Żądza perfekcji

Marika Lichter - austriacka gwiazda operetki i musicalu.

Jest zwyciężczynią Dancing Stars 2005. W maju 2006 roku odznaczona została Złotym Medalem za Zasługi dla Wiednia 2006.

To ładnie, że tak chętnie przyznaje się Pani do polsko-węgierskich korzeni...
- Kiedy mój ojciec się urodził, Lwów był teoretycznie austriacki. Ale serio: nie powinno się zapominać, skąd się pochodzi. A już zwłaszcza nie wyrzekać tego.
Jak poznali się Pani rodzice? W czasie wojny? Czy tuż po? Polak i Węgierka... na pewno kryje się za tym wojenna romantyczna historia?
Najpierw tragiczna. Ojciec spędził 6 lat w obozie. Moja mama też. Po wyzwoleniu losy rzuciły ojca na Węgry i tu spotkał moją mamę.
Przypadkiem?
- Tak. W kawiarni. Na „fajfie“, czyli na popołudniowej herbatce. To była wielka romantyczna miłość od pierwszego wejrzenia. Pokochali się, pobrali i potem przyszłam na świat ja: made in Hungary, born in Vienna.
Wie pani w jakim języku Pani rodzice odbyli swoje pierwsze rozmowy?
- Myślę, że po niemiecku. Moja mama mówiła bardzo dobrze po niemiecku, bo jej mama z kolei prowadziła przedstawicielstwo fortepianów Bösendorffera w Budapeszcie. Potem ojciec nauczył się węgierskiego i bardzo dobrze mówił tym językiem. Mama nigdy nie nauczyła się przyzwoicie polskiego.
Pani też nie?
- Nie. Dużo rozumiem. Poza polskim osłuchałam się też w dzieciństwie z rosyjskim, który znał mój ojciec i z serbochorwackim, bo rodzina mojej mamy pochodziła z Osijeka. Stąd mam „ucho“ dla słowiańskich języków. Dużo rozumiem, choć mówić po polsku nie umiem.
Ale po węgiersku mama panią nauczyła! Czy dziecko po prostu prędzej uczy się języka matki?
- Na pewno! Zresztą tata dużo podróżował służbowo, więc byłam głównie z mamą. Poza tym po 56 roku mieliśmy sąsiadów - węgierskich uciekinierów i ja dużo się bawiłam z ich dzieckiem.
Czy Polska była w jakikolwiek sposób obecna w Pani życiu?
- Byłam dwa trzy razy w Polsce, z ojcem...
... odwiedzić rodzinę?
- Nie, rodziny mój ojciec właściwie już nie miał, bo cała została zgładzona w czasie wojny. Ale miał wielu dobrych przyjaciół i jeździł stale do Polski w interesach, bo prowadził firmę z artykułami medycznymi.
Jak to się stało, że już jako trzyletnią dziewczynkę zaczęto posyłać Panią na lekcje tańca i fortepianu? Co było bodźcem?
- To ja chciałam! A impulsem było na pewno to, że mój dziadek, ojciec mojej mamy był śpiewakiem operowym. Nazywał się zresztą Spivak. Pani akurat nie muszę tłumaczyć, co to słowo znaczy. „Brzemię“ muzyczne przekazał mi też ojciec, który wprawdzie nie miał wykształcenia zawodowego w tym kierunku, ale miał bardzo piękny głos. Regularnie śpiewał w lwowskiej synagodze. Nawet później w Krakowie też.
A fortepian? Nie stawała Pani okoniem? Małe dzieci trudno zagonić do ćwiczenia.
- Ja naprawdę chciałam! Gdybym nie chciała, moim rodzicom nigdy by się nie udało mnie do tego zmusić! Choć co prawda to prawda: pianistka ze mnie wyrosła średnia. Ja uwielbiam ruch! A śpiew to był od zawsze wręcz mój żywioł!
I udało się Pani optymalnie wykorzystać talent i zamiłowanie w wyborze zawodowej drogi życiowej!
- Zaczęłam jako piosenkarka. Nota bene: w tych dniach ukaże się płyta ze szlagierami z tamtych czasów, czyli z końca lat 60.
To przecież była Pani jeszcze dzieckiem?
- Występowałam wtedy z zespołem „Sabres“ Pierwszą płytę nagrałam mając 15 lat. Jako 19-latka zajęłam 3. miejsce w finale międzynarodowego konkursu "Showchance", co spowodowało, że sypnęły się zaproszenia na koncerty i festiwale w całym świecie. Występowałam też w swego czasu bardzo popularnym kabarecie „Die Fledermaus“ Gerharda Bronnera. Mama przyglądała się moim poczynaniom z przychylną uwagą, ale postawiła mi warunek, że mam zdobyć wykształcenie śpiewacze w konserwatorium. Mając 21 lat i już z dyplomem śpiewaczki dostałam angaż w Raimundtheater. Debiutowałam rolą subretki u boku Mariki Rökk. W musicalach śpiewałam i śpiewam, bo mi po prostu taki styl leży. Za czym nigdy nie przepadałam, to opera klasyczna. Śpiewałam wprawdzie także arie operowe, kształciłam się dalej u mistrzów operowych, ale bardziej z przekonania, że prawidłowe ustawienie głosu jest niezmiernie ważne, jeśli się chce jak najdłużej śpiewać. Dzięki temu dziś, mimo że śpiewam od dobrych 40 lat, głos mam niezniszczony. Mogę sobie pozwolić na zaśpiewanie pięćset, sześćset przedstawień, takiego na przykład musicalu „Elisabeth“.
Co to właściwie znaczy: zedrzeć sobie głos? Czy tu chodzi o struny głosowe? Jak się „niszczy głos“?
- Zła technika śpiewu, albo brak techniki w ogóle doprowadza do tego, że można głos po prostu stracić. Struny głosowe słabną. Albo tworzą się na nich guzki.
Odniosła Pani tak wielki sukces jako artystka, na brak pracy narzekać Pani żadną miarą nie może. Dlaczego zaangażowała się Pani dodatkowo w tak duże projekty? Mam na myśli agencję artystyczną „Glanzlichter“ i Pani wieloletnie ofiarne zaangażowanie dla organizacji przeciw przemocy w rodzinie?
- Agencję prowadzę, bo… kiedyś zaczęłam z moją wspólniczką, i chociaż teraz jestem sama, to ciągnę to dalej. Właściwie dla poczucia zabezpieczenia. Ja lubię dobrze żyć i jestem gotowa intensywnie na takie lepsze życie pracować. Los artysty to naprawdę taka jazda „raz na wozie raz pod wozem“. Nie zawsze wiodło mi się tak dobrze jak dziś, kiedy jestem dosłownie rozchwytywana. Agencja jest więc moim zabezpieczeniem na ewentualne gorsze czasy. Pilnuję zresztą, żeby mi się za bardzo nie rozrosła. A działalność dobroczynną uprawiam od 16 lat. Zaczęło się od tego, że ówczesny kanclerz Franz Vranitzky zaproponował mi, a właściwie mojej agencji artystycznej, zorganizowanie małego koncertu charytatywnego na rzecz ofiar przemocy w rodzinie. Inicjatywa rozrosła się w międzyczasie, stała organizacją i teraz dosłownie kwitnie. Zbieramy setki euro dla potrzebujących, a co roku więcej... Tamten pierwszy koncert w 1990 roku w Theater an der Wien przyniósł 200 tysięcy szylingów, ostatni – 167 tysięcy euro!
... tak, oglądałam z podziwem zestawienie, że pierwszy koncert benefisowy dał przed laty kilkadziesiąt tysięcy i że suma ta co roku rosła, a od pewnego czasu taka impreza przynosi kilkaset tysięcy euro!
- Tak, to jest jak rozpędzona maszyna, albo jak śnieżna kula. Z początku robiliśmy jeden koncert rocznie. Teraz robimy jeszcze drugi kameralny, oprócz tego aukcję, całą serię mniejszych imprez. To oczywiście huk roboty, ale biorę ją na siebie, bo widzę efekty i wiem, że zebrane pieniądze trafiają do potrzebujących. Postanowiłam, że będę to robić jak długo starczy mi siły.
Ale jak Pani łączy te trzy role, z których każda jest i czasochłonna, i frapująca? I w której roli czuje się Pani najlepiej?
- W tej, w której akurat jest coś do zrobienia. Po prostu wykonuję zadania, które w danym momencie są! Gdy jestem w obsadzie produkcji teatralnej - istnieje dla mnie tylko teatr. Jeśli przygotowuję imprezę charytatywną, tak jak teraz zobowiązaliśmy się z Uwe Krögerem wystąpić w Salzburgu, to jestem w tym momencie „charity lady“ i inne zadania odsuwam na bok. Jeśli organizuję jakiemuś artyście koncert, to jestem tylko czyimś menedżerem. Trzeba umieć rozpoznać co w danej chwili jest priorytetem, a gdzie można i trzeba powiedzieć: przepraszam, nie mogę, nie mam czasu. Łączenie wielu funkcji jest ponadto kwestią dyscypliny. Moja dewiza brzmi: Wszystko jedno co robię najważniejsza nie jestem ja, tylko żeby to coś zrobić jak najlepiej.
Co Pani lubi najbardziej w pracy w teatrze?
- Trzeba wiedzieć dlaczego coś się robi. Jeśli gram jakąś rolę, to muszę mieć przekonanie do tego co robię. Tego lata miałam cztery produkcje: operetkę w Mörbisch, potem drugą w Laxenburgu, musical w Klagenfurcie i teraz czwartą produkcję w Oberwart. Cztery bardzo się różniące projekty, gdzie za każdym razem muszę sobie powiedzieć czy chcę to robić, czy widzę się w tym. Zdarzało mi się zrezygnować ze współpracy.
Czym można Panią tak zirytować, że rzuci Pani rolę?
- Gdy czuję, że to, co powstaje nie jest „moje“, że jest mi obce. Zdarzyło mi się na przykład w 1978 roku odejść z „Jedermanna“ w Salzburgu. Chcę być uczciwa w tym co robię, bo tylko wtedy, kiedy się jest całym sercem przy danym projekcie, osiąga się dobre rezultaty. Jeśli aktor źle czuje się w roli, to psuje w rezultacie nastrój kolegom i szkodzi produkcji.
Dlaczego przy tych natłoku różnorodnych zajęć zdecydowała się Pani wziąć udział w programie „Dancing Stars“?
- Chyba z ciekawości. Pomyślałam: ruszać się umiem...
... tańczyć przecież też...
- O nie! Taniec towarzyski to jest zupełnie inny rodzaj ruchu! To był dla mnie teren zupełnie nieznany! Ale ogólnie uznałam, że mam szanse... nie skompromitować się całkowicie. Najpierw po prostu nie chciałam odpaść zaraz w pierwszym etapie. I potem w czasie treningu i prób jakoś mnie tak ogarnęła żądza perfekcji. Jest coś w takiej sytuacji konkursowej, że człowiek się rozsmakowuje w wygrywaniu. Jak drapieżnik, który zwąchał krew. To było męczące, ale też fascynujące wyzwanie: wyuczenie się tych wszystkich kroków, poznanie całkiem nowego świata.
Ile trenowaliście w sumie?
- Zliczyłoby się 350 godzin w ciągu 13 tygodni, czyli po kilka godzin dziennie na okrągło. Przy czym w ostatnich etapach siedzieliśmy w studio od poniedziałku do piątku po 10 godzin dziennie. To był full time job.
To przecież nie mogła Pani wykonywać swoich zwykłych obowiązków?!
- Ale je wykonywałam. W tym samym czasie przygotowałam koncert galowy, zaczęłam próby do produkcji teatralnej w Klagenfurcie. Sama sobie udowodniłam po raz kolejny: można wszystko, tylko trzeba sobie umieć ułożyć plan pracy. Jak mówię: dyscyplina!
Uważa się Pani za power-woman?
- Jestem po prostu bardzo zdyscyplinowana i wcześnie wstaję. I jak czegoś chcę, to to realizuję.

Rozmawiała Dorota Krzywicka-Kaindel, Polonika nr142, listopad 2006.

Top
We use cookies to improve our website. By continuing to use this website, you are giving consent to cookies being used. More details…