Podróż jest odpoczynkiem

Mieszkający w Wiedniu Piotr Płoszajski wyrusza rowerem w podróż dookoła świata. Zapraszamy na spotkanie: 17.04.2015, godz.19.00

Adres: Piwnica Takt, Ingen-Housz-Gasse 2, 1090 Wien. Odwiedź też stronę na Facebooku

 

Piotr dwa lata temu opowiedział nam o swoich niezwykłych podróżach. Przypominamy tę rozmowę.

Wszyscy lubimy podróżować i zwiedzać obce kraje. Ty jednak nie jesteś zwyczajnym turystą. Jako cele wybierasz dalekie zakątki, podróżujesz samotnie, nocujesz gdzie się akurat da i często decydujesz się na rozwiązania ekstremalne. Od czego zaczęła się Twoja fascynacja dalekimi podróżami?
– Wszystko zaczęło się w 2010 roku od mojego pierwszego w życiu lotu samolotem do Grecji. To była wizyta u kolegi, który przeniósł się tam ze względów zawodowych. Na miejscu musiałem zająć się sam sobą, ponieważ kolega musiał pracować. Był koniec maja, czas jeszcze poza sezonem turystycznym, ciągnące się kilometrami plaże były prawie zupełnie puste. To było ciekawe i nowe uczucie, doświadczać wszystkiego samemu. Cały ten wyjazd był dla mnie bardzo ekscytujący – cieszyłem się każdą drobnostką. Wszystko to, co było minimalne, dla mnie było ekstremalne, bo nowe. I tak złapałem bakcyla!
Kiedy okazało się, że Europa to dla Ciebie za mało?
– Wróciłem do Wiednia z myślą, że na pewno fajnie by było jeszcze gdzieś pojechać i tak się złożyło, że dostałem propozycję wyjazdu na Karaiby. Decyzję o tym, czy jechać, musiałem podjąć w przeciągu godziny, na jachcie było tylko jedno wolne miejsce. Pomyślałem, że raz się żyje, że może już taka okazja mi się nie przytrafi i zadecydowałem, że lecę. W pracy musiałem ustalić wszystko z szefem, było trochę stresu, ale udało się. Na Karaibach było fantastycznie, woda, żagle, rum, słońce. Tam zaczęły się moje przemyślenia, że Europa jest bardzo małą częścią świata, że właściwie wszędzie na Starym Kontynencie jest podobnie.
Karaiby kojarzą się raczej z leniwym wypoczynkiem w raju. Następna Twoja podróż, wyprawa do Nepalu i Indii, wymagała chyba niezłej kondycji fizycznej?
– Wyjazd był bardzo ekstremalny, a ja nie wiedziałem zupełnie nic, nawet o jakiej porze roku tam jechać. Po prostu wsiadłem w samolot i poleciałem. Na miejscu można wynająć przewodnika, który zajmuje się organizacją noclegów, jedzenia. I za to mu się płaci. Dla mnie to były niepotrzebne koszty. Minusem podróżowania bez przewodnika było to, że miejscowi byli trochę bardziej do mnie zdystansowani. Koszty jednak przez to nie wzrastają. Noclegi kosztują od około 50 centów bez śniadania do 1,50 euro z prysznicem. A śpi się na drewnianych deskach. Śniadania to koszt około 3-4 euro. Ceny rosną wraz z pokonywaną wysokością, pół litra wody może kosztować nawet 2 euro.
Była to Twoja pierwsza samotna podróż?
– Częściowo. W Nepalu byłem razem z koleżanką, do granicy z Indiami jechaliśmy na dachu autobusu, a w Indiach rozdzieliliśmy się, ona pojechała do Delhi, a ja do Kalkuty. Po drodze zatrzymałem się m.in. w Waranasi, miejscu znanym z rytualnych kąpieli w rzece Ganges i palenia zwłok zmarłych. Jest to miejsce, które dla Europejczyka jest dosyć szokujące –atmosfera obrządku, specyficzny słodko-kwaśny zapach unoszący się nad miastem, psy gryzące się przy paleniskach, niedopalone fragmenty ciał. Sam rytuał wygląda w ten sposób, że kondukty pogrzebowe przybywają na ghaty – schody ciągnące się wzdłuż brzegów Gangesu, by dokonać kremacji zmarłych. Kondukt pogrzebowy idzie wąskimi uliczkami, towarzyszą temu rytualne śpiewy, ciała owinięte są w różnobarwne płachty bawełny, a każdy kolor takiej płachty ma odrębne znaczenie. Ogólnie obrządek kremacji zwłok odebrałem jako wielką maszynę do zarabiania pieniędzy. Wszystkie „akcesoria", począwszy od bawełny, a skończywszy na drewnie do palenia zwłok, kupuje się na miejscu.
Ale Twoim celem była Kalkuta, dlaczego?
– Z Kalkuty organizowane są wyjazdy do dżungli. Wypływa się kutrem, który płynie kanałami w stronę Bangladeszu. Główną atrakcją miały być polujące w tym rejonie tygrysy oraz wioska położona nad brzegiem Gangesu otoczona siatką schodzącą aż do wody, by do zabudowań nie mogły się dostać te zwierzęta. Ta siatka jest bardzo ważna, ponieważ tygrys, który raz zapolował na człowieka, będzie wracał, wiedząc, że jest to łatwa zdobycz. Wtedy trzeba takiego tygrysa zastrzelić. W wiosce doszło do dziwnej sytuacji, bo po naszym przypłynięciu przerwano lekcje i zamknięto szkołę, by dzieci mogły wyjść i nas pooglądać.
Co w Indiach zafascynowało cię najbardziej?
– To jest inny świat! Niesamowite są drogi ułożone z kamieni, na szerokość jednej rikszy, gdzie pierwszeństwo na drodze wyznacza wielkość rikszy i liczba przewożonych osób. Poza tym zafascynowały mnie ogromne głośniki na ciężarówkach, z których wydobywały się dźwięki brzmiące jak muzyka, które w rzeczywistości są modlitwą. Poza tym w Indiach jadłem najlepszy miód w życiu, nieprzefiltrowany, prosto z dżungli. Zbieracze miodu ryzykują swoim życiem, ponieważ zapuszczają się bardzo głęboko w dżunglę, narażając się na spotkanie z tygrysem. No i wszechobecne ekstremalne różnice: np. Kalkuta, ogromne miasto, gdzie skrajna bieda przeplata się z rażącym bogactwem, gdzie na jednej ulicy stoją luksusowe hotele, parkują sportowe samochody, a na sąsiedniej z głodu umierają ludzie.
Poza tymi skrajnościami, które widać na ulicach miast, taka podróż jest też pewnie ekstremalna dla organizmu?
– W Indiach dopadły mnie problemy z żołądkiem, które właściwie zaczęły się już w Nepalu. Na to nic nie można poradzić, trzeba się z chorobą pogodzić, dużo pić. Schudłem sześć kilo. Dodatkowo zafundowałem sobie radyklaną zmianę pogody. Po dżungli postanowiłem pojechać z powrotem w góry. Udałem się w stronę Chin do Darjeeling, skąd pochodzi słynna herbata, a stamtąd do małego miasteczka na granicy. I tak w przeciągu trzech dni z temperatury 40 stopni gorąca znalazłem się znów na wysokości 4000 m n.p.m. i miałem śnieg pod stopami. Dodam, że byłem w klapkach. A po Darjeeling było Delhi, gdzie przeżyłem najgorętszy dzień w życiu, temperatura osiągnęła 42 stopnie.
Z tej podróży powróciłeś do Wiednia, ale tylko na kilka miesięcy. Kolejna wyprawa, rowerem przez Skandynawię na Nordkapp, czyli aż za koło podbiegunowe, to ogromne wyzwanie. Skąd pomysł, żeby środkiem lokomocji był rower?
– Rower od zawsze był moją pasją, trenowałem kiedyś kolarstwo. To świetny środek lokomocji, człowiek szybko przemieszcza się i przy okazji można też zrobić coś dla kondycji. Zatem kupiłem potrzebny sprzęt, spakowałem rower i pojechałem.
Dlaczego wybór padł akurat na Skandynawię?
– Myślę, że ważnym czynnikiem był tu Nordkapp, czyli punkt najbardziej wysunięty na północ. Zmienność pogody w tym miejscu – faktem jest, że tam wszystko może się wydarzyć, może na przykład cały miesiąc padać – sprawiły, że dojechanie tam stało się dla mnie wyzwaniem. Poza tym w Skandynawii jeszcze nigdy nie byłem, mam tam kilku znajomych, u których mogłem się zatrzymać.
Jak przebiegała twoja trasa?
– Z Wiednia pojechałem pociągiem do Berlina. Tam przenocował mnie pewien znajomy Polak. Na drugi dzień wyprawy, jeszcze w Niemczech, osa użądliła mnie w język, przyjechała po mnie karetka i zabrała mnie do szpitala. Do Rostocku, skąd odpływał prom do Szwecji, dojechałem z trzygodzinnym opóźnieniem. Tak się to zaczęło. Samo dotarcie do Nordkapp, czyli przejechanie rowerem 2,5 tys. km, zajęło mi 24 dni.
Zagrożenia, jakie czyhają w Skandynawii na turystę, są chyba innego rodzaju niż te w Indiach?
– Jedynym „zagrożeniem", jakie czeka na rowerzystę w tym rejonie, jest pogoda. Kraj jest bowiem bardzo bezpieczny, nie trzeba się martwić o to, że ktoś ukradnie rower.
Pierwsze trzy dni jechałem pod wiatr, padało. Nie było zatem lekko, mój rower ważył 20 kg plus moje 80 kg, zatem miałem w sumie 100 kg ciężaru. Trochę niebezpiecznie robiło się, gdy mijały mnie ciężarówki, ponieważ razem z silnym wiatrem powodowało to turbulencje i bardzo mną wtedy rzucało. Z roweru spadłem kilka razy. A poza tym nic takiego się nie stało, prócz zapalenia ścięgna po 12 dniach podróży, co spowodowało kolejną wizytę w szpitalu. Tam trafiłem na bardzo miłą lekarkę, Polkę, która dała mi leki za darmo. Zrobiłem sobie dzień przerwy, zamiast zalecanego tygodnia, bo dzięki tabletkom przeszło mi i pojechałem dalej. Tak naprawdę jazda, sama w sobie, sprawiała mi wielką frajdę, robiłem około 100 km dziennie, najwięcej to było 160. Ale zdarzało się na przykład i 20 km, bo nie każdy dzień jest idealny.
Jakie uczucia towarzyszyły Ci, gdy dotarłeś do celu?
– To nie było tak, jak sobie to wyobrażałem, czyli scena niczym z hollywoodzkiego filmu, w którym po trudach podróży wreszcie dotarłem do jej kresu... Kiedy już dojechałem do miejsca, które wcześniej przez trzy miesiące oglądałem w Internecie, czyli na sam kraniec Nordkapp, za kołem podbiegunowym, gdzie stoi metalowy globus, poczułem jedynie zadowolenie, że się udało.
Gdy wróciłeś do Wiednia, to miałeś już kolejne plany wyjazdowe, czy może tym razem postanowiłeś trochę odpocząć i posiedzieć w domu?
– Po powrocie ze Skandynawii spędziłem w Wiedniu tylko miesiąc. Miałem już zarezerwowany lot do Afryki, do Namibii. Już kilka miesięcy wcześniej postanowiłem, że pojadę tam we wrześniu na trzy miesiące do pracy.
Co to była za praca?
– U niemieckich hodowców bydła, na farmie krów. Farma była ogromna, wielkości połowy Belgii. Na miejscu okazało się, że z krowami nie będę miał do czynienia. Do moich zadań należały generalnie różne prace remontowe. Byłem tam trochę traktowany jak polski „Gastarbeiter". Właściciele farmy byli przyzwyczajeni do wydawania rozkazów, bardzo ważna była punktualność, choć na farmę nie przyjeżdżali żadni klienci. Trochę się tym wszystkim zawiodłem i odbiło się to na mnie, bo sposób, w jaki mnie traktowano, nie odpowiadał moim wyobrażeniom. Po miesiącu postanowiliśmy się bezstresowo pożegnać.
A co z odkrywaniem Afryki? Zdążyłeś coś zobaczyć, czy praca zabrała ci cały czas wolny?
– Po rozstaniu z pracodawcami postanowiłem zostać jeszcze miesiąc i zobaczyć trochę kraju. Namibia jest bardzo drogim krajem. Ponieważ nie ma tam autobusów, jedyną możliwością poruszania się jest wynajęcie samochodu terenowego z napędem na cztery koła, namiotem na dachu, kuchnią i pełnym wyposażeniem outdoorowym. A to jest koszt 3 tysięcy euro na trzy tygodnie. Na to nie było mnie stać, ale udało mi się zorganizować starego busa za jedną trzecią ceny. Co prawda nie było w nim klimatyzacji, ale dało się spać, miałem kuchnię. Po Namibii jeździłem cztery tygodnie, kraj jest tak wielki, że nie udało mi się wszystkiego zobaczyć. Nie poznałem tam wielu ludzi, za to walczyłem z małpami, które notorycznie wszystko kradły na kampingach.
Co Ci się najbardziej podobało w tej podróży?
– Byłem na własną rękę na safari, obserwowałem zwierzęta przy wodopoju. Kiedyś o północy widziałem trzy nosorożce walczące o samicę, piękne widowisko. Safari zorganizowałem sobie sam, bo ja właściwie wszystko lubię sam organizować. To dla mnie bardzo ważne, żeby być niezależnym, robić wszystko we własnym tempie. Co do safari – parkując w pobliżu wodopoju, obserwowałem autokary pełne turystów, które zatrzymywały się na kilka minut, po czym odjeżdżały. A safari polega na tym, żeby czekać, bo natura nie jest zaprogramowana tak, by akurat w danym momencie przed turystami pojawiły się zwierzęta.
Czy zawsze podróżujesz sam? Nie brak Ci czasem w czasie takiej wyprawy bratniej duszy?
– Samotne podróże pozwalają zastanowić się nad wieloma sprawami, o których zazwyczaj się nie myśli, bo nie ma na to czasu. No i człowiek jest zupełnie wolny i niezależny. W podróżach we dwójkę dużym plusem jest możliwość dzielenia się przeżyciami z tą drugą osobą. Po powrocie z Afryki w Wiedniu zastałem zimę i rozpocząłem przygotowania do kolejnej wyprawy, tym razem na Sri Lankę. Tam poleciałem już nie sam, a z moją dziewczyną Natalią. Kolejny wspólny cel to Bałkany we wrześniu i Tajlandia w lutym.
Co jest dla Ciebie najważniejsze w podróżowaniu?
– Ja zwiedzam, omijając punkty turystyczne, odwiedzam tylko te najważniejsze. Wolę wejść w boczną uliczkę, porozmawiać z ludźmi, wypić z nimi herbatę, zobaczyć, jak żyją. Nie muszę odpoczywać, bo dla mnie sama podróż jest odpoczynkiem.

Rozmawiała Rozmawia Magdalena Marszałkowska, Polonika nr 224, wrzesień 2013

Top
We use cookies to improve our website. By continuing to use this website, you are giving consent to cookies being used. More details…