Znani polscy aktorzy w Wiedniu

W teatrze Vindobona odbył się niedawno wiedeński pokaz spektaklu Kolacja z Gustavem Klimtem w reżyserii Jacka Cygana.

 

Odtwórcami głównych ról byli: Piotr Polk, grający w serialu Ojciec Mateusz, oraz Małgorzata Foremniak, popularna aktorka, znana na przykład z seriali Matki, żony i kochanki czy Na dobre i na złe. Spotkaliśmy się z nimi i zadaliśmy kilka pytań, dotyczących nie tylko teatru.


Rozmowa z panem Piotrem.
Za chwilę wejdzie Pan na scenę. Jak Pan się czuje w Wiedniu przed tym spektaklem?
– Opowiadamy w tym spektaklu historię ludzi, których przeszłość związana jest bezpośrednio z Wiedniem. Odczuwam pewien rodzaj tremy. Publiczność jest zagraniczna. Mimo iż są to Polacy, to jednak jest różnica. Polonia żywiej reaguje na wszystko, ponieważ jesteśmy rzadkimi gośćmi. Polacy na emigracji spijają każde nasze słowo. Jest to dość szczególne przeżycie.
Jakie emocje towarzyszą Panu podczas grania w teatrze, a jakie podczas kręcenia serialu?
– Między teatrem a telewizją widać ogromną różnicę. W telewizji jest mniej stresu, bo jeżeli coś nie wyjdzie, to zawsze można to powtórzyć. Podczas produkcji telewizyjnej są kamera oraz ekipa filmowa. Scenę, którą widzowie oglądają na ekranie kilkanaście sekund, potrafimy nagrywać nawet parę godzin. Natomiast teatr to tylko ludzie. Nie ma miejsca na powtórki, nie ma kamer. Wszystko jest żywe. Absolutnie teatr zawsze wygra. Teatr jest prawdziwy, za każdym razem inny.
Jakie przesłanie niesie sztuka Kolacja z Gustavem Klimtem?
– Jest to sztuka o niedomówieniach, o tym, jak miłość potrafi wszystko zabić albo wzniecić od nowa. W naszym przypadku zabiliśmy ją. Dopiero po 20 latach, kiedy wyszła na jaw prawda, iż owe dziecko jest naszym dzieckiem, dochodzi do pojednania Marii i Witolda. Pojednania dwójki osób, która była odpowiedzialna za rozpad tej relacji. Niestety po 20 latach jesteśmy tak daleko od siebie, że powrót jest praktycznie niemożliwy. Zapewne zostanie w nas tylko znajomość, ale miłości po 20 latach nie da się odnowić, nie da się do niej wrócić. O tym jest ta sztuka. Mówi o pogubionych ludziach, którzy czują do siebie to samo, ale jednak inaczej.
Kiedy postanowił Pan zająć się aktorstwem? Przypadek czy marzenie?
– To nie był przypadek. Zawsze mi się to podobało. Myślałem, że to musi być fajne życie. Tak się złożyło, że postanowiłem spróbować. Jednak nigdy nie mówiłem: tylko aktorstwo i nic innego. Wiedziałem, że jak się nie uda, to zawsze mam plan B w głowie. Urodziłem się na Śląsku, więc mój język polski był daleki od doskonałości. Jednak mimo to dostałem się. To był kolejny dar, jaki dostałem od Boga. Miałem ogromne szczęście i owe szczęście towarzyszy mi do dziś.
Próbował Pan szczęścia na emigracji we Francji. Jak to było? Czy ma Pan jakieś rady, jak przetrwać najtrudniejszy okres, czyli początki poza ojczystym domem?
– Przede wszystkim trzeba zdać sobie sprawę z tego, że samotność jest przyklejona do emigranta. Nie ma większego znaczenia, co się robi, w jakim towarzystwie przebywa, czy ile pieniędzy się zarabia. Jest to zawsze pewien rodzaj osamotnienia. Nie da się, a może czasami nie warto, pozbyć się własnych cech i wartości. Nie mam twardych rad dla emigrujących, jedynie mogę mówić z własnego doświadczenia. Mam szacunek dla ludzi, którzy zmieniają swój kraj na kraj obcy. Emigracja nie zawsze zakończona jest sukcesem, rzadko się to zdarza.
Czy wydarzyło się coś w Pana życiu, czego Pan nigdy nie zapomni i co mocno wpłynęło na Pana przemianę?
– Kiedy zaczynałem artystyczną drogę zawodową, był to dla mnie niebywale ciężki okres. Straciłem wtedy swojego ojca. Wtedy zmieniłem pewne wartości życia i postanowiłem zrezygnować ze swoich marzeń, by zająć się matką oraz siostrą. Myślałem, że nie ma sensu wyruszać w świat, gdyż na miejscu są rzeczy ważniejsze. Jednak mama powiedziała mi, że muszę spróbować, bo jak nie spróbuję, to będę całe życie to wspominał i żałował. Posłuchałem jej, spróbowałem i udało mi się. Wtedy zapadła przysłowiowa kropka nad i. Wyjechałem. Był to niebywale trudny moment, ale wiem, że zrobiłem dobrze. Mama jest ze mnie dumna. Ojciec niestety tego nie doświadczył, ale wiem, że patrzy na mnie dumny z góry.
Woli Pan siebie bardziej jako piosenkarza czy aktora?
– Zawsze mówię, że aktorstwo jest moim numerem jeden. Piosenka to dla mnie przyjemność, pasja. W piosence jestem sobą. Uwielbiam muzykę. Od najmłodszych lat była obecna w moim życiu. Mój ojciec grał na akordeonie, w związku z tym ja również zacząłem grać. Emocje związane z muzyką po dwóch moich płytach wybuchły ze zdwojoną siłą. Kiedy spotykam się z moimi muzykami, mamy z tego ogromną frajdę. Zawsze kochałem jazz oraz swing. Śpiewam z podniesionym czołem. Nikt nie może mi zarzucić, że jest to głupie czy nieprawdziwe. Piosenki są o moim życiu, a życie nigdy nie jest głupie.
Gdyby mógł Pan cofnąć czas, zmieniłby Pan coś?
– Nic. Pewnie z niektórymi sprawami obszedłbym się inaczej, zareagował w inny sposób, szybciej powiedział: nie albo w ogóle nigdy nie powiedział: tak. Owe drobne rzeczy bym zmienił. Jeśli chodzi o poważniejsze decyzje, to bym je pozostawił bez zmian. Wszystko to, co dobre, uczy, ale uważam, że lepiej uczą przykre doświadczenia. Dlaczego lepiej? One uczą pokory. Pokora jest jedną z lepszych ludzkich cech. Pokora nie przyklei się do wszystkiego i nie odklei. Towarzysząca sukcesowi pycha przyklei się do wszystkiego i potrafi wszystkich dookoła odkleić.
Plany na najbliższą przyszłość?
– Mój kalendarz jest zapełniony dość szczelnie do czerwca przyszłego roku. Niestety Austrii nie mam w planach. Zawodowo wybieram się do USA, Londynu i Niemiec. Zaczęliśmy również kolejną serię Ojca Mateusza. Zdjęcia są zaplanowane aż do lipca następnego roku.
W jaką rolę chętnie się Pan wciela?
– W każdą, która jak najmniej korzysta ze mnie. Każda rola, która nie jest psychicznie do mnie podobna. Pociąga mnie wszystko, co jest dalekie ode mnie. Jest to wtedy twórcze, kreacyjne. Jeżeli mam zagrać siebie, to od razu mówię dziękuję. Jeżeli mam wcielić się w rolę kogoś innego, jest to dla mnie wyzwanie. Człowiek się wtedy uczy, ja jestem obserwatorem ludzkich zachowań. Często podpatruję ludzkie zachowania i chcę to wykorzystać. Moje zachowanie jest mi doskonale znane i przewidywalne, ale zaskoczy mnie czyjś ruch, gest w moim wykonaniu.
Jakie relacje poza planem filmowym łączą podinspektora Możejko z kolegami i koleżankami z serialu?
– Robimy to już 6. czy 7. rok. Ekipa jest fantastyczna. Zarówno kobiety, jak i mężczyźni. Mamy bardzo dobre relacje i wzajemny szacunek, mimo tylu lat pracy w ciężkich warunkach. Ciągle nowe lokalizacje. Nieustannie podróżujemy. Poznajemy świetne miejsca oraz ludzi. Wstajemy wcześnie rano. O 5.30 działamy już na planie, na którym spędzamy cały dzień. Jak wiadomo, każdy odcinek serialu opiera się na nowej intrydze, przez co mamy kontakt z nowymi ludźmi oraz miejscami. Nie ma czasu na nudę.

Tyle udało mi się dowiedzieć o Piotrze Polku tuż po próbie generalnej. Czas na rozmowę z Małgorzatą Foremniak.
Jakie są Pani wrażenia po zakończonej próbie?
– Jest duży stres, gdyż to zupełnie inna scena. Po raz pierwszy nie gramy na scenie w Teatrze STU. Tam scena rządzi się swoimi prawami, tutaj sytuacja wygląda zupełnie inaczej. Nie wiem, jak to będzie na obczyźnie. Dla nas jest to swego rodzaju eksperyment.
Bardziej utożsamia się Pani z teatrem czy telewizją?
– To są dwa zupełnie inne światy, zupełnie inny rodzaj skupienia. Z całą pewnością teatr i telewizja uzupełniają się nawzajem, jednak dla mnie teatr to podstawa.
Z jakiej roli w całej karierze jest Pani najbardziej zadowolona?
– Jest kilka ról, które bardzo lubię. Podoba mi się moja rola z Bożych Skrawków Jurka Bogajewicza. Ciekawie było też grać Kryśkę w Pitbullu. Dobrze mi się grało w filmie kostiumowym Stara Baśń. Lubię wiele swoich ról, lubię się z każdą postacią. Aktualnie czekam na premierę Czerwonego Pająka. Będzie to dla mnie niespodzianka. Jestem naprawdę ciekawa, jak zagrałam i jak ogólnie wyszedł film. Na ogół nie oglądam swoich produkcji, bo człowiek oglądając siebie podchodzi do tego bardzo krytycznie. Jest to trudne przeżycie.
Jak ocenia i jak wspomina Pani program Mam talent?
– Bardzo lubię ten program. Uważam, że jest potrzebny. Ma naprawdę uniwersalną formułę i każdy jest mile widziany. Najmłodszy uczestnik miał 3 latka i recytował Pana Tadeusza, najstarszy zaś 93 i śpiewał w chórze. Ludzie są przeuroczy. Każdy może zaprezentować, co mu w duszy gra. Program przynosi dużo zabawy i wiele przepięknych, wzruszających momentów, które pamięta się latami. Uwielbiam pracę z Agnieszką Chylińską i teraz również z Agustinem Egurrolą. Wspaniale mi się pracuje, ciągle się śmieję, a to jest najważniejsze.
W jaki sposób godzi Pani życie prywatne z zawodowym?
– Kiedyś było mi bardzo trudno. Naprawdę nie wiem, jak zdołałam wychować trójkę dzieci i pracować na 300 procent. Do tego dochodzą psy i koty w domu, ciągłe wyjazdy. Sama się zastanawiam, jak dałam radę. Teraz jest już spokojnie. Wszyscy wyruszyli w świat, a ja czekam tylko na wnuczkę. Mam dużo czasu i mogę oddać się pracy tak długo, jak chcę i potrafię.
Beata Tyszkiewicz określiła Panią mianem wiecznej dziewczynki. Czy też tak Pani o sobie myśli?
– Tak. Tak się czuję i także myślę, że mam naturę dziewczynki. Cenię w sobie otwartość oraz spontaniczność. Mam nadzieję, że nigdy tego nie stracę. Spontaniczność dziecka jest czystym odbiciem światła. Dojrzałe osoby niestety tego już nie mają. Trzeba bardzo o to dbać i to pielęgnować. To nadaje życiu barwy. Życie ekscytuje. Trzeba nauczyć się zachwycać wszystkim dookoła. Nie ma rzeczy dobrych i złych. To tylko kwestia spojrzenia.
Skąd w Pani tyle energii?
– Mam wewnętrzną siłę. Najważniejsze, by być prawdziwym wobec siebie. Trzeba być bardzo szczerym. Szczerość jest wielokrotnie wystawiana na próby, ale mimo to nie można z tego rezygnować, bo to szczerość powoduje, że jesteśmy w dobrym sensie krytyczni wobec siebie, obiektywni. Chodzi o to, by stać się obiektywnym. Uważam, że człowiek jest jak cebula. Rodzi się z czystym, klarownym środkiem. Poprzez doświadczenia życiowe nakładamy na siebie kolejne warstwy. Dzieje się to poprzez rodziców, partnerów, środowisko, w którym pracujemy. Przyjmujemy punkt widzenia, który do nas nie należy. Dzieje się to w procesie wychowania. Nakładamy na siebie owe warstwy do pewnego momentu w życiu. Wtedy przychodzi dojrzałość oraz egzamin. Często dzieje się tak, że następuje krach, zwrot. Wtedy zaczynamy wracać do siebie. Często odbywa się to w bolesny sposób, ale właśnie wtedy człowiek zaczyna czuć siebie i następuje zwrot. Wracamy do siebie i zdejmujemy warstwy, które na siebie nałożyliśmy. Robi się to po to, by znów zacząć oddychać pełną piersią, by poczuć lekkość życia. Moment zwrotny przeważnie nie odbywa się bez płaczu, ale tak samo jest z cebulą. Gdy się ją obiera –płaczemy.
Czy praca jest dla Pani swego rodzaju terapią?
– Praca ratowała mnie wielokrotnie. Była to odskocznia od życia, które prowadzę. Sytuacje nie były łatwe. Umysł musi odpocząć. Nie może być ciągle bombardowany tymi samymi myślami, które działają destrukcyjnie. Kiedy gram – odpoczywam. Jestem wtedy kimś innym. Dlatego śmiało nazwałabym to terapią.
Jakie wartości są dla Pani najważniejsze w życiu?
– Uczuciowość, prawda, wrażliwość, mądrość. Ogólnie dobre rzeczy, których nas uczono.
Czy aktorstwo to Pani wymarzony zawód?
– Jest zawodem, który bardzo lubię, ale mogłabym być na przykład malarką, rzeźbiarką. Lubię tworzyć, więc wszystko, co jest związane ze sztuką, jest dla mnie dobre. Mam artystyczną duszę.
Czy ma Pani motto życiowe, według którego Pani podąża?
– Na początku każdego roku znajduję piękne słowa, które do mnie docierają. W tym roku jest to: życie trzeba przejść tak lekko jak w baletkach. Trzeba osiągnąć pewnego rodzaju lekkość i nauczyć się odpuszczać. Trzeba zaufać mądrości życiowej. To ona zaprowadzi nas tam, gdzie powinniśmy się znaleźć. W momencie, kiedy sami coś planujemy, blokujemy przepływ energii życia dla nas przeznaczonej. Nasza percepcja jest ograniczona, dlatego trzeba nauczyć się dać wolność mądrości życiowej i jej zaufać.
Co spowodowało, że zdecydowała się Pani zostać ambasadorem dobrej woli UNICEF?
– Przyszedł do mnie świętej pamięci pastor Leszek Tranda i powiedział, że nie wyobraża sobie kogoś innego na miejsce ambasadora poza mną. Oznajmiłam, że nie będę ubrana w zgrabny mundurek i nie będę mówiła do pięknego mikrofonu. Jestem kobietą pracy i niczego się nie boję. Okazało się, że to właśnie o to chodziło. Byłam aktywnym ambasadorem. Często wyjeżdżałam, szczepiłam, mierzyłam. Robiłam z dziećmi naprawdę wiele. Był to mój wkład w rzeczywistość, która mnie otacza. Mój mały prezent, który mogłam podarować.

Rozmawiała Agata Boryń, Polonika nr 250/251, listopad/grudzień 2015.

Top
We use cookies to improve our website. By continuing to use this website, you are giving consent to cookies being used. More details…