Szanse na równy start

Cudzoziemskie dzieci mają utrudniony start w szkole, w związku z czym na przybyłe do Austrii rodziny czyhają liczne zasadzki. Jak poznać, że sytuacja rozwija się niepomyślnie? Czego unikać? Jak pomóc dziecku?

 

Jak się nie dać zaszufladkować? O tym wszystkim opowiedziała „Polonice" jedna z doświadczonych przez los matek.

 

Nie zamierzam udawać, że moje dzieci nie wymagają specjalnej opieki. Owszem, wymagają. Jak wszystkie dzieci cudzoziemskie, które przyjechały do Austrii nie znając języka. A moje to w dodatku bliźniaki i, jak to bywa z ciążą mnogą, urodziły się za wcześnie, były słabiutkie, w dodatku jeden z synów miał poważne kłopoty zdrowotne. W sumie dzieci mamy troje i cała trójka ma kłopoty z koncentracją, ale czy moje dzieci są pod tym względem wyjątkowe?
Jak przyjechaliśmy do Austrii, bliźniaki miały po trzy latka, a najmłodszy synek ledwie dwa. Niemieckiego zaczęły się uczyć dopiero, jak poszły do przedszkola, czyli w wieku czterech lat. Staraliśmy się o przedszkole wcześniej, ale nie dostaliśmy przydziału, bo pierwszeństwo miały mamy pracujące. Ja nie pracowałam, bo dopiero co przyjechałam i kompletnie nie znałam niemieckiego. W ten sposób zmarnowaliśmy pierwsze lata, bo żyliśmy wyłącznie „po polsku". Można powiedzieć, że byliśmy w Austrii ciałem, ale nie duchem.
Zasadzka pierwsza: dzieci obcokrajowców nie mają zapewnionego w pierwszej kolejności miejsca w przedszkolu, a tylko w ten sposób można mieć równy start w szkole.
W przedszkolu początkowo było wszystko w porządku. Trafiliśmy na fajną nauczycielkę, która specjalizowała się w pedagogice specjalnej i widać było, że jest pedagogiem z powołania. Moje dzieci są bardzo otwarte i śmiałe, i mimo że nie znały języka, czuły się w grupie znakomicie. Inne natomiast z początku strasznie płakały. Kiedy moje dzieci skończyły 5 lat, a w przedszkolu zaczęły się powoli przygotowania do szkolnej edukacji, wtedy rzeczywiście wyszło na jaw, że cała trójka ma problemy z koncentracją. Do szkoły poszedł najpierw tylko Marcinek, bo radził sobie lepiej, a pozostała dwójka została w przedszkolu.
No i zaczęło się. Od samego początku mówiło się, że mój syn sobie nie poradzi, bo nie ma dostatecznie bogatego słownictwa. Nauczycielki od razu go zaszufladkowały, że jako cudzoziemiec nie pozna tak dobrze niemieckiego jak dzieci austriackie. Marcinek poszedł do klasy integracyjnej, gdzie lekcję prowadzi jednocześnie dwóch nauczycieli. Większość chłopców w tej klasie stanowili Austriacy, bo tu w Styrii nie ma tylu obcokrajowców. Dzieciaki w klasie założyły „klub" i powiedziały, że mój syn do tego klubu nie może należeć, bo jest obcy. Marcinek wobec tego kolegów nie miał.
Zasadzka druga: tzw. klasy integracyjne stwarzają bariery dzieląc dzieci na „tutejsze" i obce. Nauczyciele zakładają z góry, że dzieci cudzoziemców nie dadzą sobie rady. Dodatkowo sugerując się ich kiepską niemczyzną traktują je jako głupsze.
Ponieważ pozostała dwójka była jeszcze w przedszkolu, więc kiedyś zwierzyłam się ich wychowawczyni z problemów szkolnych Marcinka, żaląc się, że ma opinię niemówiącego dostatecznie po niemiecku. Przedszkolanka, która go przecież znała, oburzyła się: To niemożliwe, przecież to bardzo rezolutny chłopczyk! Poradziła mi pójść do logopedy, żeby Marcinek poprawił sobie wymowę. Znalazła nam też uczennicę z gimnazjum, która pomagała synowi odrabiać lekcje. Mimo to na kolejnej wywiadówce znów słyszałam, że niemiecki mojego syna jest zły i że nie robi on postępów. Kiedy opowiedziałam o ćwiczeniach u logopedy i austriackiej gimnazjalistce, nauczycielka spuściła z tonu i już nie krytykowała. Ale upomniała nas, żebyśmy koniecznie mówili z dziećmi w domu po niemiecku.
Zasadzka trzecia: zmuszanie cudzoziemskich dzieci i ich rodziców do używania niemieckiego w domu jest z pedagogicznego punktu widzenia wejściem na ślepy tor. Badania psychologiczne już dawno dowiodły, że najlepszą bazą do nauki obcego języka jest dobra znajomość języka ojczystego. Dzieci powinny się uczyć niemieckiego od nauczycieli i rówieśników, bo ucząc się od rodziców przejmują ich błędy. Mówmy z naszymi dziećmi w domu tylko po polsku!
Na następny rok do szkoły poszła pozostała dwójka. I znowu się zaczęło gadanie, że dzieci z Polski nie dadzą sobie rady. Maciek miał, owszem, od urodzenia poważne problemy zdrowotne, ale dziś, po zabiegach chirurgicznych, funkcjonuje jak każde inne dziecko. Tyle że miewa kłopoty z pamięcią. Trafił on do tak zwanej Mehrstufenklasse. Ten system, moim zdaniem fatalny, polega na tym, że w jednej klasie dzieci przechodzą płynnie z jednej grupy do drugiej jakby z klasy do klasy, ale w odpowiednim dla nich rytmie, przy czym są cztery takie grupy. Tak więc Maciek jest niby w czwartej klasie, ale teraz dopiero zaczął przerabiać program z drugiej. Z tego powodu przez trzy lata nauczył się ledwie liczyć do dwudziestu, a pisać zaczął się uczyć dopiero w drugiej klasie. Na każdej wywiadówce słyszałam zawsze to samo: dziecko jest opóźnione. Najpierw postanowiłam wysłać go na badania, żeby stwierdzić, jaka jest tego przyczyna. Poszłam z Maćkiem do psychologa, gdzie dowiedziałam się, że chłopiec być może ma deficyty, ale tak właściwie to nie można sprawdzić jego poziomu, skoro w czwartej klasie umie liczyć tylko do dwudziestu. Okazało się, że, owszem, ma kłopoty z pamięcią, więc wymaga specjalnej troski. Co znaczy tyle, że należy go szczególnie motywować i wspierać, a nie odstawić na boczny tor! Dostałam więc od psychologa pismo, że poziom intelektualny Maćka nie odbiega od normy i że jego problemy w szkole wynikają z zaniedbań nauczycieli. Po tym, jak zaniosłam to pismo do szkoły, moje dziecko w ciągu miesiąca potrafiło liczyć do stu i zaczęło naukę tabliczki mnożenia. Nie, nie w innej klasie! W tej samej. Radzę więc każdej mamie: jeśli dziecko ma jakiekolwiek problemy w szkole, to należy się koniecznie udać z nim do psychologa. Ten wyda obiektywną opinię i wtedy na tej bazie można dużo zdziałać.
Najmłodszy Mateuszek trafił do klasy integracyjnej. W pierwszej klasie miał fantastyczną nauczycielkę, młodą dziewczynę, absolwentkę pedagogiki specjalnej. Dla niej dzieci, które miały problemy, stanowiły wyzwanie. Ona chciała rzeczywiście pomóc. Niestety, kiedy syn był w drugiej klasie, ta świetna nauczycielka zaszła w ciążę i odeszła ze szkoły. Jej następczyni nie zwracała aż tak uwagi na dzieci z trudnościami w nauce, w dodatku program szkolny był coraz trudniejszy i Mateuszek, ponieważ jest z natury powolny i łatwo dekoncentrujący się, zaczął się trochę gubić. I wtedy historia się powtórzyła: syn dostał stempel, że jest opóźniony. Niby miał dalej ten sam program, ale z uwagi na ten „specjalny" status wymagano od niego mniej niż od innych dzieci. Nauczycielki zamiast go motywować dawały mu coraz mniej zadań. A ponieważ miał niedociągnięcia, więc w czwartej klasie wręcz go cofnęły i... dały mu do nauki tabliczkę mnożenia, którą on już przecież od dawna znał! Poszłam z Mateuszkiem, podobnie jak przedtem z Maćkiem, do psychologa. I znowu się okazało, że wszystko jest w porządku, tylko że syn wymaga dodatkowych lekcji z niemieckiego. Pismo to dostałam niedawno, jeszcze nie przedłożyłam go w szkole. Jest mi obojętne, jaka będzie reakcja, bo za chwilę wakacje i koniec tej szkoły.
Zasadzka czwarta: stwierdzenie, że dzieci kwalifikują się do intensywnej, indywidualnej opieki, sprawia, że są traktowane one wprawdzie pobłażliwie, ale przy tym również ignorowane. Powoduje to coraz większe opóźnienia, izolację i zmniejsza poczucie własnej wartości. Nie pozwólmy, żeby szkoła rzucała nasze dzieci na pastwę losu!
Najlepiej byłoby, gdyby dzieci popołudniami chodziły do świetlicy, czyli do Hortu, gdzie odrabiałyby zadania domowe pod fachowym okiem osoby niemieckojęzycznej, a nie moim. I gdyby jeszcze te parę godzin mogły dodatkowo szlifować niemiecki. Nie były w Horcie, bo po prostu nas nie było na to stać. Wszystko się sprowadzało do pieniędzy. Jednak to jest troje dzieci, a pracował tylko mąż. Hort kosztuje, bo płaci się za opiekę, a do tego jeszcze za obiady. W ten sposób koszt pobytu jednego dziecka w świetlicy wynosi około 250 euro miesięcznie. Przeliczyłam więc, że gdybym nawet poszła do pracy na 20–30 godzin tygodniowo, to wszystko pochłonęłyby opłaty za Hort.
Zasadzka piąta: dodatkowa opieka nad dzieckiem w szkole jest płatna, ulgi w przypadku rodzin wielodzietnych niewielkie, a szansa na poprawienie języka zaprzepaszczona.
Marcinek jest tymczasem w Mittelschule i znakomicie sobie radzi. Czasem myślę, że po prostu z początku miał pecha. Do nauczycieli, do kolegów... W nowej szkole został zakceptowany przez inne dzieci. Wprawdzie też jest to klasa integracyjna, ale mój synek, który miał takie problemy w Volksschule, znalazł się teraz w tej lepszej grupie! Odrabia lekcje w kwadrans i wcale nie trzeba mu pomagać. To on jeszcze pomaga braciom!
Mateuszek ma teraz koleżankę w klasie, trzymają się razem. Koleżance tej z kolei przypięli łatkę, że jest nadpobudliwa: chcieli matce wmówić, że dziecko ma ADHD. A to po prostu jest żywa dziewczynka i tyle.
Mam takie wrażenie, że tu, w Austrii, nie lubią dzieci z problemami. Nauczyciele chcą po prostu mieć święty spokój i wolą, żeby wszystkie dzieci były na jednym poziomie. Jak tylko dziecko ma kłopoty, czy to z koncentracją, czy to z powodu nadpobudliwości, a dodatkowo jeszcze jest obcego pochodzenia, to zostanie ono zaszufladkowane jako „specjalnej troski". Takie dziecko bywa potem spychane na margines, bo dostaje zadania poniżej swojego poziomu i się nie rozwija. Nie ma więc szans na równy start w dorosłe życie.

Rozmawiała Dorota Krzywicka-Kaindel, Polonika 244, maj 2015

Top
We use cookies to improve our website. By continuing to use this website, you are giving consent to cookies being used. More details…