Już za chwilę Wielkanoc

Już za chwilę Wielkanoc. Tym razem pojadę do domu. Wprawdzie zaledwie wczoraj wróciłam z Warszawy, ale przecież lekarz powiedział, że na święta wypuści mamę ze szpitala. Tak się cieszę.


Byłam przerażona, widząc, w jakim stanie jest Matuś, jak bardzo jej się pogorszyło. Jeszcze przed paroma dniami mówili: „Stan jest bardzo ciężki, trudno nam rokować”, a teraz kazali jak najszybciej jechać do rodziny i wracać za tydzień na święta ze wszystkimi. Ożyły wspomnienia.
Wiosna któregoś roku… Tak jak teraz zbliżała się Wielkanoc. Oj, najadłam się wtedy strachu co nie miara. A wszystko przez to, że.... Mamie się tylko „deczko” miejsca pomieszały. Nie jestem zwolenniczką podróży autobusami, jednak wtedy ten jeden, jedyny raz uległam.
Moja rodzicielka miała przyjechać trzy dni wcześniej niż reszta rodziny, żeby mi pomóc w przygotowaniach. Szczerze mówiąc, pomagać mi nie musiała, ale się uparła. Koniecznie chciała choć na chwilę wyrwać się od ojca.
Wyjechała więc tym nieszczęsnym autobusem. Nie pamiętam już dokładnie o której, ale chyba około dwudziestej drugiej miała być w Wiedniu pod Praterem. Pojechał po nią mój mąż. Ja zostałam w domu z dzieckiem, przygotowując w międzyczasie kolację. To nie były jeszcze czasy „komórkowe”. Nie jestem nawet pewna, czy mieliśmy z mężem już jakąś komórkę. Mama takiego telefonu na pewno nie miała.
Ze dwie godziny krążył więc mój ślubny wokół Prateru, na próżno. Mamy i autobusu wciąż nie było. Wydzwaniał do mnie co chwilę, czy może mam jakieś wieści… Niestety, ja również nie miałam pojęcia, co mogło się stać. Zdenerwowanie sięgało zenitu, a wyobraźnia podsuwała co rusz to inny, czarny scenariusz. Boże, jak ja się wtedy bałam.
Prater w kwietniu nie jest jeszcze otwarty. Ludzi nie ma tam zbyt wielu. Na dodatek zrobiło się już ciemno i chłodnawo. Mamy wciąż nie było. Żadnego kontaktu ani z nią, ani z kierowcą autobusu. Przepadli jak kamień w wodę.
Odchodziłam od zmysłów. Coś trzeba było robić. Nie mogłam usiedzieć na miejscu. Roztrzęsiona miotałam się od okna do telefonu i z powrotem. W końcu podjęłam decyzję, nie mogąc już dłużej bezczynnie czekać.
Kazałam Romanowi przyjechać po mnie. Zostawiliśmy syna w domu pod telefonem i pojechaliśmy oboje szukać Mamy. Objechaliśmy wszystkie okolice Prateru. Nic. Telefon w domu też milczał jak zaklęty. Nosiłam się już z zamiarem zgłoszenia policji zaginięcia, kiedy… około trzeciej w nocy … Mama przyjechała do domu taksówką.
Jak gdyby nigdy nic, zadzwoniła domofonem i krzyknęła: „Chodź biegiem na dół z pieniędzmi, za taksówkę przecież musi ktoś zapłacić!”. Nie wiedziałam wtedy, czy śmiać się ze szczęścia, że Mama się odnalazła, czy może powinnam na nią nakrzyczeć. Wybuchłam nieopanowanym śmiechem, jednocześnie zalewając się łzami.
Kiedy już uporaliśmy się z zapłatą za taksówkę oraz uściskami na powitanie i okrzykami radości, zabraliśmy Mamę do domu. Chciałam oczywiście jak najprędzej usłyszeć, co się stało. Dlaczego nie było jej tam, gdzie być powinna parę godzin temu.
Mamuś bez większego entuzjazmu w głosie zaczęła opowiadać: „Przyjechaliśmy, tak jak było zaplanowane, chwilę po wpół do jedenastej. Nie moja wina, że autobus zamiast pod Prater pojechał pod ten Südbahnhof. Starałam się jakoś z wami skontaktować, ale nikt nie chciał mi pomóc, a nie miałam ani szylinga, więc i zadzwonić nie mogłam. Nawet panów policjantów pytałam o Geld na telefon, ale sobie poszli i nic nie dali. Patrzyli tylko na mnie tak dziwnie, jak na jakąś stukniętą. Pomyślałam wtedy: »Zamknijcie mnie lepiej, przynajmniej będzie ciepło, bezpiecznie i będzie ubikacja. I co najważniejsze, zaczniecie wtedy szukać rodziny«. Niestety, chyba doszli do wniosku, że nie jestem aż tak stuknięta, by musieli mnie zamykać. Na szczęście pod dworcem siedziała jeszcze grupa »obdartusów«. Może i byli brudni, ale mili, i pozwolili mi usiąść z nimi na kawałku jakiegoś kartonu. Samej byłoby mi strach tam stać po nocy. Mijały godziny, chciało mi się jeść i pić, ale przede wszystkim musiałam w końcu skorzystać z toalety. Dworzec był już zamknięty, a nie dałabym rady dłużej na was tam czekać. Dlatego wzięłam taryfę… i jestem”.
Od tamtej pory przyjeżdżała do mnie wyłącznie pociągiem!
Bez pieniędzy, bez znajomości języka, przekoczować prawie cztery godziny pod dworcem, „przytulając się” do jakichś bezdomnych, bo tylko oni jej wtedy pomogli – to mogła tylko ona. Zawsze zazdrościłam jej otwartości na ludzi.
Zwyczajna, prosta kobietka, nisko zgarbiona, jakby skulona, i wiecznie się czegoś bojąca… Jednak ze swoim szczerym uśmiechem, pogodną twarzą i zawsze serdecznym słowem dla innych, zjednywała sobie wszystkich jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Za każdym razem, kiedy widziałam Mamusię, musiałam ją natychmiast utulić. Jakbym miała nieustanną potrzebę chronienia jej przed wszelkim złem.
Serce mi się krajało, gdy na nią patrzyłam. Tak wiele smutku i cierpienia wyrażały jej jasnoniebieskie, głęboko osadzone oczy. Jednak mimo wszystko można było ujrzeć w nich również radosne chochliki.
Jej piękna, gęsta, srebrzysta czupryna, na którą Mama zawsze mówiła „strzecha”, aż się prosiła, by ją pogładzić, a głębokie zmarszczki na twarzy – by je ucałować. Nie wyobrażam sobie, żeby jej można było nie kochać i nie pragnąć jej chronić. Ja, widząc ją, żałowałam zawsze tylko jednego... Że nie potrafiłam dać jej lepszego życia!
Zaradność Basi, jak na nią wszyscy mówili, powinna chyba przejść do legendy. Właścicielka nowo otwartego kiosku niedaleko bloku, w którym mieszkali rodzice, już drugiego dnia pracy poznała Mamcię i tak ją polubiła, że zostawiała dla niej codzienną prasę oraz tygodniki pod ladą. W sklepie, w którym Mama robiła zakupy, przy każdej nowej dostawie odkładali dla Basi to, co bardzo lubiła.
Przyjeżdżając do mnie do Austrii, mimo nieznajomości języka zjednywała sobie zupełnie obcych ludzi. Pamiętam jak dziś jeden z jej spacerków z moimi psami. Wyszła i… zniknęła na półtorej godziny. Odchodziłam od zmysłów, a ona poszła na kawkę do pani ze sklepiku w drugim bloku, ponieważ ta ją zaprosiła. Dopytywałam: „Mamo, ale przecież ty jej kompletnie nie znasz, na dodatek w ogóle nie mówisz po niemiecku. Jak z nią rozmawiałaś tyle czasu i o czym?” Mama odpowiedziała to, co zwykle w takich sytuacjach: „Przecież nie trzeba znać języka, żeby się dogadać. Pani ze sklepiku od razu wiedziała, że mówię o wypadku, kiedy machnęłam raz nóżką, raz rączką, wzięłam dwa pudelka zapałek, zrobiłam tu-tut i uderzyłam nimi o siebie, dorzucając do tego głośne buuum”.
Podczas jej przyjazdów do Wiednia często chodziłyśmy do chińskiej restauracji na obiadki. Mamuś uwielbiała chińską zupkę i… ich grzane winko. Wystarczyło, że podczas jednego z takich obiadów, pijąc wino, powiedziała w charakterystyczny dla niej sposób do właścicielki lokalu, która nam kelnerowała: „Mniam-mniam”. Cmokając przy tym i masując się tak zawzięcie po brzuchu, że właścicielka nie potrafiła opanować śmiechu. Tego dnia, jak i we wszystkie następne, kiedy chodziłyśmy tam zjeść, Mama wino miała już zawsze w dowolnych ilościach za darmo.
I jedno z moich ulubionych wspomnień, pod tytułem „Mama kupuje mięso mielone u rzeźnika w Austrii”. Faschiertes gemischt jest dość trudnym słowem dla kogoś, kto kompletnie nie zna języka. Mówiłam, że kupię mięso po pracy, ale Mama jak zawsze się uparła. Taka Zosia-Samosia z niej była. Na samo wspomnienie jej opowieści do dziś rżę jak koń na pastwisku.
Zanim dotarłam do domu, Mama zdążyła przytachać mięso, zrobiła mielone kotleciki i nawet nakarmiła nimi sąsiadkę, która notabene też mówiła tylko po niemiecku. Na moje odwieczne pytanie: „Jak się dogadałaś?”, padła oczywista odpowiedź: „Zwyczajnie. Muuuuuu plus chrum chrum” – tu chrząknęła jak prosiak, jednoczenie stukając kantem ręki po stole i wydając z siebie dziwne dźwięki typu cak-cak-cak-cak, i dodała z dumą w głosie: „Ein Kilogram, bitte ”.
Po takim popisie nie wątpię, że sprzedawczyni od razu wiedziała, że o mielone chodzi. Finał tej historii był oczywisty: od tamtej pory Mama przy każdych zakupach w tym sklepie dostawała za darmo parę dekagramów salcesonu. Nie omieszkała bowiem przy zakupie mielonego dodać swojego „mniam-mniam”, wskazując palcem na wyłożony salceson. Nawet moje psy dostawały jakieś resztki do domu, ponieważ tamtego pamiętnego dnia Matuś udała się na zakupy właśnie z nimi.
Tak, ona potrafiła dogadać się z każdym bez słów. Była żywym przykładem na to, że prostota i otwartość zastąpią czasami wszystkie fakultety. Dziś największym dla mnie komplementem byłyby słowa: „Jesteś taka jak twoja Mama”.
Mamuś nie miała żadnych wybitnych osiągnięć. Nie była bogata ani wykształcona, nie była sławna i nie zrobiła kariery. Nie chciałabym jej idealizować, bo jak każdy człowiek miała również swoje wady. Miała jednak w sobie coś, dzięki czemu ludzie z miejsca ją kochali: serdeczność dla drugiego człowieka, prostotę i pogodę ducha.
Trzeba wracać do teraźniejszości, przecież tyle mam na głowie. Trzeba zrobić przedświąteczne zakupy, ugotować część potraw. Jest bardzo nerwowo, w domu wszyscy wiedzą, jak boję się o Mamę, i starają się chodzić wokół mnie na palcach. Nie zawsze im się to, niestety, udaje.
Dziś na przykład chciałam już zemleć mięso na pasztet i zamrozić je, żeby przed wyjazdem tylko rozmrozić je i upiec. Właśnie wyjmowałam ugotowane mięso z garnka, kiedy z ust mojego ślubnego padło kolejne pytanie: „A gdzie jest…”. Niby nic, ale mnie w tym momencie jakby szlag trafił. Obróciłam się i wrzasnęłam, bynajmniej nie cenzuralnymi słowami, machnęłam ręką i…trach! Miska z mięsem runęła na podłogę. Psy sąsiadki będą miały uciechę, a my.... Albo pasztetu nie będzie w ogóle, albo muszę zabierać się za robotę od nowa. Pomyślałam, że to nie wróży nic dobrego.
Już piątek, a ja cały weekend i aż do wtorku w pracy. Na Wielki Piątek muszę załatwić sobie wolne, muszę jechać do mamy. Dam radę, nie ma innej opcji… I jak tu planować, kiedy życie pisze nam zupełnie inne scenariusze…
W niedzielę rano tak zaczęło mnie łamać, że nie dałam rady iść do pracy. Pomyślałam tylko, że nieźle się zaczyna Niedziela Palmowa, na dodatek trzynastego. A przecież nie mogę sobie teraz pozwolić na choroby, zwolnienia itp. Byłam pewna, że ten jeden dzień w domu załatwi sprawę. Niestety, to, co nastąpiło później, zmieniło wszystko. Do wieczora mną miotało niczym kulami armatnimi z dział Napoleona w bitwie o Aspern. Czułam, że coś jest nie tak, że to nie tylko choroba, ale nie mogłam dojść, co się ze mną dzieje. Wieczorem zadzwoniła z Polski moja siostra. Z Mamą jest jednak bardzo źle, przenieśli ją znowu na intensywną terapię, bardzo słaba praca serca, mamy się szykować na ciężką noc i na najgorsze.
Nieeeee…! Przecież już za kilka dni znowu jadę do kraju. Przecież lekarz powiedział, że Mama wyjdzie na święta. Przecież odesłał mnie do domu. Teraz nie miało prawa nic się wydarzyć!!! To nie może tak być, nie może tak się skończyć. Boże, pozwól mi jeszcze zobaczyć się z Mamą, daj mi jeszcze raz przeżyć z nią Święta Wielkanocne…
W nocy kolejny telefon z Polski… Niestety, Bóg nie pozwolił. Świat runął. Pojadę do kraju, ale jedynie po to, by towarzyszyć Mamie w jej ostatniej drodze, by ją pochować.
Dziś mijają dwa lata od jej śmierci. Dwa lata łez, bólu i rozpaczy. Mama nigdy niczego ode mnie nie wymagała, nigdy niczego nie nakazywała. Jedyne, co było dla niej ważne, to żebym była szczęśliwa. Gdy poznawałam jakiegoś faceta, nieważny był dla niej kolor skóry, wiek, wykształcenie. Pytała tylko, czy jestem szczęśliwa. Gdy nie chciałam się uczyć i robiłam rzeczy, których robić nie powinnam, lub nie robiłam tych, które powinnam, nigdy nie krzyczała, mówiła tylko: „Czy jesteś z tym szczęśliwa?”, albo: „Pomyśl, czy to nie będzie miało wpływu na twoje szczęście lub jego brak w przyszłości”.
Zawsze starałam się żyć tak, by być szczęśliwa, również dlatego, żeby ona była o mnie spokojna. Kiedy jej zabrakło, odechciało mi się tak żyć. Właśnie wtedy, kiedy powinnam wykrzesać z siebie jak najwięcej sił w hołdzie dla niej, w podzięce za wszystko, ja wbrew jej pragnieniu wpadłam w czarną rozpacz. Przez długi czas byłam najnieszczęśliwszą istotą na świecie, choć wiedziałam, że dla niej to byłoby najgorsze. Dopiero teraz, w trakcie pisania tych wspomnień, właśnie to do mnie dotarło.
Od dziś będę znowu szczęśliwa.
Dla Mamy, bo na to zasłużyła.

Diana Preh, Polonika nr 265, marzec/kwiecień 2018

Przytoczone wspomnienia są jednym z opowiadań wydanych przez Kongres Polskich Kobiet w Austrii w książce pt. „Polka na wiedeńskim szlaku”. „Książka ta została napisana przez kobiety pochodzące z różnych rejonów Polski, o różnym wykształceniu i światopoglądzie (…). Łączy je emigracja i działalność na rzecz kobiet przy Stowarzyszeniu Kongres Polskich Kobiet w Austrii” – czytamy w przedmowie do wydanej w 2017 r. publikacji.

Top
We use cookies to improve our website. By continuing to use this website, you are giving consent to cookies being used. More details…