Mój ojciec esesman

 

- Z przykrością wyznaję, że pochodzę z nazistowskiej rodziny. Mój ojciec służył w gestapo i SS, w jednostkach które rozstrzeliwały Polaków i paliły żywcem Żydów. Nie czuję się winny, ale poczuwam się do odpowiedzialności za jego zbrodnie – mówi Martin Pollack, austriacki pisarz, tłumacz literatury polskiej.



 Gerhard Bast, doktor praw, a jednocześnie oficer SS, jest pana ojcem. Dlaczego nie nosi pan jego nazwiska?

- Moja matka poznała ojca w 1941 roku, służył wówczas w gestapo w Linzu, jego posterunek znajdował się w pobliżu naszej willi. Obydwoje byli młodzi, bardzo w sobie zakochani. I mieli tylko jeden problem: moja matka była żoną Hansa Pollacka, urzędnika bankowego i cenionego malarza, matką ich dwójki dzieci. Ja urodziłem się w 1944 roku, kiedy matka była od 13 lat żoną Hansa Pollacka.
W moich papierach jako ojciec wpisany jest Hans Pollack. Ale moim biologicznym ojcem był kochanek mojej matki, oficer SS Gerhard Bast. Nigdy nie dowiedziałem się, czy Hans Pollack, w chwili gdy się urodziłem, wiedział, że nie jestem jego dzieckiem.
Na jednym ze zdjęć przedstawiających mnie wraz z rodzicami znalazłem podpis matki: "Wir zwei und du noch dazu, das ist das ganze Glück". Jestem skłonny podejrzewać, że była gotowa uciec z moim biologicznym ojcem i ze mną do Argentyny, zostawiając pozostałą dwójkę dzieci.
Gdy mój ojciec zginął, mama została z trójką dzieci, bez środków do życia. Wróciła więc do Linzu, do swego byłego męża, Hansa Pollacka, z którym rozwiodła się w 1945, by móc poślubić mojego ojca. I po raz drugi wyszła za niego za mąż. Stąd noszę jego nazwisko.
Planowana ucieczka Gerharda Basta się nie udała.
- Po wojnie ojciec, poszukiwany przez Amerykanów, ukrywał się we włoskim południowym Tyrolu. Miał już przygotowane wszystkie papiery niezbędne do wyjazdu do Argentyny. Na początku marca 1947 roku ojciec próbował przedostać się z Włoch do Austrii, chyba chciał z moją matką omówić szczegóły dalszej ucieczki. Aby przedostać się przez zieloną granicę, wynajął przewodnika, młodego robotnika, przed którym przestrzegali go miejscowi. Ojciec ich nie posłuchał. Młody mężczyzna zastrzelił go jeszcze po włoskiej stronie, licząc na duży łup. A ojciec miał przy sobie niewiele pieniędzy, zegarek, złoty pierścionek. Ten robotnik został aresztowany i skazany za morderstwo. Nie pamiętam, jak długo siedział.
Jak to się stało, że zdecydował się pan na napisanie książki o ojcu?
- Tak naprawdę „Śmierć w bunkrze" nie jest książką o moim ojcu. Jest książką o mojej rodzinie, o tym, jak ludzie z małego, prowincjonalnego miasteczka dali się wciągnąć w totalitaryzm. Moja rodzina pochodzi ze Słowenii, czyli z habsburskich kresów. Stykały się tam narody, kultury i wyznania, co prowadziło do konfliktów i radykalizacji postaw.
Dziadkowie gardzili tolerancyjną monarchią, a po I wojnie światowej nie uznali Austrii za własne państwo, z miłością spoglądając na Wielkie Niemcy. I tak też wychowali mojego ojca.
W tej książce pokazuję, że już pół wieku przed Anschlussem byli w Austrii ludzie, którzy marzyli o zniszczeniu Austro-Węgier i zbudowaniu wielkiego państwa niemieckiego.
Wśród nich także rodzina mojego ojca.
Zawsze w takim momencie rodzi się to samo pytanie, jak to się stało, że tak światli ludzie dali się uwieść przez faszyzm?
- Myślę, że dużą rolę odgrywa tutaj mentalność charakterystyczna dla terenów pogranicza. Ideologia faszystowska świetnie manipuluje postawą człowieka, który niby to musi się przed czymś bronić. Hitler wykorzystał ten fakt: to Żydzi zagrażali Niemcom, później zagrażali im Słowianie, wreszcie niemal cały świat, przed którym oni musieli się bronić. Ta postawa jest przecież nadal charakterystyczna dla wszystkich grup neonazistowskich.
W mojej rodzinie wyglądało to tak samo – oni czuli się niepewnie, czuli się zagrożeni przez żywioł słowiański, bali się o język i kulturę niemiecką. To właśnie tam, na terenach pogranicza narodził się hitleryzm na długo przed Hitlerem, tam umacniał się antysemityzm, kwitły wielkoniemieckie nastroje.
Więc pojawienie się Hitlera było spełnieniem marzeń tych ludzi.
- Tak właśnie było. W mojej rodzinie ze strony ojca wszyscy studiowali prawo w bardzo prowincjonalnym, aczkolwiek pięknym mieście, jakim jest Graz. W postawie tych ludzi i dzisiaj jest coś takiego, że czują się oni jakby bastionem przeciwko Europie Wschodniej. Do dzisiaj działają korporacje, tzw. Burschenschaften, np. Germania, skupiająca ludzi ze środowisk akademickich. W tej korporacji działał mój dziadek i mój ojciec. To w burszowskich pojedynkach w Germanii ojciec nabawił się blizn na twarzy i na głowie. Dziś jednak studenckie korporacje to świat zamknięty, tradycja, która na pewno zaniknie zupełnie. Natomiast w moich czasach łatwo było spotkać ludzi z charakterystycznymi, będącymi wynikiem pojedynków, bliznami na twarzy i głowie.
W niektórych środowiskach do dzisiaj żywe są tamte brunatne tradycje. Kiedyś w Amstetten młody historyk pokazał mi odnowiony grób jednego z synów znajomych mojej babci. Był w SS, zginął w czasie wojny. Jego rodzina odnowiła płytę nagrobną, litery SS pod jego nazwiskiem zostały pięknie wyzłocone. 60 lat po wojnie! A najgorsze jest to, że w tamtym środowisku nikogo to nie dziwi, że jest to normalne.
Czy matka rozmawiała z panem o ojcu?
-Bardzo rzadko i zawsze w cztery oczy. W moim domu rodzinnym ojciec był właściwie nieobecny. Za to żył nieustannie w domu moich dziadków w Amstetten. Zawsze spędzałem tam wakacje. Już na dworcu otwierał się przede mną inny świat. Byłem najukochańszym wnukiem moich dziadków, z którego byli dumni. Spacerowali ze mną po mieście, odwiedzali znajomych, z dumą mnie przedstawiali: to jest syn naszego Gerda, naszego wielkiego esesmana, który podstępnie został zamordowany.
Jak ktoś z takiej rodziny mógł studiować slawistykę?
-Nie miałem żadnych rodzinnych powiązań, chociaż moje nazwisko brzmi tak, jakbym był Polakiem – ale nie jestem. Studiowałem w Wiedniu germanistykę, potem slawistykę i przypadek sprawił, że jako specjalizację wybrałem polonistykę.
Czy pobyt w Polsce przyspieszył proces odkrywania przeszłości i przyczynił się jakoś do powstania książki „Śmierć w bunkrze"?
-Myślę, że tak. Właśnie w czasie pobytu w Polsce zacząłem zajmować się tematyką żydowską, zainteresowałem się Powstaniem Warszawskim. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że mój ojciec był także w Polsce, dopiero w trakcie pracy nad książką poznałem te bolesne dla mnie szczegóły. Zbierając materiały o ojcu zacząłem niejako niszczyć własne dzieciństwo. Musiałem odkrywać krok po kroku, jak bardzo zepsuta była ta otaczająca mnie idylla.
Dziadek wstąpił do NSDAP już w 1931 roku. Po Anschlussie prowadził między innymi sprawy żydowskie w Amstetten.
Zwlekałem z pisaniem tej książki. Bałem się reakcji matki. Nie mógłbym pisać o ojcu, póki żyła. Zmarła w 1979 roku i właściwie dopiero wtedy zacząłem serio myśleć o wydaniu tej książki. Poczułem, że muszę to zrobić, bo należę do ostatniego pokolenia, które coś osobiście łączy z tamtym czasem.
Pana książka o ojcu uznana została w 2006 roku Polsce za jedną z najważniejszych książek roku, nie wywołała jednak w Austrii narodowej dyskusji, chociaż wzbudziła duże zainteresowanie.
-Moja książka nie została przyjęta do wiadomości przez oficjalną Austrię. Oficjalnie zostałem zaproszony do Stanów Zjednoczonych przez Instytut Austriacki już po publikacji książki „Śmierć w bunkrze" i na miejscu okazało się, że na spotkaniu autorskim mam czytać fragmenty z mojej poprzedniej książki. Byłem niemile zaskoczony, każdy autor czyta przecież na takich spotkaniach fragmenty swego ostatniego utworu. I oczywiście uważam, że taka decyzja nie była przypadkowa, znowu pojawiły się tłumaczenia: to niezręcznie, lepiej zostawmy ten temat. Tak, lepiej zapomnijmy. W Austrii wiele osób tak właśnie traktuje tematy związane z II wojną światową: nie mówmy o tym za głośno, a najlepiej nie mówmy wcale.
W Austrii jest dużo historyków, szczególnie tego młodszego pokolenia, którzy otwarcie wypowiadają się na temat przeszłości swojego kraju. Ale jest też duża część społeczeństwa, która woli pomijać te tematy. Stąd też potrzebna jest nie jedna, ale dużo książek opisujących okres faszyzmu w Austrii.
Wracając do książki o moim ojcu, nigdy nie ukrywałem swojej przeszłości. Kilka lat przed jej wydaniem publicznie przyznawałem się do historii własnej rodziny, do tego, kim był mój ojciec. Pisanie jej było prawdziwym zmierzeniem się z przeszłością. To było mi bardzo potrzebne. Czułem pewnego rodzaju historyczną odpowiedzialność za to, co się wydarzyło i w czym uczestniczyła także moja rodzina.
Wspominał pan, że pana ojczym, Hans Pollack, był kolegą szkolnym Adolfa Hitlera.
-Tak, wielokrotnie nam o tym opowiadał. Chodzili do tej samej szkoły w Linzu, a nawet mój ojczym kochał się w siostrzenicy Hitlera, Geli Raubal. Ojciec wspominał Hitlera jako trochę dziwnego, nieśmiałego ucznia, bynajmniej nie orła. Różnice między Hitlerem a moim ojczymem, zaliczającym się do ówczesnej burżuazji, były znaczne.
Trudno mi naprawdę zrozumieć, dlaczego mój ojczym, znający Hitlera od czasów szkolnych, także został nazistą.
Hitler chciał po wojnie zbudować w Linzu największe na świecie muzeum sztuki. Hans Pollack zatrudniony był przy tym projekcie na eksponowanym stanowisku pełnomocnika do spraw malarstwa dla Górnej Austrii. Nic dziwnego, skoro był szkolnym kolegą Hitlera.
Pisał pan, że Alpy miały wiele wspólnego z faszyzmem.
-Środowisko alpinistów w Austrii już w XIX wieku było bardzo antysemickie. Nie chcieli przyjmować Żydów do swojej organizacji nazywającej się, co charakterystyczne, Niemiecko-Austriackie Towarzystwo Alpejskie. W latach 20. całe miejscowości wypoczynkowe dawały anonse do gazet, że mają piękne góry i dobre pensjonaty, które są „judenfrei"- wolne od Żydów.
W okresie międzywojennym środowiska alpinistów były silnym oparciem dla nielegalnych organizacji nazistowskich.
Zapalonym alpinistą był mój ojciec. Każdą wolną chwilę spędzał na wędrówkach po Alpach. W swoim dzienniku w marcu 1937 roku zanotował, że spotkał na wędrówce w górach doktora Kaltenbrunnera. Przyszłego szefa służby bezpieczeństwa Rzeszy znał więc z wypraw alpejskich.
W Austrii do dziś mawia się, że powyżej tysiąca metrów zaczyna się Trzecia Rzesza. Dziś to już niesprawiedliwe określenie, ale oddaje klimat alpinizmu z lat międzywojennych.
Na czym polega fenomen austriackiego zapomnienia o przeszłości?
-Fenomen austriackiego zapominania polega na tym, że z Beethovena zrobiono Austriaka, natomiast z Hitlera Niemca. Właściwie to aliantom zawdzięczają Austriacy pomysł uznania ich za pierwszą ofiarę hitleryzmu. Pomysł ten został skwapliwie podchwycony. A przecież tutaj nie było lepiej niż w Niemczech. W Austrii istniał przecież tutejszy, rodowity nazizm i rodowity antysemityzm.
Prowincjonalne pogranicze zrodziło nie tylko Kafkę, Schulza, Freuda, malarzy secesji, ale i tych, którzy chcieli zniszczyć ten świat. Tam właśnie wykluwała się nazistowska mentalność.
Zdaję sobie sprawę, że trzeba o tym wszystkim otwarcie mówić. Gdy spotykam się z Ukraińcem, Polakiem, Węgrem czy Żydem, to muszę otwarcie powiedzieć: tak to było, mój ojciec także był częścią tej zbrodniczej machiny i nie usprawiedliwia mnie fakt, że gdy zginął w 1947 roku miałem zaledwie trzy lata i w ogóle go nie pamiętam. Trzeba mówić otwarcie o tym wszystkim, co nas boli i co boli innych.
Jest Pan nie tylko pisarzem, ale i tłumaczem literatury polskiej. Przetłumaczył pan wszystkie książki Ryszarda Kapuścińskiego.
-Przypadek zadecydował o tym, że zostałem tłumaczem książek Kapuścińskiego. Moja koleżanka była tłumaczką, anglistką. Pewnego dnia zadzwoniła do mnie, informując, że dostała do tłumaczenia książkę, która już została przełożona na język angielski i jej zadaniem było przetłumaczenie jej na język niemiecki. A tytuł książki brzmiał „Cesarz". Ponieważ była rzetelnym tłumaczem, odmówiła, poleciała zaś wydawnictwu moją osobę. W ten sposób dostałem do tłumaczenia pierwszą w mym życiu prawdziwą książkę – i to jaką!
Ryszarda Kapuścińskiego poznałem w Oksfordzie w 1985 roku. Tam zaczęła się nasza przyjaźń, o której mówił, że jesteśmy jak stare dobre małżeństwo. Nigdy się nie kłóciliśmy, ale z Ryśkiem trudno się było pokłócić. To był naprawdę wspaniały człowiek!
Jest Pan laureatem „Nagrody na rzecz rozwoju stosunków polsko-austriackich" za 2006 rok. Serdecznie gratuluję.
-Bardzo cieszy mnie ta nagroda, tak jak cieszy mnie wszystko, co przyczynia się do pogłębienia i polepszenia stosunków polsko-austriackich, do wzajemnego lepszego poznania się.


Rozmawiała Halina Iwanowska, Polonika nr 147, kwiecień 2007

Martin Pollack urodził się w 1944 roku Bad Hall w Górnej Austrii. Ukończył slawistykę i historię Europy Wschodniej po studiach w Wiedniu i Warszawie. Do 1988 roku był redaktorem magazynu „Der Spiegel", a od tego czasu pracuje jako pisarz i tłumacz, przełożył m. in. na niemiecki wszystkie książki Ryszarda Kapuścińskiego. Polskim czytelnikom znane są jego książki „Po Galicji", „Z Mińska na Manhattan – polskie reportaże", „Sarmackie krajobrazy " , „Ojcobójca". Jedną z jego głośniejszych książek jest „Śmierć w bunkrze. Opowieść o moim ojcu" .

 

Dodatkowo:

Newsletter

Jeżeli chcesz otrzymywać mailem informacje na bieżąco wpisz swój adres e-mail
Top
We use cookies to improve our website. By continuing to use this website, you are giving consent to cookies being used. More details…