Mama, tata i Jugendamt

Coraz większej liczbie rodziców Jugendamt odbiera dzieci, fot. Tatyana Gladskih


Coraz częściej pojawiają się zarzuty przeciwko austriackim i niemieckim placówkom Jugendamt. Zarzuca im się stawianie się ponad prawem, dyskryminację narodowościową, rozbijanie rodzin.

Rokrocznie coraz większej liczbie rodziców Jugendamt odbiera dzieci. Czy rzeczywiście nie nadajemy się na rodziców? A może to urząd, zamiast być negocjatorem i rozjemcą w rodzinnych sporach, stał się stroną konfliktu i kolejnym, często niechcianym, członkiem rodziny?...

 

W Austrii około 10 tysięcy dzieci rocznie jest obejmowanych opieką Jugendamtu i odbieranych rodzicom. W Niemczech liczba ta jest nawet trzykrotnie wyższa. Jak pokazują statystyki ta ponura tendencja wzrasta, mniej więcej o 20 % w skali roku. Wśród wziętych przez Jugendamt pod opiekę dzieci, średnio 18% to dzieci migrantów. W jakich sytuacjach urząd może podjąć decyzję o odseparowaniu dziecka od rodziców i wnioskowaniu do sądu, czy to o ograniczenie, czy też pozbawienie praw rodzicielskich? W założeniu we wszystkich sytuacjach, kiedy zdrowie bądź życie dziecka lub jego rozwój są zagrożone. Jednak, jak pokazuje rzeczywistość, powodów może być wiele. Lista " rodzicielskich grzechów", które mogą potencjalnie wzbudzić czujność urzędników, zdaje się nie mieć końca, może to być na przykład impulsywność bądź depresja opiekuna, nadwaga dziecka, edukacja pociechy w domu, wymierzony dziecku klaps. A oto kilka historii pokazujących jak łatwo jest utracić ukochane dziecko i jak trudno przekonać urząd, że się myli...

Wracaj do Polski, ale bez dziecka
Pani Marzena potrzebowała pracy. Samotnie wychowująca 4-letniego syna rozwódka z radością przyjęła ofertę opieki nad leciwym Austriakiem. 82-latek mieszkał wraz z synem na jednej ze wsi pod Linzem. 2006 roku Marzena wraz z małym Kacprem przybyła do Austrii. Niestety, rzeczywiste warunki pracy bardzo różniły się od tego, co jej obiecywano. Polka zmuszana była do pracy na czarno, oprócz opieki nad starszym panem spadły na nią wszelkie obowiązki w gospodarstwie. Marzena jednak znosiła to dzielnie, zwłaszcza, że jego syn, Manuel, wciąż obiecywał jej poprawę warunków pracy. Po kilku miesiącach zajęć w gospodarstwie nie ubyło, ale na osłodę pojawiło się uczucie do Manuela. Uczucie wydawałoby się odwzajemnione, bowiem Manuel dotrzymał słowa i zalegalizował zatrudnienie Polki.
Mijały kolejne miesiące, ale zamiast rodzinnej sielanki, o której marzyła kobieta, pojawiły się kolejne problemy. Manuel zmienił się w tyrana. Zabronił Marzenie kontaktów z rodziną i polskimi znajomymi, w domu pojawiła się przemoc. „Próbowałam to wszystko przetrzymać przez ten rok, aby dostać pełne pozwolenie na pracę w Austrii, które pozwoliłoby mi wyprowadzić się od tego szaleńcwa" - wspomina Polka. Jej gehenna trwała jednak dłużej, bowiem aż trzy lata. Podczas kolejnych kłótni między konkubentami, Marzena coraz częściej wspominała o chęci wyprowadzki i powrotu do Polski. Być może i udałoby się udręczonej kobiecie wcielić te zamiary w życie, gdyby w tę historię nie wmieszała się nauczycielka Kacpra. Nauczycielka, która przez cztery lata miała pod opieką chłopca, nagle stwierdziła, że mały nie posiada należytej opieki ze strony matki. Dowodem takiego stanu rzeczy miał być chociażby fakt, iż chłopiec nie posiadał należytego obuwia. Fakt, Kacperek do szkoły maszerował w kaloszach, jednak nie dlatego, że innych butów nie posiadał, ale w drodze do szkoły musiał pokonywać podmokłe polne drogi. Innym powodem do niepokoju, zdaniem nauczycielki, było zbyt grube odzienie dziecka, co powodowało, że chłopiec się poci... Marzena przyznaje, że jej syn, wówczas już dziesięcioletni, był zamknięty w sobie i osowiały. Jednak, jak twierdzi, prawdziwym powodem tego był nie brak odpowiedniego obuwia czy zbyt grube odzienie, ale to, jak traktował dziecko Manuel, który miał chłopca zmuszać do pracy w gospodarstwie. Polka przyznaje również, że odmówiła współpracy z psychologami, do których wysyłała ją i syna szkolna pedagog. Kobieta twierdzi, iż ona i jej syn byli podczas takich spotkań źle traktowani, dlatego nie zgodziła się na kolejne konsultacje. To wywołało zdecydowaną reakcję ze strony nauczycielki, która powiadomiła Jugendamt. Pedagog zarzucała matce wychowawcze zaniedbania, zaniechanie psychologicznej opieki nad synem i agresywną postawę.
Sytuacja w domu Manuela zaogniała się. Podczas kolejnej kłótni pojawili się urzędnicy Jugendamtu. Kacper musiał opuścić dom. Zrozpaczonej matce powiedziano, że jeśli chce wracać do Polski, to może, ale sama...
10-latek trafił do zakładu opiekuńczego. Po dwóch tygodniach Marzenie udało się doprowadzić do krótkiego spotkania z synem. Chłopiec żalił się, że jest manipulowany i namawiany do spotkań z Manuelem, który nota bene nie posiadał żadnych praw do opieki nad Kacprem. Innego zdania byli psychologowie z Jugendamt, który wydali decyzję, iż po 4 latach opieki nad małoletnim Austriak nabrał częściowych praw do ewentualnej adopcji chłopca.
Tak rozpoczęła się gehenna Marzeny o odzyskanie syna. W jej sprawę zaangażowały się organizacje oraz osoby prywatne. Wreszcie po miesiącach walki kobiecie udało się odzyskać Kacpra.

Zbyt głupi na dzieci
Dramat rodziny Kutzner rozpoczął się dosyć niewinnie. Od wizyty kontrolnej u pediatry. Był rok 1993. Corinna miała wówczas 3 lata, Nicola roczek. Lekarz zasugerował rodzicom, aby skorzystali z pomocy Jugendamtu, argumentował, że urząd może pomóc im nie tylko w wychowaniu córek, ale również wesprzeć finansowo. Ingo i Annette Kutzner utrzymywali rodzinę z prostych prac fizycznych. Ingo był woźnym w szkole, Annete zatrudniona była w sklepie z używaną odzieżą. Możliwość uzyskania dodatkowych pieniędzy na ukochane dzieci zmobilizowała ich do zgłoszenia się do urzędu. W domu Kutzner pojawiła się pracownica socjalna. Pierwszy raport o rodzinie brzmiał początkowo wzorcowo, urzędniczka informowała o tym, że dzieci są zadbane, widać, iż są w centrum rodzinnego życia, nie brak im ani opieki, ani miłości rodzicielskiej. Pojawiły się jednak też niepokojące adnotacje. Zdaniem pracownicy Jugendamt, rodzice dziewczynek zachowują się w sposób niedojrzały, jakby sami byli dziećmi. Konkluzja sprawozdania była już gorzka - rodzice ze względu na deficyty intelektualne nie są w stanie zapewnić dzieciom prawidłowego rozwoju.
Jugendtamt, w celu zbadania sprawy, zaangażował pedagogów. Ci potwierdzili spostrzeżenia pracownicy socjalnej i zaopiniowali, że dzieci powinny zostać odebrane rodzicom. Tu sprawy potoczyły się szybko. Sąd rodzinny w Bersenbrück ograniczył Ingo i Annette Kutzner prawa rodzicielskie. Powód był jeden i zdaniem wszystkich zaangażowanych w sprawę urzędników, wystarczający- rodzice byli nie wystarczająco inteligentni, innymi słowy, zbyt głupi...
Na pierwsze spotkanie z dziećmi Ingo i Annette czekali długich dziesięć miesięcy. Jednak nawet podczas tego, jakże emocjonującego, spotkania, nie dane było rodzicom do końca się cieszyć. Pracownicy placówki, w której przebywały dziewczynki, nie pozwalali bowiem na przytulanie dzieci. Spotkania były ściśle kontrolowane. Podczas kolejnych sześciu lat rodzina Kutzner spotykała się raz w miesiącu przez godzinę, pod czujnym okiem opiekunów.
Jakby tego było mało, dziewczynki po półrocznym pobycie w placówce opiekuńczej, zostały oddane pod opiekę rodzin zastępczych. Rodzin, bowiem siostry rozdzielono. Dla ich dobra, jak stwierdzali urzędnicy. Nie chciano bowiem, aby Corinna miała zły wpływ na młodszą Nicolę. Ingo i Annette pozostały tylko miesięczne spotkania i 200 euro rachunku, za to, że obcy ludzie opiekowali się ich córkami.
Musiało upłynąć siedem długich lat, aby Europejski Trybunał Praw Człowieka wreszcie zakończył dramat rodziny Kutzner. 26 lutego 2002 roku sąd przychylił się do stanowiska rodziców i zaopiniował, iż w sprawie rodziny Kutzner nie było żadnych przesłanek do tego, aby rozdzielać dzieci od ich biologicznych rodziców. Corinna i Nicole powróciły na łono rodziny już jako nastolatki. Obie dziewczynki miały spore problemy z nauką. Jak się okazało, wbrew opinii urzędników i pedagogów, siostrom nie pomogło wychowanie w "inteligentniejszych" rodzinach zastępczych.

Gdy Jugendamt milczy
Powyższe historie to przykłady na to, że urzędnicza machina zdaje się zbyt często stosować na wyrost ostateczne środki - rozdzielenie rodziców i dzieci. Niestety znane są też historie odwrotne. Kiedy to urzędnicy, wbrew oczywistym przesłankom, nie interweniują. Przykładem niech będzie historia, która wstrząsnęła przed trzema laty Austrią. Wtedy to 17-miesięczny Luca zmarł w wiedeńskim szpitalu od obrażeń zadanych mu przez konkubenta matki. Morderca i, jak wykazało śledztwo, gwałciciel dziecka, został skazany na dożywocie. Jednak sąd dopatrzył się również zaniedbań ze strony pracownicy socjalnej, która miała nadzorować chłopca. Chciałoby się zapytać, gdzie leży złoty środek między rzeczywistą ochroną interesów dziecka a urzędniczą nadgorliwością, która tak naprawdę staje się prawdziwym zaczątkiem dziecięcych dramatów...

Gabriele Ziering, rzecznik prasowy Jugendamtu dla "Poloniki":
- Zadaniem Jugendamtu jest ochrona dziecka i dbanie o jego dobro. Jeśli to dobro dziecka zostaje zagrożone przez jego rodziców, to wtedy Jugendamt musi zareagować. Zawsze musi być wybrany najłagodniejszy środek interwencji. Czasami jednak odebranie dziecka rodzicom jest jedynym możliwym sposobem zapewnienia mu bezpieczeństwa.
- Najczęstszymi przyczynami interwencji Jugendamtu są: zaniedbania dzieci - 54%, przemoc psychiczna - 29% , przemoc fizyczna - 15%, przemoc seksualna - 2%.
- Jeśli kontakt rodziców z dziećmi jest dozwolony tylko pod nadzorem, to muszą istnieć ku temu ważne powody i dlatego naszym zadaniem jest ochrona dziecka przed manipulacjami i groźbami ze strony rodziców. Dlatego osoba sprawująca nadzór musi rozumieć, o czym rozmawia dziecko z rodzicami. Nie zawsze mamy do dyspozycji tłumaczy, stąd też rodzice proszeni są, aby w czasie takich nadzorowanych spotkań rozmawiali z dzieckiem w języku niemieckim.

Patrycja Brzoza

Polonika nr 189, październik 2010

Top
We use cookies to improve our website. By continuing to use this website, you are giving consent to cookies being used. More details…