam z siostrą do tajnego gimnazjum sióstr Nazaretanek na Czerniakowskiej, w czasie nasilonych represji wobec Polaków nocowałyśmy w internacie, aby nie wracać do domu przez pół Warszawy.
Nazaretanki zapowiedziały, że nie ma mowy, by któraś z nas zapisała się do jakiejś tajnej organizacji, gdyż narazimy w ten sposób całą szkołę. Oprócz przedmiotów gimnazjalnych, nauczanych nielegalnie – bo oficjalnie była to szkoła zawodowa – uczyłyśmy się szycia. Po zdaniu małej matury ss. Nazaretanki dały naszą listę do Urzędu Pracy i w ten sposób przydzielono nas do tzw. małego getta, miałyśmy pomagać żydowskim szwaczkom w szyciu mundurów dla niemieckich żołnierzy. Po dwóch miesiącach byłyśmy świadkami likwidacji getta, gdy wywożono absolutnie wszystkich. Działy się tam niewyobrażalne rzeczy, większość ludzi nie chciała wyjść z domu dobrowolnie. To było straszne. Myśmy na to patrzyły i byłyśmy bezsilne. Nie mogłyśmy nic zrobić. Było nas około 40 dziewcząt z różnych szkół w wieku 16 lat. Ja byłam tak tym wszystkim wstrząśnięta, że powiedziałam ojcu, że absolutnie nie pójdę na drugi dzień do getta. I nie poszłam. Ojciec, żeby zlikwidować moją kartę pracy, wykupił ją od pewnego Austriaka.

Kiedy zdecydowała się Pani wstąpić do AK?
- Pod wpływem kolegi, który był członkiem NSZ zapisałam się też do tej organizacji. Któregoś dnia przynieśli mi do nauki skrypt o Romanie Dmowskim. Było tam dużo teorii o samym stronnictwie. Pomyślałam, że to jest bez sensu – ja chcę coś robić, chcę być na przykład łączniczką. I tak ojciec mnie skontaktował z AK. Musiałam chodzić na szkolenia. Nauczyłam się też obsługiwać telefoniczne centrale. Przewoziłam takie łącznice tramwajem. Innym razem przewoziłam bibułę, ale zdążyłam uciec, bo tramwaj stanął przed przystankiem. Niektórzy konduktorzy byli w konspiracji, rozpoznawaliśmy ich po odwróconych numerkach, które nosili w klapie. W ten sposób wiadomo było, że w razie niebezpieczeństwa na przykład mogę mu coś podrzucić do torby.

Jak ustosunkowuje się Pani do stwierdzeń, które czasami padają, że Powstanie Warszawskie było niepotrzebne?
- Było powszechnie wiadomo, że powstanie wybuchnie. Nie mogę tego zrozumieć, gdy niektórzy mówią, że powstania mogło nie być. Wszyscy byliśmy do tego od dawna przygotowani, ponieważ to, co się działo na naszych oczach, było tak straszne: to nieustanne poniewieranie i niszczenie godności – że naszym jedynym pragnieniem było wypędzenie Niemców. Widzieliśmy w lecie 1944 roku wycieńczonych Niemców wracających z frontu, dla nas to był obraz zbliżającego się ich końca. Poza tym Sowieci niewątpliwie dysponowali listami wszystkich AK- owców. Gdyby AK-owcy nie zginęli w powstaniu, zginęliby po wyzwoleniu ich przez Armię Czerwoną.
I gdyby nawet nie padł rozkaz rozpoczęcia Powstania myślę, że polska młodzież rzuciłaby się na Niemców. Myśmy tak strasznie nienawidzili ich za to, że nas niszczyli, zrobili z nas niewolników, przez wiele naszych młodych lat nie dali nam normalnie żyć. Na każdym kroku były szykany, wszędzie były napisy „Nur für Deutsche". Oni się nigdy do Polaków nie odzywali normalnie, tylko zawsze wrzeszczeli. Było to dla nas nie do wytrzymania. Byliśmy jednak przekonani, że powstanie potrwa ze dwa dni.

Okazało się, że powstanie trwało dłużej.
- Generał von dem Bach-Zelewski sprowadził do Warszawy specjalną jednostkę SS Dirlewangera, złożoną głównie ze zbrodniarzy i przestępców. Mam jeszcze fragmenty pamiętnika, w którym opisuję nasze reakcje na wiadomość o tym, że Warszawa została otoczona. I że powstanie potrwa znacznie dłużej.
Biegając z meldunkami i widząc ludzi, którzy chronili się w piwnicach myślałam, że to wielkie szczęście że jestem młoda i że nie mam dzieci. Moja siostra w chwili wybuchu powstania miała 15 lat. Mama zamknęła ją w łazience, nie chciała jej wypuścić. Mnie, swoją 17-letnią córkę pobłogosławiła i powiedziała :"Idź w imię Boga i ojczyzny i walcz o naszą Warszawę". Poszłam ja i ojciec, który w Powstaniu zginął. Mojej siostrze udało się także uciec z domu i przyłączyć do Powstania.
Ja byłam w łączności Komendy Okręgu, gdzie nosiłam meldunki jeszcze przed wybuchem powstania. Trudno mi dziś uwierzyć, jak to łatwo wtedy się biegało, a było to dziennie wiele kilometrów.
Po upadku Woli zgłosiłam się dobrowolnie do przenoszenia rozkazów kanałami. Pod koniec sierpnia przeprowadzałam do Komendy Głównej AK kapitana Kaługina, rosyjskiego oficera. Wtedy jeszcze była mowa o tym, że Sowieci będą nam pomagać. A oni od początku wiedzieli, że tego nie zrobią, chociaż sami zachęcali nas do powstania, zrzucali ulotki „Polacy do broni". Sowietom zależało, żebyśmy się wykrwawili. Front, który już słyszeliśmy cały czas, nagle zatrzymał się, umilkł.
Wspomnianego kapitana Kaługina przeprowadzałam przez Aleje Jerozolimskie, był bardzo silny obstrzał, więc musieliśmy czekać ok. dwóch godzin. W tym czasie pan kapitan przekonywał mnie jak to będzie wspaniale, gdy przyjdą Rosjanie. Wychwalał, jak to u nich w ZSRR wszystko funkcjonuje. Nie wierzyłam ani jednemu jego słowu, nie wierzyłam też, że oni będą mieć w Polsce cokolwiek do powiedzenia. Niestety. Oni mieli już wszystko z góry ustalone.

Co najbardziej utkwiło Pani w pamięci z tego okresu?
- Do połowy sierpnia biegałam w okolicy Śródmieścia, a potem zgłosiłam się w komendzie, że chciałabym na Stare Miasto, które było oddzielone od Śródmieścia frontem. My łączniczki przenosiłyśmy granaty i szyny dla chorych. Dostałyśmy specjalne kijki, za pomocą których można było się poruszać w wąskim, wysokim na 80 cm kanale. W czasie jednej z takich przepraw, w okolicach Placu Teatralnego, Niemcy wpuścili nam gaz dławiący. Władza w nogach osłabła. Na plecach miałyśmy przymocowane granaty, które przenosiłyśmy do Komendy Głównej. Droga z Placu Napoleona na plac Teatralny, na którą potrzeba dwadzieścia minut, trwała aż siedem godzin. Myślałam wtedy, że uduszę się w tym kanale. Zwilżałyśmy usta wodą spływającą po brzegach kanału, co skończyło się potem sensacjami żołądkowymi. A przecież za dwa dni większymi już kanałami z placu Krasińskich trzeba było wracać z rannymi. Gdy przyjeżdżam do Warszawy, idę zwykle w to miejsce, w tej chwili stoi tam Pomnik Powstańców.

Jak skończyło się dla Pani powstanie?
- Po początkowej euforii potem było już tylko gorzej. Niemcy zajęli Śródmieście Północ, zaczęło się systematyczne niszczenie miasta, budynek za budynkiem.
Zostałam przeniesiona do Śródmieścia Południe. Koleżankę łączniczkę Niemcy ranili. W ten sposób w tym rejonie zostałam sama przez ostatnie dwa tygodnie. Byłam do dyspozycji dzień i noc, nie jadłam i nie spałam, tylko biegałam z rozkazami. Do dziś nie wiem, jak to było możliwe. Potem cudem spotkałam moją siostrę, gdy zaczęto nas już przygotowywać do wychodzenia.
To było straszne przeżycie. Można było iść do niewoli albo można było wyjść z cywilami, jeśli ktoś miał rodzinę. Nas dziewcząt z AK było 1700. Maszerowałyśmy do Ożarowa na piechotę. Nie miałyśmy mundurów, jak to często pokazują w filmach – miałyśmy przypadkowe rzeczy, każda inne. Ja miałam tzw. „żabkę", czyli bluzę w zielony, wojskowy wzór. Takie bluzy były przeznaczone do kanałów, nie do chodzenia na co dzień. Dzisiaj widzi się tak ubraną młodzież, która nie wie, że takie rzeczy nosiło się kiedyś w najstraszniejszych czasach.
Przed kapitulacją kierownictwo AK wręczyło nam po 10 dolarów. Myślałam, że dam te pieniądze mamie, że jakoś je prześlę do Pruszkowa, gdzie zapewne się zatrzymała. Ale myśmy nie przechodziły przez Pruszków. Z mamą spotkałam się dopiero w 1947 roku.
Dzięki staraniom polskiego rządu w Londynie we wrześniu 1944 roku AK uznano za regularne wojsko, za aliantów, dlatego też Niemcy nie rozstrzelali nas natychmiast po upadku Powstania. Rozstrzeliwali jednak powstańców na obrzeżach Warszawy oraz wszystkich rannych powstańców w szpitalach wraz z całym personelem. Żołnierze Armii Ludowej nie zostali uznani za aliantów. Chcieli mieć legitymacje AK i w ostatnich dniach powstania napadali na AK-owców, aby je zdobyć.
Nas z powstańcami wywieziono wagonami towarowymi do obozów jenieckich do Niemiec. Ostatnie trzy miesiące spędziłam w obozie w Oberlangen. Tam wyzwolili nas Polacy, I Dywizja Pancerna. To było bardzo wzruszające, niesamowite spotkanie.

Na ogół mało się wie o tzw. okupacji polskiej w Niemczech.
- Część Dolnej Saksonii, tzw. Emsland znalazł się w 1945 roku pod kontrolą armii polskiej. Na terenach tych przebywało wielu Polaków: jeńców wojennych, robotników przymusowych, nas, uczestniczek Powstania Warszawskiego i polskich żołnierzy. W sumie w maju 1945 przebywało na tych terenach ok. 50 tys. Polaków. Brytyjczycy zdecydowali się więc oddać pewną część okupowanych niemieckich terenów pod polską administrację. Niemieccy mieszkańcy kilku okolicznych wsi i miasteczek mieli w ciągu tygodnia opuścić swoje domostwa. Miasteczko w północnych Niemczech, Haren, zostało przemianowane najpierw na Lwów a potem na Maczków, od nazwiska gen. Maczka. Z nazwy Lwów zrezygnowano z oczywistych powodów: w prawdziwym Lwowie byli już bolszewicy. Polacy byli na przyznanych im niemieckich terenach od kwietnia 1945 roku do września 1948. Zorganizowano tam polską administrację, powstała rada miejska z polskim burmistrzem, ulice otrzymały polskie nazwy, powstały szkoły, kino, teatry, polska parafia. Bardzo chcieliśmy się uczyć, nadrobić straty. Maturę zdałam właśnie w Maczkowie. W Maczkowie byłam rok, potem pojechałam do Włoch, stamtąd zaś do Anglii.

Jak ocenia Pani współczesną wiedzę na temat II wojny światowej?
- Uważam, że skandalem jest brak mówienia o tym, co naprawdę przeszli Polacy w czasie II wojny światowej. Mówi się przede wszystkim o getcie, o Holocauście. Polacy przeszli przez to samo – tylko inaczej. Polacy walczyli o wolność, a Żydzi o przetrwanie. Teraz próbuje się odwrócić wszystko i tendencyjnie wmawia się, że właściwie II wojna wybuchła po to, żeby zgładzić Żydów. A gdzie my jesteśmy, gdzie jest 1939 rok? Przecież II wojna była realizowaniem odwiecznego planu „Drang nach Osten". O tym jakoś się zapomina. Poprawność polityczna nakazuje, by nie używać określenia „Niemcy" tylko „naziści". A z jakiego kraju byli ci naziści?
Trzeba nazywać rzeczy po imieniu, tym bardziej gdy coraz częściej pokazuje się, jak to bardzo Niemcy cierpieli w czasie wojny. Owszem, cierpieli, tylko trzeba znać przyczynę i skutek.
Po 50 latach odwiedziłam dawny Maczków. Było to spotkanie z ludnością, która została wysiedlona na rozkaz gen. Maczka. Cała Polska była wysiedlana, prawie całe Pomorze i Śląsk – tymczasem Polacy wysiedlili parę wiosek i miasteczko na terenie północnych Niemiec, w tzw. Emsland. I znowu trzeba znaleźć logiczne powiązanie między przyczyną i skutkiem. Myśmy nie przyszli tam specjalnie wysiedlać Niemców, to oni nas tam przywieźli. Nie wiadomo było, co robić z tysiącami ludzi, którzy byli w obozach. A tam, blisko granicy z Holandią, powstały setki obozów, w których więziono głównie Słowian. Część więźniów chciała po zakończeniu wojny wracać do swoich krajów – część nie miała dokąd wracać, np. Polacy ze wschodnich ziem polskich.

Czy odwiedziła Pani kiedyś dawny Maczków?
- Obecne władze miasteczka na tydzień zaprosiły nas, kilku byłych mieszkańców Maczkowa. To spotkanie w byłym Maczkowie z miejscową ludnością było dla mnie niemiłym zaskoczeniem. Ci ludzie przez tyle lat niczego się nie nauczyli. W dużych miastach proces denazyfikacji był intensywny, ale nie na niemieckiej prowincji. Wiadomo, że w małych środowiskach wszyscy się znają. W obecnej szkole w Haren nawet młodzi nauczyciele nie mają odwagi mówić dzieciom, jak było naprawdę. W sumie niewielu Niemców ma poczucie dziejowej sprawiedliwości, że było tak iż to oni wywołali tę wojnę, oni byli winni i muszą za to odpokutować. Gdy jedna z uczennic w Haren zadałą pytanie, dlaczego myśmy zabrali wszystko ich rodzicom, podeszłam do biurka nauczyciela i wygłosiłam wykład na temat tamtych czasów. Było cicho jak makiem zasiadł, nauczyciel był prawie purpurowy. A był to 1995 rok!!

Jak wyglądał Pani powrót do powojennej Polski?
- Myśmy wszyscy jeszcze na Zachodzie czekali, bo liczyliśmy, że będzie jeszcze jedna wojna i pójdziemy na Sowietów. Podobno alianci mieli nawet taki plan, żeby przesunąć bolszewików w głąb Rosji. Do 1946 wojsko polskie było w pogotowiu i w całości czekało na rozkazy w porozumieniu z aliantami.
W 1947 roku nadzieje się skończyły, zaczęły się powroty do Polski. Ja też się zgłosiłam, chociaż mogłam pojechać wszędzie, mogłam studiować. Ale warunki życia w Anglii w jakichś zimnych barakach i tęsknota za rodziną w Polsce były już nie do zniesienia. Wszystko było takie tymczasowe, przejściowe. Był rok 1947. Zdecydowałam się na powrót do ojczyzny.
Żegnano nas w Szkocji bardzo uroczyście, były kwiaty, podziękowania, była orkiestra. Na pokładzie mojego statku do Polski byli żołnierze gen. Maczka i Andersa, powstańcy z AK.
Nasz statek po trzech dniach przybył do portu w okolicy Gdańska. Celnik wszedł i obcesowo zaczął pytać o to, czy przywozimy zachodnią prasę lub broń. Na brzegu zaś stali żołnierze z psami i samochody ciężarowe. Część osób nie zeszła wtedy na brzeg. Niektórzy oficerowie Andersa czy Maczka zeszli do połowy pomostu, ogarnęli wzrokiem krajobraz, żołnierzy i wartownicze budy – i zawrócili z powrotem na statek. Zrozumieli, że tu nie ma żartów, że już nawet przy powitaniu nie ma ceregieli. W starej ojczyźnie jakoś nikt nas po tylu latach nie witał.
Ja zeszłam na ląd. Załadowano nas do ciężarówek i zawieziono do obozu. Spędziliśmy tam dwa dni, w nocy byliśmy przesłuchiwani. Po tylu latach wróciliśmy do ojczyzny, żeby znaleźć się za obozowym, okratowanym ogrodzeniem! Angielki, które przyjechały z Polakami, wpadły w panikę.
Byłam zrozpaczona, nie mogłam zrozumieć jak to jest, że polski żołnierz pilnuje nas – polskich żołnierzy. Po dwóch dniach dostałam potwierdzenie, że każdym środkiem lokomocji mogę dotrzeć do Krakowa. Byłam w mundurze, na ramieniu miałam biało – czerwoną plakietkę z napisem „Poland". Konduktor próbował wyrzucić mnie z pierwszego pociągu, do którego wsiadłam, bo to był express, a ja miałam podobno prawo jechać tylko normalnym pociągiem. Konduktor powiedział, że nas, którzy „jeździliśmy na białych konikach" stać na to, żeby normalnie kupić bilet i kazał mi wysiąść w Bydgoszczy. Oczywiście, że się nie dostosowałam, bo wysiadłam, ale zaraz wsiadłam ponownie. Jakoś udało mi się dotrzeć do Krakowa.

Jak wspomina Pani życie w powojennej Polsce?
- Wyjechałam z PRL w 1967 roku, bo dłużej już znieść nie mogłam upokorzeń. Czuło się, że inteligencja stanowi tę właśnie grupę, którą komuniści chcą stłamsić. Bałam się o przyszłość trójki moich dzieci, o to, że tak samo jak ja będą się poniewierać bez domu, bez rodziców, że być może mojego syna wyślą gdzieś na granicę chińską.
Przerażenie mnie ogarnia, gdy czytam, co się obecnie wypisuje o czasach PRL, bo dla mnie Polska Ludowa była straszna. Na każdym kroku szykany, byłam przecież w AK, nie należałam do partii, za to należałam do grupy poniewieranej inteligencji. Moje dzieci w PRL nie mogły chodzić do przedszkola, nie mogliśmy dostać mieszkania. Mój ojczym, który był profesorem AGH, musiał dzielić swoje mieszkanie z przypadkowo dokwaterowanymi ludźmi, przez 25 lat miał wspólną kuchnię i łazienkę z obcymi mu osobami, aż do śmierci w 1971 roku! To były właśnie szykany wobec tych ludzi, którzy stanowczo opowiadali się za swoimi ideałami. Mój ojczym wraz z prof. Gwiazdowskim, prawnikiem i prof. Szaferem, botanikiem, pojechali do Bieruta, by złożyć protest przeciwko likwidacji Polskiej Akademii Umiejętności. Był to dodatkowy powód, by prześladować i szykanować takich ludzi.
Trudno było komunistom pozbyć się mojego ojczyma, prof. Mieczysława Jeżewskiego, który był znanym fizykiem, cała Polska uczyła się z jego podręczników tego przedmiotu - ale można było przecież inaczej go prześladować, dokwaterować mu raz milicjanta, innym razem panienkę lekkich obyczajów...Człowiekowi, który pracował naukowo, pisał książki, potrzebował spokoju...Na uczelni mieszkania rozdzielała partia i to ona uznała, że profesorowi mieszkanie się nie należy, bo je przecież ma. Należy się zaś woźnemu – bo woźny go nie ma.

Dlaczego zdecydowała się Pani na przyjazd do Austrii?
- W 1965 roku zmarł mój teść, prof. Tadeusz Lehr – Spławiński, który był naszą opoką. Był rektorem Uniwersytetu Jagiellońskiego, wybitnym slawistą. Mimo że nie należał do partii był ze względu na swoje zasługi ceniony i po prostu się z nim liczono. Mojego męża poznałam w 1949 roku. Po ślubie mieszkaliśmy u teścia, nie mieliśmy żadnych szans na mieszkanie.
Mąż pojechał już w 1962 roku do Wiednia na prywatne zaproszenie znajomego austriackiego profesora, żeby się zorientować, jakie mamy szanse, by choć na parę lat wyrwać się z tego piekła, niechlujstwa, zakłamania, czerwonej, obrzydliwej Polski. Polski innej niż ta, o którą walczyliśmy, dla której przesiedziałam w obozie i tułałam się po Europie. Jak pomyślałam, że moje dzieci będą musiały przejść przez coś takiego, bo znowu ktoś wywoła wojnę – to postanowiłam, że spróbujemy wyjechać. Z Austrii jest blisko do Polski, zawsze jakoś będę mogła dotrzeć do rodziny.
Po dwóch latach pobytu męża w Austrii, kiedy to miał oficjalnie urlop, zażądano, by przyjął paszport konsularny. Wówczas odmówił i zostawił swój paszport w polskiej ambasadzie.
Mąż jest z wykształcenia chemikiem, bardzo trudno mu było w Austrii dostać pracę w zawodzie. Był "zza żelaznej kurtyny", miano wobec niego ograniczone zaufanie. Chemik nie musi przecież wynosić niczego w kieszeni, może wynieść „w głowie". Wreszcie udało mu się znaleźć pracę w zakładzie chemicznym.
Tymczasem ja musiałam się starać trzy lata, by otrzymać zezwolenie na wyjazd z Polski. W czasie pobytu męża byłam w Wiedniu dwa razy, mogłabym teoretycznie zostać, ale ja nigdy nie zostawiłabym samych dzieci. Nie można ich pozbawiać matki.
Proszę sobie wyobrazić, że pomógł mi Bolesław Piasecki, twórca PAX-u. Z jednej strony bardzo się cieszyłam, że rodzina będzie wreszcie razem. Z drugiej strony było to dla mnie takie smutne, że zostawiam Polskę, matkę i ojczyma, który bardzo był z nami związany.

Jak wyglądały Pani pierwsze lata w Austrii?
- Przed naszym przyjazdem mąż zamiast obiecywanej pożyczki dostał nędzne mieszkanie w Fischamend. Byłam przerażona po przyjeździe, nagle po Krakowie znalazłam się w jakiejś wsi, do tego mieszkanie było zimne, okropne, przeciekał dach. Najmłodsza córka miała wówczas 7 lat, syn 14, druga córka 12 lat. Dzieci bardzo przeżyły tę przeprowadzkę. Emigracja to jest najgorsza rzecz, jaka może człowieka spotkać. Jeśli człowiek opuści swój kraj, to już nigdy nie czuje się naprawdę dobrze i u siebie, bo nie jest u siebie. Nie ma języka ojczystego na co dzień, nie ma tego, co stwarza naród. Dla mnie to jest wielka strata. Dla dzieci także. Najlepiej jej zostać za granicą mając lat 20, tam założyć rodzinę i urodzić dzieci. Moje koleżanki i koledzy z powstania, którzy tak zrobili, zupełnie inaczej funkcjonują. Zwłaszcza w USA czy Kanadzie to wszystko wygląda inaczej, jest to przecież społeczeństwo, które żyje razem, które nie ma uprzedzeń.

Gdzie Pani pracowała? 
- Pracowałam w archiwum miasta Wiednia w dziale pism slawistycznych. Wraz z innymi w latach 80. prowadziłam dla Polaków, uciekinierów stanu wojennego, kursy języka niemieckiego. Udało mi się ten fakt zataić przed polską ambasadą, chociaż robiłam to osiem miesięcy. Używałam tylko pierwszej części swego nazwiska – mam jeszcze swoje konspiracyjne myślenie! Nie mogłam sobie pozwolić na „wpadkę", bo bardzo chciałam jeździć do Polski, miałam tam przecież matkę.
Tych Polaków wykorzystywano na każdym kroku. Nie mogłam na to patrzeć, starałam się im pomagać, jak mogłam. Miałam to już we krwi, że angażowałam się w swoim wolnym czasie bezinteresownie w tego typu pomoc. Zaczęłam więc prawie codziennie, dodatkowo, poza prowadzonymi przeze mnie kursami, pojawiać się w tym prywatnym hoteliku, w którym mieszkali w 10 dzielnicy. Pomagałam w tłumaczeniach, znalezieniu pracy itp. Nawet udało mi się znaleźć sponsorów na zorganizowanie im wycieczki Dunajem do Dürnstein.
Zauważyłam niestety wiele nadużyć, Polacy dostawali marne jedzenie i ubranie, chociaż były na to przeznaczane spore sumy przez austriacki rząd. Potem zrozumiałam, dlaczego właścicielowi udało się w tak krótkim czasie odremontować ten hotelik. Dyrektorowi hotelu moje wizyty były nie na rękę, wezwał mnie pewnego dnia do siebie i przekazał przez recepcjonistę, że mam zakaz wstępu na teren hotelu. Gdy recepcjonista powiedział wtedy coś negatywnego o Polakach i usłyszałam „Raus", wzięłam potężny zamach i uderzyłam go w twarz. Ja po prostu nie mogłam po tym co przeszłam pozwolić sobie, by jeszcze kiedykolwiek ktokolwiek w tym języku powiedział do mnie „Raus!".

Jak czuje się Pani na emigracji?
- Mąż czuł się w Austrii lepiej niż ja, cały czas bardzo dużo pracował. Ja inaczej, gdyż kobiety podchodzą do tych spraw bardziej uczuciowo. Bardzo mi przeszkadza to, że moje dzieci, gdybyśmy nie wyjechali z Krakowa, obracałyby się w środowisku takim, w jakim były i w otoczeniu ludzi pielęgnujących te same zwyczaje i tradycje, które bardzo trudno przenieść na obcy teren. Bardzo brakowało im tego towarzystwa i zauważyłam, że im bardziej odpowiadała polska młodzież, moje dzieci często jeździły do Polski.
Ja jestem Polką z pokolenia, dla którego ważny jest „Bóg, Honor i Ojczyzna" i czasami zastanawiam się, czy Polska nie jest ważniejsza niż wszystko inne. Gdy ktoś próbuje nas obrazić, natychmiast reaguję. Bardzo jestem związana z Polską poprzez moją historię i historię mojej rodziny. Moja matka była wielką patriotką, kobietą z klasą, która miała prawdziwie obywatelskie wychowanie. To jest coś, czego mi tutaj brakuje obecnie u Polaków. Tego wychowania obywatelskiego: żeby coś zrobić dla innych rodaków, dla wspólnoty.

Rozmawiała Halina Iwanowska

Polonika nr 167/168, lipiec/sierpień 2008 r.

Dodatkowo:

Newsletter

Jeżeli chcesz otrzymywać mailem informacje na bieżąco wpisz swój adres e-mail
Top
We use cookies to improve our website. By continuing to use this website, you are giving consent to cookies being used. More details…