NATCAR
BETA CAR

Z miłości

–Piotr jest jak wykwintne czerwone wino. On dojrzewa cały czas, ale ma w sobie to piękno i czystość, jaką miał w sobie wtedy, kiedyśmy się poznali. Kariera nie przewróciła mu w głowie. Jest tak samo skromny, jak kiedyś – mówi żona Piotra Beczały, Katarzyna Bąk-Beczała.

 

Pan Piotr starał się od lat o realizację Halki w Wiedniu. Jak zareagował, dowiedziawszy się, że inscenizacja Mariusza Trelińskiego nie będzie miała kolorowej, folklorystycznej oprawy? Czy zaskoczyła go koncepcja przeniesienia akcji we współczesność?
– Nie! Wiedzieliśmy, że to nie może być Halka „w skansenie”, że jeśli chcemy zainteresować szeroką publiczność, musi to być uniwersalnie opowiedziana historia. Kiedy Mariusz się dowiedział, że to on wyreżyseruje Halkę, przyjechał do nas do Zurychu razem ze scenografem Borysem Kudličką, by opowiedzieć o swojej koncepcji. Piotr przyjął ich wizję z entuzjazmem.

Spektakl został znakomicie przyjęty zarówno przez publiczność, jak i przez krytykę.
– Tak! Widać było, że tak opowiedziana historia wciągnęła widzów.

Taka wersja Halki spodobała się również polskiej publiczności, która tę operę zna, przecież te melodie chodzą za nami od dzieciństwa. Myślałam, prawdę mówiąc, że będę się nudzić, słuchając tych znanych i w Polsce ogranych arii. Ale jak pan Piotr zaśpiewał Szumią jodły na gór szczycie, dostałam gęsiej skórki. Oniemiałam ze wzruszenia! Nie wiedziałam, że to może tak pięknie zabrzmieć.
– Przyznam, że ja też! (śmieje się) Ale to są po prostu piękne melodie. No i oczywiście w wykonaniu wybitnych artystów każde dzieło zyskuje, a utwór nawet najwybitniejszego kompozytora w miernym wykonaniu staje się nieciekawy. W przypadku tej inscenizacji wszystko – zarówno strona muzyczna, jak i koncepcja reżyserska – współgrało i rezultatem był wspaniały spektakl. Ludzie pracujący w Theater an der Wien od lat mówili, że jeszcze się nie zdarzyło, żeby spektakle były już przed premierą wysprzedane do cna. Podkreślali też wyjątkowo harmonijną, wspaniałą atmosferę w zespole.

Za każdym mężczyzną, który odniósł sukces, stoi mądra i kochająca kobieta. W wywiadach mąż podkreśla, jak ważną rolę w jego życiu Pani pełni, nie tylko jako partnerka życiowa, ale właśnie jako doradczyni artystyczna. W jednym z wywiadów powiedział, że to Pani współtworzy jego sukces. Czy Pani też tak to widzi?
– Pobraliśmy się przed 27 laty, przedtem łączyła nas siedmioletnia przyjaźń. Poznaliśmy się w zespole muzyki dawnej Madrygaliści. Połączyła nas miłość do muzyki, do śpiewu...

… Pani była gwiazdą w tym zespole...
– Ach, to mąż tak koloryzuje! Ale faktem jest, że do pewnego momentu mnie się to moje śpiewanie tak układało, że wróżono mi światową karierę. Miałam wtedy jakąś, może młodzieńczą pewność siebie, otwartość, poczucie tego, czym dysponuję. Wszystko, co sobie wtedy zamarzyłam, mnie się spełniało. Już jako studentka śpiewałam koncerty w Polsce i za granicą, na przykład w wiedeńskiej Kammeroper Rozynę w Cyruliku Sewilskim Rossiniego. Takimi doświadczeniami budowałam sobie świadomość artystyczną.
Dużo nauczyłam się śpiewając z Madrygalistami. To były nasze pierwsze ważne kroki, moje i Piotra. Tam nauczyliśmy się szanować partnerów, słuchać, jak oni muzykują, i się do tego dopasowywać, uważać na dobrą dykcję. To była wspaniała szkoła śpiewu, artyzmu i dyscypliny. Potem poszliśmy na studia muzyczne, Piotr do Katowic, ja do Warszawy, ale nigdy nie utraciliśmy kontaktu. I mieliśmy zawsze jeden temat: śpiew. To była baza naszej przyjaźni: niekończące się dyskusje o muzyce.

Poznaliście się więc jako nastolatki. Czy serce Pani nie podpowiedziało, jak Tatianie zakochanej w Onieginie: „Wszedłeś – od razu cię poznałam. I zapłonęłam, i struchlałam,
w myśli szepnęłam: tak, to ten!”?
– Nie, zupełnie nie! Czułam się dojrzała i nie brałam pod uwagę młodszego partnera, a Piotr jest ode mnie młodszy o rok. Traktowałam go najpierw jak brata. Z niezliczonych z nim rozmów i obserwacji zorientowałam się, że to nie tylko sympatyczny, ale też wyjątkowo dobry człowiek. Piotr jest z gruntu koleżeński, pełen empatii, chętny do pomocy. Po siedmiu latach przyjaźni wybuchła między nami wielka miłość, która trwa do dziś. To jest najpiękniejsza rzecz, jaka mnie w życiu spotkała. Mówię teraz ze wzruszeniem, takim samym mimo upływu lat: ja żyję miłością, żyję dla Piotra, on jest sensem mojego życia.

Zrezygnowała Pani z własnej kariery twierdząc, że niemożliwe jest utrzymanie związku dwojga śpiewaków, z których każde jest w ciągłych rozjazdach. I rzeczywiście: wiele takich par się rozpadło, Państwo jesteście cały czas razem. Powiedziała Pani tak pięknie: „W gruncie rzeczy zrobiłam to dla siebie”.
– Tak, to prawda. To był proces. Na początku mieliśmy inne plany. Piotr myślał, że to ja będę robiła tę światową karierę, a on będzie pracował w Linzu. Pamiętam, miałam koncerty w Mediolanie i odczuwałam fizyczny ból z tęsknoty do niego. Szybko zrozumiałam, że ja tak nie chcę. Że potrafię żyć bez sceny, ale nie potrafię żyć bez niego. W tamtych czasach, jak wspominałam, miałam już spore doświadczenia jako śpiewaczka, debiutowałam jako studentka w Operze Szczecińskiej jako Jadwiga w Strasznym Dworze Moniuszki, wtedy najmłodsza w gronie koleżanek i kolegów, którzy już tam od lat śpiewali. Pamiętam, że się wręcz bałam, tak to u mnie wszystko „pędziło”, otwierały się coraz to nowe drzwi. Pojechałam na konkurs – dostałam od razu Grand Prix. Konkurs organizowała La Scala, więc dostałam od razu propozycję zaśpiewania premiery, którą dyrygował Ricardo Muti. Jeden sukces gonił kolejny. To mnie uszczęśliwiało, ale byłam też przerażona, bo intuicja mi podpowiadała, że jeśli pójdę tą drogą, to zostanę sama. Zawsze wiedziałam, że bez miłości żyć nie potrafię. Czytałam jako studentka biografie wielkich śpiewaczek i uderzyło mnie, jak często one żyły samotnie, i bardzo się tego bałam. Dlatego gdy znalazłam moją miłość, jak poczułam, że to jest na pewno on, że na tego człowieka czekałam, to stało się dla mnie jasne, że to sens mojego życia. Stałam zawsze na stanowisku, że nie da się budować dwóch karier równolegle. Szczególnie na etapie początkowym. Co innego, jeśli spotyka się dwoje ludzi, którzy zdobyli już renomę i mogą dyktować warunki, na przykład, że chcą mieć angaż w tej samej produkcji. Ale my z Piotrem w Linzu zaczynaliśmy od zera, od malutkich ról, od przecierania szlaków. Młodzi, zdani na własne siły, bez rodziny, ledwo wiązaliśmy koniec z końcem.

Uczestniczy Pani w procesie prób i budowania roli, doradza Pani, ale też czasem pozwala na uwagi krytyczne. Czy mąż łatwo przyjmuje krytykę? Czy obraził się kiedykolwiek?
– Kiedy przestałam być aktywna na scenie, zrozumiałam, że mogę się przydać Piotrowi doradzając mu. Dużo widzę, bo chodzę na próby i spektakle, a mąż wie, że nikt mu nie życzy tak dobrze jak ja, więc ufa mi i bierze sobie moje uwagi do serca. Owszem, czasami trzeba się ugryźć w język, znaleźć odpowiedni moment i słowa, kiedy i jak coś powiedzieć. Jestem ekstrawertyczką, Piotr – introwertykiem. Często nie reaguje od razu na moje słowa, milczy, ale potem widzę, że coś zmienił. On każdą rolę nieustannie szlifuje.

Jaka jest Pani recepta na idealny związek, który przetrwa wiele lat?
– Podstawą jest przyjaźń, wspólna pasja, podobne podejście do różnych spraw. Nas ukształtowały prawie identyczne warunki: pochodzimy z tego samego miasta, z podobnych rodzin, razem zaczynaliśmy w zespole Madrygalistów w Czechowicach-Dziedzicach, mamy wspólną pasję – muzykę, i co ważne, nigdy nie traktowaliśmy jej jako drogi do sławy, do oklasków, tylko jako powołanie. Nie dla zaspokojenia własnej próżności, tylko z miłości do muzyki. Kluczowe jest nastawienie, że talent nie został nam dany, żeby poczuć się lepszym, tylko by to, by dawać coś innym, docierać do najgłębszych pokładów wrażliwości, budzić wzruszenie.

Czy potrafiłaby Pani nazwać jakąś cechę u męża, która przez te wszystkie lata jest niezmienna?
– Piotr jest jak wykwintne czerwone wino. On dojrzewa cały czas, ale ma w sobie to piękno i czystość, jaką miał w sobie wtedy, kiedyśmy się poznali. Kariera nie przewróciła mu w głowie. Jest tak samo skromny, jak kiedyś. Tylko wyszlachetniał i dojrzał.

Jak odnaleźli się Państwo na emigracji?
– Pojechaliśmy do Linzu, ponieważ Piotr dostał tam kontrakt. Ale nie czuliśmy się emigrantami w sensie wyobcowania w środowisku rdzennych obywateli. Świat teatru i opery jest specyficzny ze względu na swój międzynarodowy charakter. Tu pracuje zawsze wielu cudzoziemców, nie byliśmy więc wyjątkiem. A że praca w teatrze pochłaniała praktycznie cały nasz czas, więc żyliśmy w tym kolorowym, wielonarodowym świecie i bardzo dobrze się w nim czuliśmy.
Dlaczego wyjechaliśmy? Zawód muzyka, w ogóle artysty, polega na tym, że trzeba się cały czas rozwijać, a do tego potrzebne są warunki. W Polsce młody adept sztuki wokalnej nie miał na to dużych szans. A tu pojawiły się szanse, żeby pójść dalej i z tym posiadanym talentem zrobić to, co najlepsze. Po pięciu latach spędzonych w Linzu Piotr wskoczył na zastępstwo za chorego kolegę w Zurychu i... dostał natychmiast propozycję stałej współpracy w tamtejszym teatrze. Potem kariera Piotra tak się rozwinęła, że wszystkie najważniejsze sceny zabiegały o niego. Dlatego nasze życie wygląda dziś tak, że nigdzie nie jesteśmy tak naprawdę na stałe. Nigdzie nie przebywamy dłużej niż dwa, góra trzy miesiące. Teraz tak się szczęśliwie złożyło, że jesteśmy od listopada w Wiedniu. Bardzo się z tego cieszymy, bo wreszcie śpimy we własnym łóżku, gotujemy sobie we własnej kuchni.

A w którym z krajów Państwo się najlepiej czują?
– Mamy sentyment do Austrii, bo tu zaczynaliśmy. Ale też bardzo nam się podobają tutejsze krajobrazy. Okolice Linzu przypominają miejsca, skąd pochodzimy: zielone wzgórza Mühlviertel mają podobny charakter jak nasze Beskidy. Przyczyną, dla której wybraliśmy Wiedeń jako jedno ze swoich stałych miejsc na ziemi, jest z pewnością Staatsoper, gdzie Piotr jest ulubieńcem publiczności. Mamy również apartament w Nowym Jorku, ale to Wiedeń uważamy za naszą bazę. Austria to kraj, w którym bardzo szanuje się artystów, zwłaszcza muzyków, a w szczególności śpiewaków.

Czy jest jakiś powód, z jakiego Pani odczuwa niedosyt?
– Niedosyt domu. Jestem domatorką. Lubię pięknie mieszkać, wić gniazdko. Lubię, żeby to gniazdko było przytulne, pełne przyjaciół. Nasze życie to nieustanna podróż, jesteśmy ciągle na walizkach. Dlatego tak naprawdę ciągle jeszcze nie osiedliśmy w domu naszych marzeń. Owszem, mamy na przykład dom w Polsce, w górach, który bardzo kochamy, ale jesteśmy tam najwyżej tydzień w ciągu roku. Te mieszkania, w Nowym Jorku, w Wiedniu, nazywamy „służbówkami”. Kochamy naturę i jak byśmy tylko mogli, to mieszkalibyśmy poza miastem. Mielibyśmy spory ogród, mąż na pewno miałby psa, bo jego marzeniem jest mieć pięknego, długowłosego wilczura. To jest na razie niemożliwe. Mieliśmy wprawdzie przez 16 lat suczkę Igę, która z nami latała po całym świecie, ale na pewno nie było to łatwe, szczególnie pod koniec, jak się zestarzała i zaczęła chorować.

A ten piesek skąd się wziął w Waszym życiu?
– Znaleźliśmy go na drodze między Linzem a Czeskim Krumlovem. To było w zimie. Jadąc autem zobaczyliśmy, że na środku śnieżnej połaci stoi pies. To był czeski terier, dość rzadka rasa. Ponad godzinę nam zajęło, żeby podejść, żeby on nie uciekł, pozwolił się dotknąć, pogłaskać, wreszcie zwabić i zabrać do samochodu. Ocaliliśmy mu życie i odtąd mieliśmy psa. Igusia była kochana, śmieszna i bardzo inteligentna. Nasza kochana przyjaciółka, która zawsze dokładnie wiedziała, jak się ma zachować, kiedy ma nas rozśmieszyć, a kiedy się przytulić. Byliśmy w niej absolutnie zakochani...

Jak spędzają Państwo wolny czas?
– Naszą pasją jest golf. Piotr mnie w to wciągnął. Długo myślałam, że to nudne i nie dla mnie. Tymczasem to sport pasjonujący, a przy tym zdrowy, bo jest się dużo w ruchu. Podczas gry chodzi się szybkim krokiem przez około cztery godziny, przy tym ciągnie się za sobą wózek i oddycha świeżym powietrzem. Podobno powinno się spędzać wolny czas dokładnie odwrotnie, niż się pracuje. Piotr pracuje w zamkniętych, zaciemnionych salach, dlatego to bardzo ważne, żeby był dużo na świeżym powietrzu, żeby miał kontakt z przyrodą. Pola golfowe są położone zazwyczaj w pięknych miejscach, na przykład nad oceanem, albo gdzieś w górach, gdzie podziwiamy krajobrazy. Do tego wszystkiego najważniejsze: praca nad sobą. Bo golf polega na nieustannym dążeniu do perfekcji. Może dlatego tak nas fascynuje.

Rozmawiała Dorota Krzywicka-Kaindel, Polonika nr 276, styczeń/luty 2020

Top
Na podstawie przepisów art. 13 ust. 1 i ust. 2 rozporządzenia Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z 27 kwietnia 2016 r. informujemy, iż Österreichisch-Polnischer Verein für Kulturfreunde „Galizien“, jest administratorem danych osobowych, które przetwarza na zasadach określonych w polityce prywatności. Strona korzysta z plików cookie w celu realizacji usług na zasadach określonych w tej polityce. Warunki przechowywania lub dostępu do cookie w można określić w ustawieniach przeglądarki internetowej z której Pan/Pani korzysta lub konfiguracji usług internetowej. More details…