O czasie – rozmyślania pod koniec roku

Kiedy zaczyna się Nowy Rok? Co za pytanie? – obruszymy się.

 

To wie każde dziecko: styczeń jest pierwszym z dwunastu miesięcy, a pierwszy dzień tego miesiąca jest początkiem nowego roku. Punkt o północy. Jasne? Otóż wcale nie!

I nie chodzi tu bynajmniej tylko o odmienny sposób liczenia lat w innych kręgach kulturowych, z których warto wymienić: Rosz Haszana, początek roku żydowskiego, który przypada co roku innego dnia, ponieważ uzależniony jest od terminu wrześniowej pełni księżyca (trwający właśnie 5776 rok żydowski zaczął się 14 września). Minionego 14 października zaczął się z kolei 1437 rok islamski. Perskie święto noworoczne Nowruz obchodzi w dniu 21 marca (wiosenne zrównanie dnia z nocą) od trzech tysięcy lat ponad 300 milionów ludzi na całym Kaukazie, Bliskim Wschodzie, Bałkanach, regionie Morza Czarnego, Azji Centralnej aż po Syberię. W Tajlandii Nowy Rok zwany Songkran (od sanskryckiego słowa sankranti – 'przejście') świętuje się w połowie kwietnia. Nowy rok chiński rozpocznie się tym razem 8 lutego.

Z reguły nie uświadamiamy sobie nawet,
jaki panował galimatias z jednoznacznym określeniem pierwszego dnia nowego roku w kulturze śródziemnomorskiej, na którą zwykliśmy się powoływać jako na kolebkę naszej tradycji. Galimatias ów wprowadzili właśnie starożytni Rzymianie, ustalając w 153 roku przed Chrystusem, że odtąd rok będzie się rozpoczynał nie jak dotychczas 1 marca, lecz 1 stycznia. Było to związane z przesunięciem o dwa miesiące wstecz daty inicjacji urzędowania nowego konsula, równoznacznej ze startem nowego roku. Cofnięcie to spowodowało, że dotychczasowe nazwy miesięcy przestały się zgadzać z faktyczną numeracją liczoną dawniej od marca. Nazwy te zresztą przetrwały w niektórych językach do dziś, a wraz z nimi ślady dawnej numeracji od marca jako pierwszego miesiąca roku. Stąd wrzesień, mimo że jest dziewiątym miesiącem, w wielu językach indoeuropejskich zupełnie nielogicznie nazywany jest siódmym (September od łacińskiego septem, 'siedem'), odpowiednio październik, uważany za dziesiąty miesiąc, w niektórych językach to nadal miesiąc ósmy (Oktober, od łacińskiego octo, 'osiem'), listopad dziewiąty (November; nonem, 'dziewięć'), a grudzień dziesiąty (Dezember; decem, 'dziesięć').

Ale to dopiero początek zamieszania.
Kalendarz w starożytnym Rzymie opierał się na dwunastu 28-dniowych fazach księżyca, co stopniowo spowodowało przesunięcia tak znaczne, że w 46 roku p.n.e. grudzień przypadał we wrześniu! Nowy kalendarz, zwany też juliańskim, zreformował, korzystając naturalnie z pomocy astronomów, Juliusz Cezar. Reformie tej zawdzięczamy obowiązujący do dziś porządek, czyli na przykład wprowadzenie 365-dniowego roku i systemu lat przestępnych, z dodatkowym dniem w lutym. Ale podział roku wedle kalendarza juliańskiego, trwającego średnio 365,25 dni, był nadal niedoskonały, bo nie odzwierciedlał w pełni faktycznej wędrówki Ziemi wokół słońca – odstępstwo to wynosiło 11 minut.

Kolejną reformę zarządzoną przez papieża Grzegorza XIII
przeprowadzono dopiero ponad półtora tysiąca lat później w 1582 roku. Reforma owa dopełniła owe dziesięć dni, o które kalendarzowy rok „spóźniał się" na przestrzeni minionych szesnastu stuleci (po 4 października tego roku nastąpił od razu 15 października), a także uporządkowała kwestię wyznaczenia świąt wielkanocnych i – co najważniejsze – przywróciła pierwszy dzień stycznia jako dzień inicjujący nowy rok. Przywróciła? Jak to przywróciła? Ano tak... Chrześcijańska Europa, nastawiwszy w IV wieku n.e. licznik lat na nowo i ustanawiając rok narodzin Chrystusa jako Rok Pański (Anno Domini), przejęła wprawdzie system rozpoczynania kolejnych lat w styczniu, ale ponieważ tradycja rzymska rozpoczynania nowego roku w dniu pierwszego stycznia była z punktu widzenia młodego kościoła chrześcijańskiego datą pogańską, więc początek roku został przesunięty na 6 stycznia!

Reforma Grzegorza XIII napotkała na opór.
Europa przywykła bowiem do traktowania dwunastu dni między Bożym Narodzeniem a Świętem Trzech Króli jako odświętnego okresu przejściowego między poszczególnymi latami. Przypomnijmy, że w pierwszych wiekach chrześcijaństwa świąt Bożego Narodzenia nie obchodzono w ogóle, czcząc jedynie Wielkanoc. Data narodzin Jezusa Chrystusa nie jest wszak znana. Wedle obliczeń wynikających z interpretacji Ewangelii Jezus przyszedł na świat wczesną jesienią 2 roku p.n.e. Ustanowienie świąt Bożego Narodzenia na 25 grudnia wynikło z próby pogodzenia starego z nowym, czyli przejęcia rzymskiego (a więc dla chrześcijan pogańskiego) święta Saturnaliów, gdy świętowano początek „przyrastania" dnia.

Z dzisiejszego punktu widzenia,
gdy nasze terminy ustalamy precyzyjnie według elektronicznych zegarków, kalendarz został ujednolicony, a „kulejący" za obrotem Ziemi czas aktualizujemy, dodając co kilka lat tzw. sekundę skokową, trudno nam sobie wyobrazić, jak wielkie musiało panować zamieszanie po reformie Grzegorza XII. Nie wszystkie bowiem kraje przyjęły od razu ustanowiony bullą papieską nowy kalendarz. Zmianę zaakceptowały od razu w 1582 roku m.in. Królestwo Polski i Litwy, Węgry, Francja, wkrótce potem także Czechy i Węgry. Prusy dopiero trzydzieści lat później, Dania w 1700 roku, a Szkocja, Anglia i Szwecja aż w 1752. W krajach bałkańskich, czyli Serbii, Chorwacji, Słowenii, Bułgarii, kalendarz juliański obowiązywał praktycznie do... końca I wojny światowej! Oznacza to, że w wielkim cesarstwie Austro-Węgier funkcjonowały stosunkowo niedawno, bo przed zaledwie 100 (!) laty równolegle dwa systemy liczenia czasu, a w Rosji kalendarz gregoriański wprowadzono dopiero po utworzeniu Związku Radzieckiego (stąd właśnie zamieszanie z datą Rewolucji Październikowej, która faktycznie miała miejsce w listopadzie).

Można by pomyśleć: cóż za ironia losu,
że bolszewicka rewolucja przyniosła unowocześnienie w postaci systemu ustawionego przez papieża w XVI wieku! Rzeczywiście, w młodym państwie sowieckim podjęto próbę ustalenia własnego systemu i porządek gregoriański zastąpił wprowadzony w 1929 roku dekretem rządowym „sowiecki kalendarz rewolucyjny". Głównym celem nowego systemu było odejście od jakichkolwiek religijnych powiązań oraz zlikwidowanie przeznaczonego na odpoczynek i świętowanie siódmego dnia tygodnia. Rok sowiecki składał się z dwunastu trzydziestodniowych miesięcy, które z kolei dzieliły się na pięć „sześciodniówek", a wszyscy pracobiorcy byli podzieleni na grupy, w której każda miała jeden dzień wolny. Ambitny system, w którym zawsze pracowało 80% zatrudnionych, destabilizował życie rodzinne i ostatecznie upadł w 1940 roku.

Rewolucjoniści mają generalnie to do siebie,
że zaprowadzając nowe porządki z fanatycznym zapałem ingerują we wszystkie dziedziny życia, reorganizując przy tym właśnie systemy liczenia czasu. Przed bolszewikami własny kalendarz wprowadzili naturalnie także rewolucjoniści francuscy, stawiając na głowie dotychczasowy system. Rok zaczynał się w równonoc jesienną 22 września, czyli 1 Vendémiaire: wszystkie miesiące otrzymały wszak nowe nazwy! Miesięcy było wprawdzie dwanaście, lecz nie dzieliły się one na siedmiodniowe tygodnie, lecz na trzy dekady z dziesiątym dniem wolnym. Jak się łatwo się domyśleć, obywateli Republiki Francuskiej nie zachwycała utrata co czwartej niedzieli! Rewolucyjny kalendarz wprowadzony we wrześniu 1793 roku nie sprawdził się i przetrwał niecałe 13 lat: w 1806 roku Napoleon Bonaparte przywrócił Francji kalendarz gregoriański.

Wracając do wspomnianych przedtem zegarków:
kiedy stoimy z kieliszkiem szampana w dłoni i patrząc na sekundnik celebrujemy odliczanie przejścia Starego w Nowe, pamiętajmy, że i zegarki są wynalazkiem stosunkowo nowym, a podział na godziny kwestią względną. Od starożytnych (konkretnie od Egipcjan) przejęliśmy zegar słoneczny, który znany był już w Babilonii, a także klepsydrę wodną lub piaskową (nb. po grecku klepsydra znaczy dosłownie 'złodziejka wody'). Średniowiecze przyniosło w IX wieku także wynalazek zegara świecowego, w którym świeczka stała na tle podziałki. Pierwsze zegary mechaniczne zbudowane zostały dopiero w XIV wieku. Były to zrazu konstrukcje umieszczane na z daleka widocznych wieżach. Pierwszy mechaniczny zegarek kieszonkowy zbudowany został w 1510 roku. Wskazówka minutowa pojawiła się w zegarkach dopiero w drugiej połowie XVII wieku!

Podział doby na 24 odcinki zwane godzinami
ustalili wprawdzie babilońscy uczeni dwa tysiące lat p.n.e., ale czas trwania poszczególnych godzin nie był jednolity. Również w chrześcijańskim średniowieczu podział doby zależny był od aktualnej pory roku, ponieważ wyznaczały ją dwa astronomiczne zjawiska: wschód i zachód słońca. Stąd nawet gdy używano pojęcia „godziny", to owe 24 części były nierówne, a ich czas trwania zależny od pory roku: dwanaście godzin dziennych było latem dłuższe, a zimą krótsze. Takie niejednolicie długie godziny (zwane „temporalnymi") służyły przede wszystkim mnichom do ustalania i porządkowania pór modlitwy, posiłków i spoczynku nocnego. Doba w porządku godzin temporalnych zaczynała się wraz ze wschodem słońca, zaś zachód słońca przynosił godzinę dwunastą... Dopiero wynalezienie mechanizmu zegarowego z końcem XIV wieku upowszechniło podział doby na równe 24 odcinki, czyli tzw. godziny ekwinokcjalne, a granicę między kolejnymi ustalono o północy. Ale i tak znakomita większość społeczeństwa europejskiego aż po kres XIX wieku z zegarów nie korzystała wcale, ponieważ nie tylko nie miała z nimi styczności, ale też nie zawsze umiała prawidłowo zinterpretować ruch wskazówek na zegarowej tarczy. Ludowi wystarczały jako wyznaczniki pór dnia i nocy poranne pianie koguta i wieczorna zorza.

Żyjemy dziś w ustawicznym pośpiechu
i nawet nie umiemy sobie wyobrazić ucieczki od owego równomiernego odmierzania minut, dni i lat, które przecież sami sobie narzuciliśmy. Czas upływa bezlitośnie, ale nie jednostajnie. Czas jest rzeczą względną. Obiektywnie zawsze tyle samo trwająca godzina potrafi rozciągnąć się i wlec nieznośnie, gdy się nam nudzi, albo przemknąć przeraźliwie szybko, gdy jesteśmy szczęśliwi lub pracujemy nad terminowym projektem. Dzieciom czas płynie powoli, starcom zaś wydaje się, że pędzi on na złamanie karku. Ale dla wszystkich czas jest drogocenny. I zawsze mamy go za mało. Kiedy więc składamy sobie życzenia – wszystko jedno, czy z okazji Nowego Roku, czy własnych urodzin – życzmy sobie nie tylko zdrowia i szczęścia, ale też czasu. Żebyśmy się tym szczęściem mogli rozkoszować. Bo pamiętajmy: dziś jest pierwszy dzień reszty naszego życia.

Dorota Krzywicka-Kaindel, Polonika nr 250/251, listopad/grudzień 2015.

 

Dodatkowo:

Newsletter

Jeżeli chcesz otrzymywać mailem informacje na bieżąco wpisz swój adres e-mail
Top
We use cookies to improve our website. By continuing to use this website, you are giving consent to cookies being used. More details…