SM jak sado maso

Ponieważ kiepski  film "50 twarzy Greya" zarówno w Polsce jak i Austrii cieszy się wielkim powodzeniem, przypominamy ciekawą rozmowę sprzed lat na temat praktyk sadomasochistycznych...

 


Czarno-biały szyld lokalu „SMart Café" nie rzuca się w oczy. Ale też nie ma takiej potrzeby, bo tu rzadko trafia się przez przypadek. Większość gości to stali bywalcy. Sympatyków sadomasochistycznych praktyk wbrew pozorom nie brakuje.

SMart Café jest jedynym tego typu lokalem w Wiedniu. Prowadzą go ludzie, którzy sami praktykują SM lub fetyszyzm i swoją ofertę kierują do ludzi o podobnych upodobaniach, służąc im własnym doświadczeniem i radą. SMart nie jest ani domem publicznym ani „swinger-clubem", ani też profesjonalnym studiem SM, tylko zakładem gastronomicznym. Alicja Hasenöhrl, rodowita krakowianka, jest właścicielką lokalu.

Skąd właściwie wpadłaś na pomysł takiego lokalu?
- Oj, to musiałabym zacząć bardzo... od początku...
Tak, od początku!
- Przyjechałam z Krakowa do Wiednia z koleżanką w 1988 roku. Właściwie to miałyśmy jechać dalej do Stanów. Czekając na rozmowę w ambasadzie USA podjęłam pracę w kawiarence przy Karlsplatz. I tam poznałam mojego męża, który wpadał tu coś zjeść jak miał przerwę obiadową, bo jego firma miała w pobliżu swoje biuro. Potem zaczął przychodzić też po pracy na lampkę wina, no i kiedyś zaprosił mnie na kawę. To było w listopadzie, a w grudniu zapytał, czy wyjdę za niego za mąż. Powiedziałam, że nie, bo mi to wszystko było za szybko, poza tym dostałam właśnie wezwanie z ambasady amerykańskiej na badania. Powiedziałam mu to, a on zaczął mnie błagać, żebym nie jechała do Stanów i w końcu w ogóle nie poszłam na te badania. Zostałam. Po roku zamieszkaliśmy razem, a w 1991 pobraliśmy się. Nie umiem sobie wyobrazić życia bez Martina.
Ale co to ma wspólnego ze SMart Café?
- Po kolei! Po pierwsze ja odkąd znalazłam się na emigracji zawsze pracowałam w jakimś lokalu...
A co robiłaś w Polsce?
- Byłam urzędniczką w resorcie oświaty. No co się śmiejesz? Nigdy nie myślałam, że będę kiedyś kelnerką. Ale stwierdziłam, że jako kelnerka w dobrym, dobrze prosperującym lokalu mogę bardzo dobrze zarobić. Były takie momenty na początku, że zarabiałam więcej niż mój mąż na odpowiedzialnym stanowisku. A ja musiałam dobrze zarabiać, bo chciałam koniecznie ściągnąć córkę, która została w Krakowie z moimi rodzicami. Miała wtedy 8 lat. Zostawiłam ją, bo nie wiedziałam co mnie tu czeka. Myślałam: jak ja nie będą miała co jeść to trudno, ale dziecka nie wolno narażać. Pracowałam więc jako kelnerka i marzyłam, żeby mieć własną kafejkę.
Ale skąd pomysł na właśnie taką kafejkę?!
- No czekaj! Mój mąż jak go poznałam miał 22 lata i tkwił w strasznych długach... nie wiedziałam dlaczego. Dopiero po latach się przyznał., że podoba mu się SM i że jako chłopak chodził do prywatnego studia, gdzie słono płacił za usługi. Najpierw byłam zaszokowana i nie rozmawiałam z nim dwa dni. Myślałam tak: jeśli mam z nim zostać, a rozstanie nie wchodziło dla mnie w rachubę, bo zbyt go kochałam, to nie mogę tego odrzucać i udawać, że sprawy nie ma. Dla mnie było logiczne, że jeśli ja to odrzucę, to on będzie chodził tam, gdzie to dostanie. Po dwóch dniach milczenia poprosiłam, żeby chcę się zagłębić w temat, żeby mi przyniósł książki, kasety itd. Prawdę mówiąc ja nawet wtedy nie wiedziałam co to jest SM! Martin robił to bardzo dobrze, bo... robił stopniowo i za to jestem mu wdzięczna. Pewnie gdybym poznała wszystko naraz, to doznałabym szoku. Z drugiej strony ja niewątpliwie miałam skłonności do SM, do fetyszyzmu, no i też te ubrania ze skóry bardzo mi się podobały... Mój mąż później mi dopiero powiedział, że on czuł we mnie, że ja „to" mam. Jemu się podobał sposób w jaki się poruszam, rodzaj energii, po prostu widział we mnie skłonność do dominancji. Pomysł na Smart-Café zrodził się z chęci pomocy ludziom takim jak mój mąż: pisma dla sympatyków SM są drogie, filmy, stroje, gadżety tak samo. Pomyślałam też, że nasza historia na pewno nie jest wyjątkowa, bo trudno rozmawiać o takich skłonnościach z partnerem, a jeszcze trudniej namówić go do spróbowania. A jak ktoś się taki urodził, to taki zostanie. Więc czemu nie otworzyć kafejki, takiego jakby pokoju gościnnego, przytuliska, gdzie ktoś nie musi iść zaraz do jakiejś dominy, płacić tysiące, tylko może posiedzieć u nas, pogadać, obejrzeć film, poczytać gazety, niektórzy trzymają takie gazety w domu pod kluczem, albo w kuferkach, żeby żony nie widziały. Taki przykład: przychodzi do nas mężczyzna, bardzo dobry ojciec i mąż. Ideał. A przychodzi, bo... lubi masować nogi kobietom, a żona tego nie chce.
Czemu?!
- Skąd mam to wiedzieć? Ludzie nie mówią o swoich potrzebach w słusznej może obawie, że jak się już przemogą, to zszokowany partner odwróci się od niego. Szkoda, że tak rzadko wykazujemy gotowość wsłuchania się i wczucia w partnera! Ile zdrad, ile rozstań można byłoby uniknąć!
Masz dużo stałych klientów?
- Myślę, że 95 procent.
Co jest najtrudniejsze w prowadzeniu lokalu?
Najtrudniejsi są goście, którzy przychodzą tu jako gapie. W dodatku przychodzą podpici, bo inaczej się nie odważą. Jak taki delikwent jest pijany, to alkoholu mu się nie podaje. Więc siedzi, sączy colę i się gapi. Niektórzy są nieprzyjemni, ale w końcu wychodzą dzięki bogu. Ale niektórzy są bardzo nieprzyjemni. Nie chcą opuścić lokalu, są głośni. Nasi goście przeważnie piją mało. Tu idą najczęściej dobre wina, droższe, napoje bezalkoholowe. Tu była przedtem grecka restauracja. Jeden z naszych sąsiadów przychodzi do nas często i mówi, że się bardzo cieszy, bo dawniej to tu były awantury, policja, strzelaniny jakieś, a teraz jest spokój.
Wiesz jakie zawody mają twoi goście?
- Większość wiem. Jest dużo lekarzy, pielęgniarek, dużo ludzi mających swoje firmy... adwokatów to jest czterech w tym jedna kobieta. Przychodzi doradca podatkowy, nauczyciele, nawet mam jedną dyrektorkę szkoły, ona jest uległa. Jest dwóch psychiatrów, pani i dwóch panów: wszyscy troje są dominujący. Poza tym „Baupolizist" i jeden funkcjonariusz mundurowy. Są aktorzy... A Dolores Schmiedinger przygotowywała się u nas do swojego programu kabaretowego „Unartig". Widziałaś może? Nie? Oooo, to musisz koniecznie zobaczyć! Bardzo śmieszne! Ona doskonale podpatrzyła różne charakterystyczne rzeczy u nas.
Przychodzą też Polacy?
- Tak, mam 2 gości stałych. Jeden pan i jeszcze jedną panią, ma przyjaciela austriaka. Elegancka, pięknie uczesana i ubrana...
Trafiłam raz przez przypadek w Berlinie do lokalu SM, była tam taka sztywna atmosfera, nadęta powaga, a u ciebie jest... mimo tych łańcuchów i pejczy nas ścianach, po prostu przytulnie, jakoś tak naturalnie...
SMart Café jest zakładem gastronomicznym, z punktem ciężkości na SM i fetysz, czyli pomyślany dla ludzi z tej sceny, żeby mieli się gdzie spotkać. W tej formie jest to pierwszy lokal tego typu w Europie. Bo to nie jest klub, gdzie musisz albo od wejścia płacić wstęp, albo masz kartę klubową i składki. Tu może przyjść każdy. Myślę, że moi goście się tu dobrze czują, bo odpowiada im ten wiedeńsko-krakowski klimat... Bo to jest tak: z jednej strony większość moich gości to Austriacy, więc w karcie musi być sznycel...
...Sznycel nazywający się zresztą „Popo vom Schwein nach brutaler Spankingsession in Vienna Style", czyli „świńska pupa po brutalnej sesji.... w wiedeńskim stylu" to twój pomysł, ta karta?
- Tak. Bo ja nie lubię śmiertelnej powagi! Trzeba umieć się śmiać z siebie. Ale też nie lubię rutyny! I dlatego mamy tu specjalności polskiej kuchni w zmieniającym się co miesiąc menu, np. polskie zupy: a to barszcz, a to pomidorowa, a to żurek, krupnik. Moi goście uwielbiają!
No i te genialne pierogi... masz kucharkę z Polski?
- Oczywiście! To jest zresztą moja przyjaciółka, ona była kiedyś moją szefową w wydziale oświaty. Pochorowała się, straciła pracę i tak zaproponowałam jej, żeby przyjechała do mnie.
Prawdę mówiąc warto tu przychodzić dla samej kuchni...
- No jeśli cię poza tym tu nic nie interesuje (śmieje się)... Przecież wiesz, że ja tu organizuję kursy bondage' u: nie masz pojęcia ilu jest ludzi, którzy chcą się tego nauczyć, a to rzeczywiście niełatwe, żeby partnera przy okazji nie uszkodzić! Poza tym robię wystawy, koncerty, co dwa miesiące jest wernisaż, ja popieram artystów, bo wiem, że im jest zawsze ciężko: więc daję sekt, robię kanapeczki, a jak uda się sprzedać obrazy, to oddaję im całą sumę. Dwa miesiące przed Bożym Narodzeniem piekę ciasteczka i robimy wspólne spotkanie przed świętami. To taki artystyczny remanent z całego roku, śpiewamy o sobie nawzajem kuplety. A potem zamykam lokal, bo co roku na Boże Narodzenie i na Wielkanoc jadę do Krakowa, do rodziców!
Twoi bliscy w Polsce wiedzą o tym lokalu?
- Niektórzy tak, niektórzy wiedzą tylko, że mam jakąś kafejkę. Ostatnio byłam na spotkaniu maturalnym w Krakowie, spotkałam tam po latach swojego pierwszego chłopaka. Miło było mi słyszeć od niego, że świetnie wyglądam, że mu się nadal podobam... Jemu na przykład próbowałam opowiedzieć jaki lokal prowadzę, ale nie wiem, czy on mnie dobrze zrozumiał.
A jak się córka dowiedziała?
- No najpierw tośmy długo to z Martinem ukrywali. Tak jak większość ludzi z takimi upodobaniami trzymaliśmy nasze ubrania skórzane i inne akcesoria pochowane w kufrach, zamknięte na zamek. Jak Kinga skończyła 18 lat, to postanowiłam jej powiedzieć, ale nie wiedziałam jak. No i zaczynam: wiesz, Kinga w życiu to tak różnie... bo widzisz... a ona: „maaamo, przecież ja wiem, że macie te pejcze w walizce schowane, myślisz, że ja tego nie widziałam?" Kinga prowadzi sklep, tu niedaleko, ze skórzanymi strojami, różnymi kostiumami.
To już niedługo sześć lat prowadzenia Smart Café.
- Kafejkę otworzyliśmy na moje urodziny 15 września i co roku na rocznicę, a też na moje urodziny, robimy małe przyjęcie i zbieramy pieniądze, które przekazujemy na jakąś akcję dobroczynną: na Caritas, dla powodzian, albo na chore dzieci, a 2 lata temu daliśmy pieniądze na „Frauenhaus". To jest instytucja, która daje schronienie kobietom, które są bite przez mężów. Chciałabym wyraźnie podkreślić, że jesteśmy zdecydowanymi przeciwnikami przemocy w rodzinie. Potępiamy ją kategorycznie i bezwarunkowo. My się od przemocy i wszelkiej brutalności dystansujemy! Nie mamy i nie chcemy mieć nic wspólnego z powszednimi sadystami, którzy terroryzują rodziny, biją żony i dzieci. Dla nas SM to jest tylko zabawa: tu wszystko jest wcześniej omówione z partnerem, granice ustalone i granic tych nie wolno przekroczyć. Nam bardzo zależy na tym, żeby obie strony SM, czyli dominancja i uległość, żeby to wszystko było pod kontrolą i nie wychodziło poza ramy, gdzie jest już tylko wstrętna brutalność. My się nawzajem szanujemy. A tego słowa, nie mówiąc o uczuciu, pijany brutal, który wali żonę w twarz po prostu w ogóle nie zna.

Rozmawiała Dorota Krzywicka, Polonika nr 126, czerwiec 2005

 

 

Top
We use cookies to improve our website. By continuing to use this website, you are giving consent to cookies being used. More details…