Igłą na skórze

Osa Wahn, fot. osatattoo.at

To, czym się zajmuje trudno nazwać tatuażem. Patrząc na jej prace ma się uczucie obcowania ze sztuką, z obrazami kubistów i ekspresjonistów. Tak Polka, Osa Wahn, która zamiast pędzla i płótna używa igły i ludzkiej skóry, tworzy sztukę.

fot.osatattoo.at
 Czy Osa to jest Pani prawdziwe imię?
- Nie, ale stało się nim. Na moje prawdziwe imię prawie nie reaguję. Kiedyś ktoś zawołał do mnie na ulicy po imieniu a ja, nieświadoma, nawet się nie obejrzałam, nie zorientowałam się, że chodzi o mnie.
Początkowo była to zwyczajna ksywka, teraz czuję, jakby to było moje prawdziwe imię. Osa odzwierciedla moją naturę. Jestem bardzo wrażliwa, spokojna i miła, dopóki się mnie nie rozzłości. No i jest igła!

Jak to się stało, że Osa przyleciała do Austrii i kłuje ludzi igłą?
- Urodziłam się w Polsce, ale przyjeżdżałam do Wiednia odwiedzać mojego ojca, który wyemigrował do Austrii jeszcze w czasach, gdy w Polsce było bardzo ciężko. Gdy miałam piętnaście lat, planowałam spędzić w Wiedniu tylko wakacje, ale później wyszło tak, że zostałam na stałe. To było trochę spontanicznie. Moja będąca w Polsce mama była tym zaskoczona. Doszłam jednak do wniosku, że w Austrii mam większe perspektywy.

Pani ojciec, Waldi Wahn, jest bardzo znanym tatuażystą. Czy to właśnie po przyjeździe do niego do Austrii zaczęła się Pani zajmować tym co on?
- Wtedy, gdy jako piętnastolatka przyjechałam do Wiednia, tatuowałam już od kilku lat. Zaczełam, gdy miałam lat dwanaście.

Dwanaście? Kto był na tyle odważny i zgodził się być pierwszym królikiem doświadczalnym dla małej, dwunastoletniej dziewczynki?
- To był mój tata Waldi. Wytatuowałam mu celtycki, pleciony trójkąt, w którym wykorzystałam wszystkie możliwe farby i kolory. To była jedna, wielka kolorowa plecionka. Właściwie zaraz po tej pierwszej próbie zaczęłam już normalnie tatuować w studio i od razu miałam swoich klientów. W wieku trzynastu lat byłam już na pierwszym, Międzynarodowym Konwencie Tatuażu w Berlinie. Jest to jedna z największych w Europie imprez tego typu. Ponieważ nie robiłam tatuaży z katalogu, tylko od samego początku zajmowałam się pracami indywidualnymi, wszyscy podziwiali to, co tworzyłam. Właśnie wtedy w Berlinie przydarzyła się taka ciekawa historia: pewien człowiek szukał po całej hali, gdzie było ponad sto stanowisk, kogoś, kto by mu wytatuował hipopotama. Wśród kilkuset tauażystów nie znalazł nikogo takiego. Inni tatuażyści nie mieli gotowego wzoru z hipopotamem i, jak się okazało, nikt też nie umiał go narysować tak spontanicznie, z głowy. Ja wzięłam flamaster, narysowałam prosto na skórze klienta tego hipopotama i on był zachwycony moim projektem. Potem go wytatuowałam i muszę powiedzieć, że ten człowiek był wręcz wniebowzięty. A na początku miał obawy - zresztą każdy byłby trochę niepewny, widząc taką małą dziewczynkę.

W społeczeństwie panuje pewien stereotyp, że tatuażysta to wielki, umięśniony facet z brodą, w skórze, na Harley'u, a nie młoda kobieta, czy wręcz dziewczynka.

- To, że przełamałam ten stereotyp, że od niego odbiegałam, pomogło mi zdobyć nowych, wartościowych klientów. Większość ludzi kieruje się powierzchownością, zaufają prędzej jakiemuś neandertalczykowi, który wygląda twardo, jest pewny siebie, bo tatuuje od trzydziestu lat. Tylko, że on od trzydziestu lat tatuuje jedno i to samo badziewie z katalogu. Mniej osób jest gotowych na to, żeby zaufać małej dziewczynce i w ogóle zobaczyć co ona prezentuje, jaki ma styl. Gęstym sitem, przez które przeszli moi klienci było to, jakie mieli do mnie podejście, czy traktowali mnie poważnie. Miałam to szczęście, że od samego początku przychodzili do mnie ludzie „z górnej półki" tacy, którzy traktują tatuaż jako sztukę. Nigdy nie przyjmowałam typowych klientów, którzy chcą chińskie znaczki czy inne dziadostwa.

Nie ma Pani katalogu wzorów, Pani tatuaże wyglądają jak obrazy. Jak wygląda praca nad takimi indywidualnymi projektami?
- Są tacy, którzy przychodzą i mówią: Osa, masz tu całe ramię i rób co chcesz. Najczęściej jednak pracuję „pod jakiś temat", ktoś rzuca jakieś hasło, nawet pojedyncze słowo, czasem określające coś abstrakcyjnego, np. muzyka. Wydaje się, że nie można narysować muzyki, ale przecież można stworzyć obraz, który się z muzyką kojarzy. Osoby, które przychodzą do mnie często mają w głowie jakiś temat, a ja staram się ten temat przełożyć na wizualną formę artystyczną.

Co jest dla Pani najważniejsze w tym, co Pani robi?
- Inspiracja i przekraczanie własnych granic, podnoszenie sobie poprzeczki. Całe życie jest wielkim okresem inspiracji. Każdy tatuaż jest dla mnie kolejnym wyzwaniem. Jeżeli przychodzi do mnie ktoś, kto mi tego wyzwania nie zapewni, to nie jestem zainteresowana współpracą i zrobieniem mu tatuażu. Nie widzę nic ciekawego dla siebie w kolejnym, oklepanym chińskim smoku. Mnie to zwyczajnie nie bawi, bo to jest nudne. Poprzez pracę chcę się rozwijać. Ja najzwyczajniej nie chcę pracować od sztancy, albo jak przy fabrycznej taśmie na akord.

W tej chwili jest Pani znana głównie w Europie, a jak to wygląda z resztą świata?
- Mam klientów, którzy przyjeżdżają z innych kontynentów, żeby zrobić sobie u mnie tatuaż. Miałam u siebie Australijczyków, Amerykanów. Duże tauaże wymagają kilku spotkań, ich długość zależy od wytrzymałości pacjenta. Kolorowy tatuaż na całe plecy to może być dziesięć i więcej sesji. Nie każdego na to stać, trzeba zapewnić sobie dojazd, jakieś lokum, itd. Pewna para z USA przeprowadziła się na kilka miesięcy do Europy, znaleźli sobie pracę w Londynie i przyjeżdżali do mnie co miesiąc, żeby sobie robić tatuaże. A jak już wszystko było skończone, to wrócili do Stanów.

Zanim sięgnie się po igłę i zacznie tatuować trzeba mieć talent plastyczny, umieć świetnie rysować. Czy Pani odziedziczyła zdolności po tacie?
'- Nie tylko. Moja mama jest też bardzo uzdolniona artystycznie. Chociaż nigdy nie zajmowała się sztuką zawodowo i nie studiowała malarstwa, to potrafi na przykład namalować czyjś portret z pamięci, w ogóle nie spoglądając na tę osobę. Dla mnie jej talent to jest coś niesamowitego. W pracy tatuażysty nie wystarcza jednak sam talent, trzeba cały czas ćwiczyć i pracować nad sobą. Ja rysowałam i malowałam od zawsze. W podstawówce byłam lepsza od mojej nauczycielki plastyki. Ale w tatuażu nie jest najważniejsza kwestia samego rysowania. Do bycia dobrym tatuażystą trzeba mieć też ogromną wiedzę. Już sama skóra jako medium jest osobnym, wielkim tematem. Jest przecież wiele rodzajów skóry, nawet na jednym człowieku. Drugi ogromny temat to technika, czyli znajomość i wiedza na temat sprzętu. Potem dochodzi cała wiedza z dermatologii, higieny, wirologii, bakteriologii etc.

Czy wśród klientów pojawiają się też tacy, którzy chcą aby Pani naprawiła ich „błędy młodości", czyli pokryła stary, nieudany tatuaż jakimś nowym projektem?
- Oj tak! To z czym przychodzą do mnie ludzie, to nie są tatuaże, to są wręcz okaleczenia. „Praca" setek tatuażystów to coś, co woła o pomstę do nieba. Nawet dziwię się, jak ktoś widząc takie swoje „dzieło" może wziąć za to pieniądze i dalej tatuować kolejnych ludzi. Moralność w tym zawodzie nie jest czymś oczywistym. Niestety fuszerów jest najwięcej. Owszem, są też porządni rzemieślnicy, którzy dobrze wykonują swoją pracę, ale rzemieślnik potrafi tylko przerysować coś z katalogu, odciśnie kalkę na skórze i równo obrysuje, linie będą proste, ale nie będzie to nic powalającego. Natomiast takich tatuażystów, którzy traktują swoją pracę jak sztukę i można ich nazwać artystami jest niewielu, może jeden procent.

Rozmawiała Magdalena Marszałkowska

Polonika nr 220, maj 2013

fpt. www.osatattoo.at

Top
We use cookies to improve our website. By continuing to use this website, you are giving consent to cookies being used. More details…