Patrząc w okna dobrego Boga

 

O religii, teologii w życiu społecznym, problemach emigracji i ojczyźnie rozmawiamy z ks. prof. Józefem Niewiadomskim, profesorem i wieloletnim dziekanem Wydziału Teologicznego na Uniwersytecie Franciszka Leopolda w Innsbrucku, jednym z „ambasadorów integracji" w Austrii.


Jest Ksiądz profesorem Wydziału Teologicznego Uniwersytetu w Innsbrucku. Kim są studenci tego kierunku?
– Na wydziale teologii w Innsbrucku połowa studentów pochodzi z innych krajów. Tradycyjnie już jest to wydział, na który autorytety kościelne z Afryki, Azji, Ameryki Południowej i różnych krajów europejskich wysyłają studentów na studia doktoranckie. Z dwudziestu sześciu doktorantów, którzy skończyli doktorat pod moim kierunkiem, dwudziestu pochodzi z innych krajów. Mam więc uczniów prawie na całym świecie, z wyjątkiem Ameryki Północnej. Do tego dochodzą studenci z Austrii, przygotowujący się do pracy w kościele jako „asystenci pastoralni", kierownicy zespołów parafialnych, księża, czy też kandydaci do pracy w szkole. Mamy też pewien odsetek studentów studiujących teologię i filozofię z zamiłowania, bez żadnych aspiracji zawodowych. Z grona obecnych doktorantów najbardziej ciekawym i trudnym zarazem przypadkiem jest nasz pierwszy Chińczyk z Pekinu. Między światem naszej myśli teologicznej a tym, co on myśli, rozpościera się wielka przepaść. Strasznie dużo uczę się od moich uczniów!

Jaką rolę pełni dziś teologia w życiu społecznym?
– Na pierwszy rzut oka roli tej nie widać. Wydawać się może, że zanikła. Teologia stała się jakby taką „podszewką" do płaszcza. Jest konieczna, aby płaszcz był ciepły i stabilny – po prostu ludzki. W naszym świecie, pełnym komercji i opanowanym przez logikę „przepychania się", myśl teologiczna jest obecna we wszystkich dyskusjach na temat solidarności społecznej, pojęcia człowieka czy też godności życia ludzkiego w jakiejkolwiek formie. Drugą i coraz ważniejszą rolę spełnia teologia w dyskusji na temat „dzikich" form religijności. Wydarzenia z ostatnich tygodni związane z ruchem islamizmu w Iraku i Syrii pokazują, że coraz bardziej potrzebujemy teologii, której zadaniem jest cywilizowanie religijności archaicznej. Próba opanowania takich fenomenów wyłącznie siłą musi być połączona z dialogiem światopoglądowym, i tu teologia okazuje się nieodzowną partnerką.

Z przerażeniem śledzimy to, co od dłuższego czasu dzieje się na Bliskim Wschodzie, mianowicie eksterminację chrześcijan. Wkrótce mogą zostać po nich tylko spalone kościoły i dwa tysiące lat historii. Czy chrześcijanie są solidarni, czy obchodzą ich losy współwyznawców w tamtej części świata. Co może zrobić przeciętny katolik w Austrii, by pomóc? Jakie działania podjął Kościół?
– Byłem zaszokowany milczeniem środków masowego przekazu, a także wspólnot kościelnych na Zachodzie w obliczu tych zdarzeń. Po apelu papieża, a później też kościołów austriackich, doszło do pierwszych reakcji. Najbardziej mnie zafascynowała reakcja oficjalnych przedstawicieli religii w Belgii: katolicki Prymas Belgii, naczelny Rabin Wspólnoty Żydowskiej i Przewodniczący Zrzeszenia Wspólnot Meczetów Muzułmańskich potępili wspólnie akty przemocy i wezwali do solidarności.
Mam wrażenie, że na Zachodzie poprawność polityczna utrudnia wypracowanie jasnego stanowiska. Stwierdzenie, że sytuacja na Bliskim Wschodzie nie ma nic wspólnego z islamem jest tylko politycznie poprawna, ale nie prowadzi do koniecznej – także wśród wspólnot muzułmańskich – krytyki tych form religii, które w imieniu Boga prowadzą do eksterminacji innych form wyznań. Tego typu wezwania można przecież znaleźć w Koranie. Dialog międzyreligijny jest możliwy wtedy, jeżeli zajmiemy jasne stanowiska w tym kontekście. Papieska Rada do Spraw Dialogu bardzo wyraźnie to podkreśliła. Papież Franciszek wskazał na konieczność czynnej solidarności, przekazując spontaniczne dużą kwotę pieniędzy „z własnej kieszeni". W międzyczasie zajęły się tą sprawą organizacje charytatywne. Czego ciągle brakuje, to uświadamiania społeczeństwa na temat tego, co tam się dzieje.

„Zachód utracił Chrystusa i dlatego umiera, tylko dlatego" – napisał Fiodor Dostojewski w swoim dzienniku w 1871 roku. Minęło od tej pory prawie 150 lat. Czy to, co dzieje się obecnie w Europie, jeśli chodzi o wiarę i o „utratę Chrystusa" jest czymś wyjątkowym w dziejach Kościoła?
– Można dostrzec pewną analogię do sytuacji w Afryce Północnej, będącej przecież centrum chrześcijaństwa i cywilizacji w pierwszych stuleciach naszej ery. W chwili gdy umiera św. Augustyn w roku 430, jego miasto Hippona zostaje zniszczone przez Wandalów. Od tego czasu chrześcijaństwo przestaje kształtować ten kawałek świata – i tak jest do dzisiaj. Kościół więc tam „umarł", a jego centrum przesunęło się wtedy w kierunku Europy. Nie jest wykluczone, że podobne przesunięcie odbywa się na naszych oczach: w kierunku Afryki, Azji i oczywiście Ameryki Południowej. Przesunięcie to idzie w parze z przemieszczeniem się punktów odniesienia współczesnej kultury, gospodarki i polityki. Mówimy dzisiaj o „zglobalizowanej współczesności", sygnalizując w ten sposób powstanie nowych punktów odniesienia. Jest to oczywiście proces bolesny. Jestem przekonany, że jeśli Europa nie opanuje swojego strachu przed religią w przestrzeni publicznej i nie odkryje na nowo sił i szans, które daje pozytywnie rozumiana religia, to jej szanse na polu kształtowania rzeczywistości w wymiarach globalnych będą coraz mniejsze.

Czy słuszne są żądania reformy Kościoła i jego unowocześnienia?
– Kościół jest żywy tylko wtedy, kiedy się reformuje. Nie można zapomnieć, że to właśnie Kościół Katolicki w skali globalnej jest – wbrew przesądom głoszonym w austriackich mediach – wspólnotą religijną najbardziej zdolną do przemian. Wszak II Sobór Watykański jest wydarzeniem bez precedensu w skali światowej. Tematy dominujące w dyskusjach na temat unowocześniania Kościoła, takie jak celibat czy kapłaństwo kobiet, nie uratują sytuacji Kościoła w tutejszym społeczeństwie.
Ostatni semestr spędziłem w Australii na urlopie badawczym. Tamtejszy Kościół Anglikański jest wzorem takiej wspólnoty, jakiej oczekują austriackie ruchy odnowy, tzn. nie zna celibatu, a kapłaństwo kobiet jest uznane za oczywiste – dla przykładu, pięć kobiet sprawuje funkcje biskupa. Kościół ten jednak „umiera", bo zanika baza, na której ten Kościół się opierał, a jaką stanowiła imigracja z Wielkiej Brytanii z jej przywiązaniem do ideologii imperium. A jakie zmiany można tam teraz obserwować? W ciągu ostatnich dziesięciu lat Kościół Katolicki stał się tam największą wspólnotą religijną i to dzięki ogromnej imigracji z Filipin i Wietnamu. „Stary", podobny do austriackiego australijski Kościół Katolicki przeżywa, w odróżnieniu od Anglikanów, odnowę, ale nie poprzez reformę kapłaństwa czy struktur instytucji, tylko przez „przypływ nowej krwi", przez przypływ ludzi przeżywających religię w inny sposób. Dlatego też jest możliwe, że i w Austrii katolicyzm zmieni się pod wpływem migracji.

„Ten, kto wpatruje się w okna dobrego Boga, nie nudzi się: jest szczęśliwy" – ten cytat z powieści Milana Kundery stał się niemal podstawą Księdza programu w chwili obejmowania stanowiska profesora dogmatyki na uniwersytecie w Innsbrucku i powracał potem w wielu kazaniach i wielu tekstach. Dlaczego to zdanie jest tak ważne?
– Żyjemy w świecie, gdzie granice naszej wyobraźni są kształtowane przez język reklamy, a więc przez rynek i media. Stare powiedzenie: extra ecclesiam nulla salus (nie ma zbawienia poza Kościołem), można dzisiaj przetłumaczyć jako: extra mercatum et media nulla vita nec salus (nie masz szansy ani przeżycia, ani szczęścia poza granicami wyznaczonymi przez rynek i media To jest pewna forma totalitaryzmu. Jako teolog szukam więc możliwości zakotwiczenia wyobraźni w czymś, co przekracza granice nas dziś zniewalające. Dla chrześcijańskiego teologa konieczne jest więc przekraczanie granicy między transcendencją a światem codziennym. Każda próba spojrzenia na tę objawiającą się transcendencję daje nam większe możliwości i szanse wyzwalania się z totalitaryzmu (także totalitaryzmu kultury rynkowej i medialnej). Takie wyzwalanie przynosi radość. Tekst Kundery jest dla mnie jakby współczesnym przetłumaczeniem dostojnego powiedzenia św. Augustyna: „Niespokojne jest ludzkie serce nasze, dopóki nie spocznie w Tobie" (w Bogu).

Ksiądz Profesor należy do grona „ambasadorów integracji", działających w ramach programu "Zusammen: Österreich". Jak Ksiądz ocenia ten program?
– Idea „ambasadorów integracji" jest wartościowa choćby z racji tego, że pomysł ministra Sebastiana Kurza jest innowacyjny. Chodzi przede wszystkim o obalanie przesądów na temat emigrantów, zwłaszcza w szkołach, o pokazanie, że emigracja jest zjawiskiem normalnym. Jest to jednak przysłowiowa kropla w morzu potrzeb.
Brakuje nam w całej Europie, także w Polsce, nowej perspektywy odpowiadającej na podwójne wymagania: na migrację z krajów Wspólnoty Europejskiej (migracja żebraków i nieudolność władz komunalnych w kwestii rozwiązania tego typu problemów), a także na problem uciekinierów. Dochodzi to tego coraz bardziej widoczny problem występowania napięć miedzy islamistami i grupami, które z nimi sympatyzują a „normalnymi uciekinierami".
Europa jest jakby w potrzasku między dwoma frontami. Z jednej strony, następuje polaryzacja w obrębie migrantów i tzw. prawdziwych Austriaków, uprawiana przez pewne grupy polityczne, prowadząca do wciąż nowych przesądów, a przez to zaogniająca coraz bardziej sytuację społeczną, z drugiej strony, mamy trend tzw. poprawności politycznej, nierozwiązujący przecież żadnych problemów. Z natury należę do osób optymistycznych; w kontekście problemów związanych z migracją tenże optymizm jednak maleje. Uważam, że wyzwania społeczne będą coraz trudniejsze.

Jest Ksiądz współtwórcą ,,teologii dramatycznej'' skupiającej uwagę wokół wiary rozumianej jako doświadczenie życiowe człowieka. Jak można najprościej wyjaśnić to pojęcie?
– Dowcipem, który opowiadam studentom. Długa kolejka przed kasą w kinie. Na ekranie doskonały kryminał. Mały Jasio podchodzi do ostatniego klienta i mówi: „Daj dziesiątkę, bo inaczej powiem ci, kto jest mordercą w filmie". Sama wiedza o tym, kto jest mordercą w kryminalnej powieści czy filmie, nie streszcza przecież akcji, która jest rzeczą istotną. Istotne jest przejście przez różnego rodzaju sytuacje, czego nie da się zredukować do jednego obrazu. Wielki filozof Hegel myślał, że można zredukować historię do jednego pojęcia; taka abstrakcja wyalienowuje nas z rzeczywistości. Do pojęcia prawdy należy przecież to, co uznaje za słuszne przeciwnik. A więc konieczny jest spór, napięcie, konfrontacja, nawet „rozwód"; wszystko to jednak połączone z nadzieją, że pojednanie jest możliwe. To tak jak w teatrze. Myślenie dramatyczne, które promował w Polsce ks. Jozef Tischner, nie jest jałowe. Zwraca uwagę na sytuacje konfliktowe, na drobne kroki prowadzące do celu. Nie jest to więc logika rozumu zniewolonego przez mentalność „betonową", mentalność fundamentalistyczną.

Ksiądz Profesor mieszka od ponad 40 lat w Austrii. Co zadecydowało o wyborze tego kraju?
– Nie był to wybór, ale „przeznaczenie" albo też kaprys losu. Na trzecim roku studiów w Seminarium Duchownym w Lublinie rektor oznajmił mi, że profesorowie wytypowali mnie na studia do Innsbrucka i zapytał, czy się zgadzam. Zaparło mi dech w piersiach: oczywiście, że powiedziałem „tak". Był to rok 1972. Wyjazd na Zachód był w tym czasie czymś, co leżało jedynie w sferze fantazji. Przejazd przez Austrię z Wiednia do Innsbrucka zauroczył mnie. Pochodzę z Zamojszczyzny; tam są tylko pagórki, a tu? Boże kochany – myślałem sobie jak zobaczyłem Innsbruck – ależ to cudowne! Nie znałem niemieckiego. Pierwszy miesiąc spędziłem na intensywnym kursie, od października chodziłem na wykłady, na których siedziałem jak na tureckim kazaniu. Pierwszy egzamin zdawałem po roku. Początki były o tyle trudne, że stypendium gwarantowało przeżycie, ale nic więcej. W czasie ferii i wakacji pracowałem więc na budowie, w fabryce, w supermarkecie; a później, gdy już opanowałem niemiecki, jako przewodnik po operze łączyłem hobby z możliwością zarabiania.

Jak zdefiniować pojęcie ojczyzny? Czy związki z Polską są dla Księdza nadal ważne?
– Na początku lat 70. kontakty bezpośrednie nie były łatwe – dostawało się paszport na jednorazowe przekroczenie granicy polskiej. Później otrzymałem tzw. paszport konsularny, mogłem więc odwiedzać kraj. Uczyłem się niemieckiego czytając po niemiecku polskie powieści, począwszy od Quo vadis. Ponieważ moi rodzice bardzo wcześnie zmarli, w młodości zmieniałem często miejsca zamieszkania. Były to najpierw wioska na Zamojszczyźnie, Gdynia, Lublin i Warszawa. Im staję się starszy, tym bardziej odkrywam emocjonalne więzy z wioską, w której mieszka jeszcze mój brat. „Ojczyzna" to najpierw ludzie, potem także krajobrazy i język, wreszcie też bardzo konkretna forma życia religijnego: praktyki i pieśni, nauczone i polubione w młodości, które mi towarzyszą do dzisiaj.

Teatr, literatura, muzyka, opera – to wielkie fascynacje Księdza. Które z dzieł literackich czy muzycznych miały na Księdza największy wpływ?
– Wszystko zaczęło się od Madame Butterfly w gdańskiej operze w roku 1965. Od tego czasu zacząłem regularnie bywać w operze, filharmonii i teatrze. Ceny biletów w Polsce w tamtych czasach pozwalały na uprawianie tego typu hobby. Szekspir kształtuje trochę mój styl myślenia – jeżeli tylko mam okazję, to nie opuszczam przedstawień Szekspira, w operze cenię Verdiego i Pucciniego, chociaż dziełem, które przez długi czas było moim ulubionym, jest Borys Godunow Musorgskiego. Z polskiej literatury ostatnio zaparł mi dech w piersiach Wieslaw Myśliwski i jego Kamień na kamieniu, a na gruncie muzyki robi to regularnie Chopin. Zawsze dowcipkuję, że chciałbym być śpiewakiem operowym, ale nie mam dobrego głosu. Alternatywą byłby taniec, ale mam niezbyt proste nogi, żartobliwie ujmując, jakbym ocean na beczce przepłynął. Zostaje więc aktorstwo, ale znalazłem wyjście – połączyłem wszystko i zostałem księdzem.

Rozmawiała Halina Iwanowska, Polonika nr 237, październik 2014

 

Dodatkowo:

Newsletter

Jeżeli chcesz otrzymywać mailem informacje na bieżąco wpisz swój adres e-mail
Top
We use cookies to improve our website. By continuing to use this website, you are giving consent to cookies being used. More details…