Prezydent Walewska

Małgorzata Walewska, fot. P. Małecki

Rozmowa Poloniki sprzed lat...18. Początki kariery Małgorzaty Walewskiej. Niedługo znowu możemy ją usłyszeć w Wiedniu.

 

 

 

 

 

 

 

Polska mezzosporanistka, Małgorzata Walewska, od dwóch lat występuje w Operze Wiedeńskiej, m.in. u boku słynnego Luciana Pavarottiego.

Chciałbym Pani opowiedzieć krótką historyjkę: Jest niedzielne popołudnie, dochodzi siedemnasta. Jadąc tramwajem do opery, zastanawiam się, co w tej chwili robi Małgorzata Walewska? Jest 15 września 1996.
- 15 września niedziela? Jestem w operze i robię makijaż. Przygotowuję się do premiery "Damy Pikowej"- mojego debiutu w Wiedniu. Zakładam sukienkę, okropnie się denerwuję. Trema mnie nigdy nie opuszcza, ale na premierach jest nie do wytrzymania. Wcześniej były próby z fortepianem, ansamblowe, dwie z orkiestrą. W dniu, o którym mowa, jechałam sama do opery, dzięki czemu mogłam się skoncentrować nad rolą. W garderobie na ogół nie ćwiczę, ale tym razem czułam zbyt dużą odpowiedzialność, więc się rozśpiewałam. A potem to już wyszłam na scenę i wykonałam partię.Trema i stres istnieją zawsze do momentu pierwszego zetknięcia się z publicznością. Nie mam ich, kiedy czuję akceptację widzów. Rzadko to dotyczy premier, na których jestem tak zdenerwowana, że nic nie widzę i nie słyszę. Tak naprawdę to trzecie przedstawienie jest moje, nad nim panuję, śpiewam i rozpracowuję sytuacją "na drobne". Ale 15 września udało się.

To skromnie powiedziane. Nie wiem, czy czytała Pani recenzje? (cytuję fragmenty wypowiedzi prasowych).
- Bardzo mi miło, że mnie zauważono, zwłaszcza w "Anrea Chemier", ponieważ jest tam aż 18 ról drugoplanowych. Słuchałam nagrania w telewizji. Można by było lepiej zaśpiewać. Byłam oczywiście zachwycona Pavarottim. Partia, którą zaśpiewałam jest napisana na sopran, nie dla mnie. Świetnie to rozumiał mistrz Luciano: po przedstawieniu pogratulował mi, twierdząc, że to bardzo trudna rola. Jest napisana wysoko z bardzo gęstą orkiestracją i trzeba się przebić przez orkiestrę. Najważniejsze jest, żeby tekst dotarł do widza.
Ale odbiegłam od pierwszego pytania. Po zaśpiewaniu mojej arii w "Damie Pikowej", po premierowych stresach usiadłam zrelaksowana w garderobie i właściwie dopiero teraz mogłam coś zaśpiewać. Do gerderoby przyszedł dyrektor i powiedział: "Walewska, sehr gut".
Kiedy poprosił mnie o przejście do garderoby obok, bo moja była największa i chciał w niej umieścić mistrza Pavarottiego, zasalutowałam mu, mówiąc: "Jawohl, Herr Direktor". Na szczęście nie zraziła go moja bezpośredniość. Kiedy na trzecim roku studiów w warszawskiej Akademii Muzycznej śpiewałam w Operze Narodowej, dyrektor ganił mnie: "Zachowujesz się jak studentka", a ja odpowiadałam: "Bo ja jestem studentką".

Lista osiągnięć tak młodej śpiewaczki jest doprawdy imponująca. Typowa "kobieta sukcesu"?
- Absolutnie nie. Ja w ogóle nie czuję się kobietą sukcesu. Bradzo mi miło, że tylu ludzi okazuje mi dowody sympatii. Otrzymuję mnóstwo listów z prośbą o zdjęcie z autografem. Zaraz po przyjeździe do Wiednia musiałam wysłać około trzydziestu listów. Cieszę się, że mam wielu młodych fanów. Pisali do mnie osiemnastoletni chłopcy, którzy po obejrzeniu mojego występu przyjechali specjalnie do Warszawy na przedstawienie.

Kto spośród śpiewaczek, śpiewaków operowych jest dla Pani wzorem?
- Nie ma nikogo, kto by mi się podobał jako całość. Jestem zachwycona Jessye Norman. Piękny głos. Głęboki wyraz w dłoniach i twarzy. Oczywiście Maria Callas od strony aktorskiej i wielkiego dramatycznego wyrazu. Nie trzeba jej oglądać. W głosie ten wyraz. Żałuję bardzo, że nie miałam szansy zobaczyć jej na żywo. Jestem natomiast szczęśliwa, że zostałam zaangażowana do przedstawienia, w którym mistrz Pavarotti śpiewał tytułową partię. Podziwiam jego głos i osobowość.

Udział w przedstawieniu z Pavarottim był więc dla Pani czymś szczególnym?
- To było wielkie przeżycie. Zetknięcie z kimś niepowtarzalnym. Pavarotti już w głosie niesie wielki ładunek emocjonalny, jego aktorstwo można odbierać uchem. Może jest "trochę" przygrubawy, ale za to ma dużo wdzięku. Znamy się już dłużej - w Filadelfii zostałam jedną z laureatek jego konkursu. Rok temu spotkałam go w Warszawie, gdzie miał recital w Sali Kongresowej. Zaproponował mi nawet swojego agenta. Kiedy chciał zadedykować siedzącemu na sali prezydentowi Wałęsie " O sole mio" przejęzyczył się i powiedział: "Dla prezydent Walewska".

Co oznaczał dla rodziny, męża i dziecka angaż do Wiednia?
- Dwa lata temu, w dniu urodzin mojego dziecka, miałam w tutejszej operze przesłuchanie. Kiedy dobiegło końca, dyrektor zaprosił mnie do gabinetu i do razu wyliczył wszystkie opery, w których zaśpiewam: "Carmen", "Eugieniusz Oniegin", "Dama Pikowa", "Otello". Kontrakt na dwa lata. Nad czym miałam się zastanawiać? Zadzwoniłam do męża.- Tak nagle? - zapytał przerażony. Przyzna mi Pan chyba rację, że Wiedeń to od Warszawy rzut beretem. Najciekawsze role, jakie mogłam zaśpiewać, zostały mi od razu zaproponowane. Mój mąż już dawno się z tym pogodził, że jego żona nigdy nie siedziała w domu.

Jak długo jest Pani mężatką?
- To trudna sprawa, ponieważ nie jestem mężatką, tzn. nie mamy aktu ślubu, ale jesteśmy małżeństwem umownym i to od czternastu lat. To była miłość od pierwszego wejrzenia. Mieliśmy po siedemnaście lat, tak naprawdę to wtedy marzyłam o mężu i dziecku.Piotr był tym przerażony. Później myślałam już tylko o śpiewaniu. Cztery lata temu mąż zapytał mnie, czy nie moglibyśmy mieć dziecka. Pomyślałam: zwariował. A teraz mamy piękną córeczkę i jesteśmy szczęśliwi. Nie jest wykluczone, że weźmiemy ślub. Obecna sytuacja jest w pewnym sensie dopingująca. Wnosi element niepokoju. Piotrek pracuje jako realizator dźwięku w swoim studiu "Post Meridan" w Warszawie, przyjeżdża do mnie do Wiednia na weekendy. A ja, choć tutaj związana kontraktem, często mam występy poza Austrią, ostatnio śpiewałam "Requiem" Verdiego w Finlandii, i Piotrek odwiedził mnie. Nasz związek jest ciągle świeży.

Jak reaguje publiczność Wiednia i Warszawy?
- Myślę, że publiczność Warszawy jest dużo bardziej wyrozumiała. Opera Wiedeńska zawsze uchodziła za jedną z najbardziej surowych. Widzowie są bardzo wymagający, aczkolwiek zorientowałam się już, że mamy podobne gusta. Tam, gdzie publiczność wiedeńska "buczy", tam i ja się krzywię. Po Operze Narodowej w Warszawie nie boję się niczego. Nie boję się ani potężnej widowni, ani akustyki, ewentualnie publiczności.

Podobno występowała Pani w Bregencji?
- Wraz z warszawską operą śpiewaliśmy IX symfonię Beethovena. Był to bardzo śmieszny koncert zaraz po prima aprilis. Dyrygent dyrygował bez partytury, tak się rozpędził, że w pewnym momencie spadł z podestu. Jeden z kolegów tenorów zaczął kaszleć i zagłuszył całe piano wiolonczel. Patrząc, jak sią dusi, zastanawiałam się przez moment czy go nie ratować. A na koniec dyrygentowi złamała się batuta.

Czy Pani też zdarzały się potknięcia na scenie?
- W " Carmen" urwało mi się pół sukienki. Miałam na sobie granatowę spódnicę, a pod nią mnóstwo halki, wykończonej cienką, złotą tasiemką. Kolega przestawił mi krzesło i tasiemka się urwała. Ja idę po scenie, a sukienka się coraz bardziej pruje. Przez chwilę zastanawiałam się, co z tym zrobić, stwierdziłam, że jeśli zacznę się z tym szarpać, to będzie gorzej. Udawałam, że nic się nie stało.
Innym razem na recitalu spadł mi klips, który złapałam w biegu. Osunąła się też sukienka, którą pożyczyłam w telewizji. Dobrze, że miałam długie rękawy, mogłam więc "rozcapirzać" palce, żeby mi nie spadła. Panowie siedzący w pierwszym rzędzie, których uwadze nie umknął incydent z klipsem, zaczęli obstawiać, czy sukienka też spadnie.

Proszę podzielić się swoimi pozazawodowowymi doświadczeniami na temat mieszkańców Austrii.
- Jestem tu za krótko, by ferować wyroki. Podoba mi się kultura austriackich kierowców. W Polsce niestety ciągle jej brak. Pyta Pan o nacjonalizmy. Zdarzyło mi się raz, że wyjechałam przed budynkiem opery zza zakrętu i zatrzymała mnie policja. Jestem jednak pewna, że nie widok samochodu był tego powodem. Zatrzymano mnie dopiero, kiedy policjant zauważył polskie tablice rejestracyjne. Zapytał, co tu robię. Odpowiedziałam, że śpiewam w operze i właśnie wracam z przedstawienia. Przeprosił i pozwolił jechać dalej.
Przebywam głównie w międzynarodowym środowisku artystów, tak że trudno mi sformułować obiektywne opinie.

Czy zdarzyłe się Pani np. na ulicy przeżycia, po których żałowała Pani popularności, sławy?
- Nie, mam natomiast kilka wesołych wspomnień. Kiedyś zostałam rozpoznana przez bufetową w Teatrze Wielkim. Śpiewałam tam już wtedy pięć lat. Pani bufetowa zwróciła się do mnie z pytaniem: "Czy pani to nie jest czasem Laura Łącz?"
Jeszcze przed pierwszą premierą w Wiedniu podszedł do mnie na stacji metra młody człowiek: "Przepraszam. Czy Pani Małgosia?" Okazało się, że studiuje w Warszawie w szkole, którą bądź co bądź niedawno kończyłam. By móc oglądać wszystkie przedstawienia "Carmen" ze mną w roli głównej, zatrudnił się w stołecznym Teatrze Wielkim jako bileter. Widział też wszystkie przedstawienia "Werthera", w których śpiewałam partię Charlotty. A swoją drogą nie zazdroszczę Pavarottiemu, on nie ma już miejsca na prywatność. Nie może spojrzeć na nikogo, bo cały świat już o tym wie, i koniec.

Jakich wyrzeczeń wymaga Pani zawód?
Wielu i żadnego. Na konkurs Pavarottiego pojechałam w ósmym miesiącu ciąży. Zaśpiewałyśmy obie - po powrocie do Polski urodziłam córeczkę, a miesiąc później już stałam na scenie.

Wolny czas na hobby, zainteresowania...
- Uwielbiam kupować, chodzić po sklepach i wydawać pieniądze. Wie Pan, to okropne... A poza tym remonty domowe i naprawianie samochodów. Ostatnio rzadziej, bo mnie stać na lepsze.
Hobby? Tak naprawdę mój zawód jest moim hobby. Ja uczą się cały czas...Noszę przy sobie walkmana i jadąc samochodem lub metrem uczę się roli, którą w danej chwili przygotowuję. W domu w każdej wolnej chwili tłumaczę teksty oper, w których śpiewam.
Nie jest to więc zawód, który pozwala na hobby, niemiej jednak zdarzają mi się różne nieprzewidziane historie. Byłam na przykład w Himalajach z Kukuczką na wysokości 4.8000 metrów, pod Anapurną. Niesamowite uczucie, kiedy wstaje się o szóstej rano, a chmury znajdują się poniżej stóp.

W rozmowie telefonicznej wspomniała Pani, że przed laty sama poznała miejsca stojące jako widz w operze. Jak odbierała Pani wówczas ten teatr, a jak dziś?
- Opera Wiedeńska była dla mnie wówczas czymś nieosiągalnym. Przyjechałam do Wiednia na pierwszy etap konkursu Alfredo Krausa, i postanowiłam wybrać się z kolegą do opery na "Carmen".

To zrządzenie losu. "Carmen" grana jest w Wiedniu tylko kilka razy w roku.
- Taak? Nie zdawałam sobie z tego sprawy. Zresztą ostatni etap tego konkursu wygrałam śpiewając arię Carmen. Chcąc kupić bilet na miejsce stojące, poświęciłam cały dzień. A potem stałam na ostatnich miejscach na końcu świata.
A teraz? Patrzę i nie mogę uwierzyć. Może, jak się obudzę, to wszystko zniknie. Jestem pełna pokory dla miejsca, w którym się znalazłam. Kiedy powiedziałam w Warszawie jednemu z kolegów, że będę śpiewała w Operze Wiedeńskiej, spojrzał na mnie i zapytał: "Wiesz, że tam w kanale siedzą Filharmonicy Wiedeńscy?".
Powoli czuję się coraz swobodniej.

Pani ojczyzną jest...
- Polska, choć jestem obywatelem świata. W pewnym sensie muzyka. Natomiast dziecko - czteroletnia Alicja jest moim największym sukcesem artystycznym.

Od trzech miesięcy przebywa Pani W Austrii. Czy czegoś Pani brakuje?
- Rodziny, za punktami geograficznymi nie tęsknię. Ja nie przywiązuję wagi do miejsc. Wszędzie się czuję dobrze. Brak mi trochę publiczności warszawskiej. Wiedeńską dopiero muszę zdobyć. Właściwie moją ojczyzną jest rodzina. Chciałabym się zobaczyć z moją matką, z ukochanymi ciotkami.

Czy spędza Pani święta w Wiedniu czy w Warszawie?
- W Warszawie, u mojej mamy, dokładnie w naszym pięknym domu na Magdalence. Będą to bardzo smutne święta, ponieważ tuż przed wyjazdem do Wiednia zmarł mój ojciec. Będą to więc pierwsze święta bez taty. Bardzo się boję, wiem że muszę być z mamą. Muszę panu powiedzić, że jestem zwierzęciem bardzo stadnym i bardzo rodzinnym, będą się starała skupić wokół siebie jak najwięcej bliskich. Zawsze staram się wracać jak ciocia z Ameryki, a ponieważ mamy dużo dzieci w rodzinie, część prezentów gwiazdkowych kupię w Wiedniu.
Pamiętam święta u mojej babci, gdzie stała wielka żywa choinka. Wierzyłam długo w Mikołaja i chciałabym, by moje dziecko też jak najdłużej w niego wierzyło. Zresztą mój zawód pozwala mi poniekąd jeszcze teraz bywać dzieckiem: dziś Królewną, a jutro Babą Jagą.
Na sylwestra wracam do Wiednia. Pójdziemy do centrum, tam gdzie będzie największy huk.

Czy fascynuje Panią postać Carmen?
- Przede wszystkim dla śpiwaczki operowej Carmen to rola, w której ciągle można czegoś szukać. Jeśli nie w śpiewie, to w tańcu. Wie pan, choć już śpiewałam Carmen w Warszawie, jestem świadoma, że w tej roli nie zrobiłam jeszcze wszystkiego. Propozycje zagrania Carmen otrzymywałam od dawna. Byłam jednak zdania, że jeszcze jej nie sprostam. Tak naprawdę ciągle jeszcze jestem za młoda.Trzydzieści lat dla mezzosopranu to niewiele. Bardzo dobrze znam Carmen, rozumiem ją. Ja po prostu jestem Carmen.

Dla mnie to trochą czarownica.
- Bo Carmen jest czarownicą. Ja też nią trochę jestem. Dla mnie mężczyzna jest tak długo interesujący, dopóki nie poczuję, że już jest mój. Pociąga mnie fakt zdobywania, a nie posiadania. To takie męskie podejście. Rozumiem Carmen, że znudził jej się Don Jose, przecież chodził za nią jak zauroczony. To jest fajne, ale na chwilę. Myślę, że ona poszukiwała faceta z charakterem..
Muszę panu powiedzieć, że nie czułam się dobrze w białym kostiumie Poliny. Taka grzeczna dziewczynka, a ja zdecydowanie wolę niegrzeczne. Role z charakterem, które pozwalają na ścinanie głów...Szkoda, że Turandot jest na sopran.
Jeszcze krótka ciekawostka: Przy pracy nad "Carmen" szukaliśmy z reżyserem odpowiednich środków wyrazu. Akurat na stole leżały noże. Zaproponowałam, że na nich zagram. I zagrałam, a potem rzucałam tymi nożami w Don Josego, jak mnie zdenerwował. Były co prawda problemy z BHP, ale przyrzekłam, że nikogo nie zabiję. I nie zabiłam.
Jak wiadomo "Carmen" napisana jest po francusku, w języku którego niestety nie znam, ale się uczę. Tłumaczę sobie cały tekst, słowo po słowie; brzmi to co prawda czasami jak np. "moja twoja lubić waszą". Najważniejsze, że wiem, o co chodzi, czuję melodię tego języka.

Pospekulujmy! Przebywając wśród himalajskich przepaści musiała Pani chociaż krótko pomyśleć o śmierci i o tym, co człowiek zdoła osiągnąć zanim...Proszę dokończyć zdanie: gdybym dzisiaj zginęła, szkoda, że nie zaśpiewałam...
- Wie pan, ja nie marzę o partiach, ponieważ nie nadążam marzyć. Propozycje przychodzą szybko. Marzenia mogły wyglądać następująco: skończę studia i oby mi się udało dostać do Opery Narodowej w Warszawie. A prawda wyglądała tak: na trzecim roku studiów zostałam zaangażowana. Zanim zaczęłam marzyć o Carmen, już było pięć propozycji. A jak się poczułam dojrzała do Carmen, zaśpiewałam.

No tak, z Panią naprawdę nie ma lekko. Sądziłem, że tym pytaniem będę mógł zakończyć naszą rozmowę...
- Proszę trzymać kciuki przed "Carmen"!

Oczywiście, dziękuję uprzejmie za rozmowę.

Rozmawiał Julian Kramer, Polonika nr 29, grudzień 1996/styczeń 1997.

Top
We use cookies to improve our website. By continuing to use this website, you are giving consent to cookies being used. More details…