Tam, gdzie czas płynie wolniej

Był pochmurny październikowy dzień 2006 roku, kiedy wyruszyłem z Polski do Anglii rozpocząć nowe życie. Wiedziałem już wtedy, że moją pierwszą pracą na wyspie będzie stanowisko opiekuna w domu spokojnej starości.

 

Jadąc pociągiem z londyńskiego lotniska w stronę Darlington, z każdą milą oddalałem się od mojego dotychczasowego, pełnego pośpiechu, stresu i niepewności życia, w stronę tego, co nieznane. Praca w domach opieki to jedno z najpopularniejszych zajęć wśród emigrantów w Wielkiej Brytanii. W niektórych placówkach stanowią oni ponad 90% pracowników.

Dziewczyna z Powstania Warszawskiego
Dom, w którym przyszło mi pracować, znajduje się na skraju Soulfield, niewielkiej miejscowości w hrabstwie Durcham. W okresie kiedy tam pracowałem, przebywało tam 24 rezydentów w wieku 80–100 lat. W Soulfield żyją oni w miłej atmosferze i otoczeniu bardziej przypominającym ekskluzywny hotel niż dom starców w polskim znaczeniu tego słowa. W większości zachowali bardzo wiele ze swojej fizycznej sprawności i niezależności. Wszyscy oni dotknięci są jednak straszliwą przypadłością podeszłego wieku – demencją. U jednych jest to prawie niezauważalne, inni doświadczali tego mocniej. Ludzie ci miewali lepsze i gorsze dni. Czasami zdarzał się smutny dzień, kiedy ktoś z nich odchodził na zawsze, ale zazwyczaj w domach tych panuje pogodna, pełna bezpieczeństwa i sympatii atmosfera sprzyjająca godnemu odchodzeniu. Ludzie starsi czasem zapadają w różne stany apatii i całymi miesiącami potrafią nie odzywać się, siedzieć lub leżeć i zupełnie bez ruchu wpatrywać się w pustą przestrzeń, tak jakby byli zupełnie gdzieś indziej...
Jedną z rezydentek Soulfield Hall była Maruta, pochodząca ze „starej wojennej” polskiej emigracji. Po Powstaniu Warszawskim jako siedemnastoletnia dziewczyna kanałami wydostała się z powstańczego piekła Warszawy. Następnie aresztowana przez Niemców za udział w powstaniu, została wywieziona do obozu jenieckiego w głąb Rzeszy, gdzie w 1945 roku uwolniona została przez oddziały brytyjskie. Tuż po uwolnieniu zakochała się w jednym ze swoich wyzwolicieli i wyjechała do Anglii. Dziś jako staruszka mieszkała samotnie w Soutfield Hall. Wszyscy jej najbliżsi odeszli, była zupełnie sama, z dala od ojczyzny, bez kontaktu z językiem i kulturą, w której się wychowała jako dziecko.
Maruta od jakichś czterech lat, poprzedzających moje przyjście do pracy w tym domu, w ogóle przestała się odzywać. Reagowała na słowa, ale na wszystko odpowiadała jedynie gestem, skinieniem głowy lub ciepłym akceptującym uśmiechem. W jej pokoju na ścianie wisiała fotografia pięknej młodej dziewczyny w powstańczym mundurze Armii Krajowej. Mimo upływu lat kobieta ta zachowała na twarzy szlachetność rysów tej dziewczyny z fotografii.
Lubiłem się nią zajmować. Próbowałem nawet czasami mówić do niej po polsku, ale nigdy nie odpowiedziała mi ani słowem. Miałem poczucie, że rozumie, co mówię, i że nawet lubi, kiedy mówię po polsku. Byliśmy w tamtym czasie jedynymi Polakami w Soulfield Hall.

Nocna zmiana
Kiedy w styczniu 2007 roku wróciłem ze świątecznego urlopu w Polsce, tak się złożyło, że z lotniska pojechałem prosto do pracy. Miałem pracować na nocnej zmianie z koleżanką z Południowej Afryki, ale okazało się, że jest chora i nie przyjdzie. Zostałem więc na zmianie sam. Był to mój pierwszy dzień po świątecznym urlopie i zupełnie nie byłem w nastroju do pracy. Ale to nie z tego powodu nigdy nie zapomnę tej nocy.
Niestety spóźniłem się i dyżur pospiesznie przekazał mi kolega z dziennej zmiany, kwitując odprawę krótkim „All is ok”. Kiedy rozpocząłem obchód, wszystko było jak zwykle. Miła niespodzianka spotkała mnie dopiero w pokoju Maruty, bo po raz pierwszy, odkąd tam pracowałem, odezwała się. Do tego zdanie, które wypowiedziała, było po polsku.
Powiedziała, że dobrze widzieć rodaka. Poprosiła mnie jeszcze o dodatkowy koc, bo trochę było jej zimno. To rzeczywiście była chłodna noc. Maruta mówiła po polsku z charakterystycznym kresowym akcentem, trochę jak z przedwojennych filmów. Zrobiło to na mnie ogromne wrażenie. Kiedy rano przekazywałem pracę kolegom z dziennej zmiany, opowiedziałem im o mojej nocnej rozmowie z Marutą. Przecież odkąd pamiętam, ona nigdy się nie odzywała, a tu nagle rozmowa i to na dodatek w języku polskim.
Koledzy zamarli z wrażenia. Piotr, to niemożliwe – powiedział ktoś. Z uśmiechem odparłem: A jednak. Wtedy ktoś inny powiedział: Maruta odeszła od nas w Wigilię, zaraz jak ty wyjechałaś do Polski na urlop. Wtedy ja zaniemówiłem. W biurze zapanowała krepująca cisza. Po chwili inny kolega rozładował sytuację żartując: Znowu spałeś na zmianie, he he, i wszystko ci się przyśniło.
Wszyscy odetchnęli z ulgą. Jednak ja jestem pewny, że nie spałem. Prawdę mówiąc, po tym wydarzeniu nie mogłem zasnąć przez tydzień.

Piotr Surmaczyński, Polonika nr 244.

Dodatkowo:

Newsletter

Jeżeli chcesz otrzymywać mailem informacje na bieżąco wpisz swój adres e-mail
Top
We use cookies to improve our website. By continuing to use this website, you are giving consent to cookies being used. More details…