Mόgłbym mieszkać w Wiedniu

Krzysztof Penderecki jest jednym z najwybitniejszych współczesnych kompozytorów i dyrygentów, laureatem niezliczonej ilości nagród, doktorem honoris causa i członkiem honorowym niemalże wszystkich uczelni muzycznych świata.

 

We wrześniu 2016 roku w wiedeńskim Konzerthaus wystąpiła Orkiestra Stołecznego Królewskiego Miasta Krakowa Sinfonietta Cracovia. Wieczór uświetniła wiedeńska premiera koncertu na trąbkę Krzysztofa Pendereckiego w wykonaniu węgierskiego wirtuoza trąbki, Gábora Boldoczkiego. Maestro był obecny w czasie koncertu. Przed koncertem mieliśmy okazję przeprowadzenia z nim wywiadu.

Czy lubi Pan Profesor Wiedeń ze swoją specyficzną atmosferą, balem w operze, koncertem noworocznym, wierną i wyrafinowaną publicznością?
– Mόgłbym mieszkać w Wiedniu na stałe, zresztą mieszkaliśmy tu już z żoną i ciągle myślimy o „wiedeńskim adresie”. Babcia żony była wiedeńką, stąd też rodzinne przywiązanie. Wiedeń ma coś z Krakowa, a Krakόw to taka „wiedeńska prowincja”. Tutaj można się dobrze czuć artystycznie, gdyż miasto ma doskonałe sale koncertowe, dobre orkiestry, operę. Słowem wszystko, co potrzebuję do pracy twόrczej i dyrygenckiej.
Artystycznie wybiera Pan Wiedeń, a gdzie czuje się Pan dobrze prywatnie?
– Lusławice to moje dziecko, gdzie wraz z przypływem lat czuję się coraz lepiej. Mieszkać mogę tu i tam, ale żyć lubię w Lusławicach. Zrujnowany kiedyś dwόr ma długą historię. Pierwsza wzmianka o dobrach lusławickich pojawiła się w XIII wieku. Pόźniej ich właścicielem był słynny rycerz Spytek z Melsztyna. W wieku XVI zawitali tu bracia polscy – arianie, ktόrzy założyli zbόr, szkołę i drukarnię. To właśnie w Lusławicach powstał promieniujący na całą Małopolskę ośrodek myśli kalwińskiej, to tutaj miały miejsce synody ariańskie. W latach 1923–1926 przebywał w dworze Jacek Malczewski – przedstawiciel modernizmu w polskim malarstwie. Po drugiej wojnie światowej majątek popadał w coraz większą ruinę. Dwόr zakupiłem w 1976 roku. Przez ostatnie kilkadziesiąt lat żmudnej pracy doprowadziłem dwόr wraz z ogrodem do stanu świetności. W roku 2002 dostaliśmy wyrόżnienie „Genius loci Polonia” za ochronę polskiego krajobrazu. Trzyhektarowy dworski ogrόd w ciągu czterdziestu lat rozrόsł się do trzydziestohektarowego arboretum – unikalnego nie tylko w skali kraju. Zrealizowałem swoje marzenie z dzieciństwa: założyłem własny ogrόd.
Podobny projekt zrealizował austriacki artysta André Heller w okolicach Marakeszu. Jego sensoryczny ogrόd jest swoistym dziełem sztuki.
– W Lusławicach mamy wartościową kolekcję roślin iglastych, sosny z Finlandii, drzewa z Ameryki Pόłnocnej, kanadyjski klon cukrowy, aleję tulipanowcόw, labirynt z 15 tysięcy grabόw. To ogrόd budowany systematycznie. Mόj pradziadek Jan był leśniczym, to po nim, myślę, odziedziczyłem zainteresowanie drzewami. Sam przywiozłem wiele gatunkόw drzew z różnych stron świata, sam też często je sadziłem. Lusławice wpływają na moją muzykę kameralną.
Europejskie Centrum Muzyki w Lusławicach jest dedykowane artystycznie utalentowanej młodzieży z całej Europy.
– Tak, obiekt jest nowoczesnym kompleksem, komponującym się dobrze z dworem. Zgodnie z tymi założeniami zastosowano naturalne materiały, takie jak drewno i piaskowiec. Budynek posiada lekką, przeszkloną fasadę, okoloną drewnianą kolumnadą. Centrum daje młodym twόrcom wiele możliwości, takich jak koncerty, kształcenie, warsztaty. Niekoniecznie trzeba wyjeżdżać za granicę w celach nauki muzyki. Realizacja projektu z funduszy unijnych trwała dziesięć lat.
Z ktόrymi słynnymi polskimi twόrcami żyjącymi w świecie Pan Profesor wspόłpracuje?
– Właściwie z nikim. Jestem samotnikiem pywatnie i twόrczo. Mało słucham muzyki, gdyż chcę zachować otwarty umysł do pisania nowych utworόw. Zdarza się, że śledząc pracę kolegόw mimowolnie powtarzamy za kimś. W odosobnieniu łatwiej jest wydrzeć coś z głębi serca. W masie otaczającego nas chaosu muzycznego trzeba ciągle szukać siebie, tworzyć własny styl, mόwić osobistym głosem. Wstając rano, mam w głowie muzykę.
Jak to? Owiany legendą twόrca jest samotnikiem?
– W wyciszeniu słyszę w muzyce nowe dźwięki, jak śmiech, gwizd, szept, ktόrym nadaję nowe znaki w partyturze. Jednak trzeba też być człowiekiem uprzejmym, rozmownym. Do tego zmuszają nowe media. Żona czasem nazywa mnie odludkiem. W samotności jednak lubię być otoczony rodziną.
Słynny austriacki pianista Rudolf Buchbinder twierdzi, że z latami ćwiczy coraz mniej, że doświadczenie samo owocuje, że praca odbywa się bardziej w głowie, niż na klawiaturze. Czy Profesor też z latami potrzebuje mniej czasu na komponowanie nowych utworόw?
– Nie, nie wpadam w rutynę i dużo pracuję. Cóż, może pianista nie musi tyle ćwiczyć po osiągnięciu pewnego poziomu artystyczno-technicznego. Chociaż… może i jest coś, co nazywa się natchnieniem, ale pisanie muzyki pozostaje raczej kwestią dyscypliny. Mam nadzieję, że nie przyjdzie dzień, w ktόrym nie mόgłbym nic napisać.
Czy dla tak znanego artysty jak Krzysztof Penderecki, ktόry już wszystko osiągnął, sukces jest jeszcze ważny? Ile w sukcesie Profesora jest sukcesu żony Elżbiety Pendereckiej?
– Sukces jest bardzo ważny dla każdego. Miałem szczęście napisać „Pasję” w kraju komunistycznym, ktόry walczył z Kościołem. Postawiłem sobie bardzo wysoko poprzeczkę i udało się. Pierwszy sukces przyniόsł następne. To bardzo cieszy, gdy robi się rachunek sumienia i stwierdza, że w danym roku wykonano 80 procent moich utworόw, od Japonii po obie Ameryki. Naturalnie, że moim sukcesom towarzyszy żona, ktόra wykonuje wszystkie czynności, do ktόrych ja nie mam serca. Żona pojmuje małżeństwo nie tylko jako międzyludzką fascynację, ale też jako przyjaźń. Posiadamy duży dom, często wyjeżdżamy, mamy rodzinę. To wszystko wymaga koordynacji i dużo pracy. Żona też kocha muzykę, chce tworzyć coś ciekawego, nowego. Festiwal Beethovenowski to jej projekt, ktόry awansował do miana jednego z najlepszych festiwali w Europie. Wielkim naszym wspόlnym sukcesem jest Europejskie Centrum Muzyki w Lusławicach, ktόre nawet nas trochę przerosło. Myśleliśmy, że będzie ono interesowało tylko studentόw Akademii Muzycznej, tymczasem stało się ono salą koncertową. Żona przejęła też absolutnie batutę w domu, ja na to nie mam czasu.
Czy trzeba wierzyć, aby pisać utwory religijne?
– Ja akurat wierzę, pochodzę z rodziny religijnej. Moja matka była bardzo ortodoksyjna, ja nie. Pochodzę z rodziny wielokulturowej i wielowyznaniowej. Dziadek był z pochodzenia Niemcem, babka Ormianką, ojciec został ochrzczony w cerkwi grekokatolickiej. Stąd w mojej twόrczości fantazja, otwartość na obce kultury i wiarę. Po niemieckich przodkach odziedziczyłem systematyczność w pracy, porządek, dyscyplinę. Jako człowiek wierzący i jako katolik dałem temu wyraz w swojej twόrczości od „Pasji wg św. Łukasza” po „Polskie Requiem”. Jednak moja muzyka sakralna jest wykonywana przede wszystkim w salach koncertowych. Katolickość, wiara objawiają się przynależnością do miejsca, kultury, jakim jest Polska. Religijność mojej rodziny, obrzędowość, ktόrą bardzo kultywowano, wywarły na mnie duże piętno.
Pisze Profesor na zamόwienie Opery Wiedeńskiej „Fedrę” według Racine’a, ktόrej premierę przewiduje się na sezon 2019/20.
– Tak, ale najpierw chcę napisać operę buffa. Mogę już chyba powiedzieć, że będzie to „Rewizor” według Gogola. Dyrekcja bardzo ucieszyła się z powodu mojego projektu. W sztuce tej pojawiają się fascynujące mnie tematy, ktόre są ciągle aktualne. Co prawda sztuka nie powinna opisywać rzeczywistości, ale „Rewizor” to robi. Napisałem wiele utworόw dramatycznych, oprόcz „Krόla Ubu” na podstawie sztuki Alfreda Janry’ego, i mam ochotę na coś innego. Może przyszło to z wiekiem, że nie mam ochoty na tragedię. A propos „Fedry” – ciągle dobieram teksty, i to zajmuje mi dużo czasu. Myślę też nad językiem, ale raczej będzie to niemiecki.
Plany Mistrza na przyszłość?
– Nie wiem, co znaczy odpoczywać. Odpoczywam pracując. Kończę jeden utwόr, zaczynam następne. Na emeryturę się nie wybieram, mam plany co najmniej na następne 20 lat. Piszę muzykę od 60 lat! Chciałbym skomponować operę kameralną „Panna Julia” według Strindberga i jeszcze dwie symfonie, żeby było ich dziewięć. Także działalność koncertowa dodaje mi skrzydeł. Mam za dużo pomysłόw i muszę się w końcu skoncentrować na kilku wybranych.
Dziękuję za rozmowę. W imieniu Polakόw w Austrii i pisma „Polonika” wyrażamy wdzięczność za dzieła i twόrczość, ktόre Mistrz nam podarował.

Rozmawiała Ewa Steinhardt, Polonika nr 257, listopad/grudzień 2016.

Dodatkowo:

Newsletter

Jeżeli chcesz otrzymywać mailem informacje na bieżąco wpisz swój adres e-mail
Top
We use cookies to improve our website. By continuing to use this website, you are giving consent to cookies being used. More details…