Niezapomniane święta Bożego Narodzenia

fot. © MNStudio

Święta Bożego Narodzenia to chyba najbardziej rodzinne ze wszystkich świąt. To czas, kiedy wszystko nabiera innego wymiaru, innego znaczenia. Każdy z nas nosi w sercu świąteczne wspomnienia, które towarzyszą nam przez całe życie.

 

 

 


Doświadczyliśmy cudu
Nie ma jednak chyba nic piękniejszego niż pojawienie się na świecie nowego człowieka, szczególnie gdy jest to akurat Boże Narodzenie. Dagmara, lat 58, opowiedziała nam o najbardziej wyjątkowym prezencie, jaki dostała od losu.
- Moja córka Asia urodziła się dziewiętnastego grudnia 1981 roku. Przyszła na świat już tutaj, w Austrii. Stan wojenny zatrzymał moją rodzinę w Polsce i ich przyjazd do nas nie był możliwy. Byliśmy z mężem na tak zwanym dorobku, sami, młodzi emigranci bez pieniędzy. Do tego tragiczne wieści z Polski, strach o najbliższych, jedna wielka niewiadoma. Wiedzieliśmy, że musimy być silni, bo w naszym życiu pojawiła się nasza córka. Święta były skromne i z jednej strony smutne, bo byliśmy z dala od rodziny, w obcym kraju, z drugiej strony doświadczyliśmy cudu – w naszym życiu pojawił się nowy człowieczek. Nie mieliśmy wiele, ale na choinkę było nas stać. Bombek nie było i prezentów też nie kupowaliśmy. Ułożyliśmy Asię na pierzynce w plastikowym koszu, takim jak na bieliznę, i położyliśmy ją pod choinką. A nasz najpiękniejszy prezent spał sobie smacznie, nic nie wiedząc o bożym świecie! To był taki magiczny moment, patrzyć na taką malutką istotę, która zawładnęła naszym życiem. Teraz Asia jest dorosła, ale zachowała na pamiątkę ten kosz, w którym kiedyś leżała pod choinką. Od około sześciu lat rodzina z Polski przyjeżdża na Boże Narodzenie do nas, bo urzekł ich klimat świąteczny, jaki panuje w Wiedniu.
Podobnymi wspomnieniami podzielił się z nami Tomasz. Jego córka urodziła się trzy lata temu na dwa miesiące przed Bożym Narodzeniem. Tomek wspomina to tak:
- Te najwspanialsze wspomnienia świąteczne związane są z moją córeczką. Żona urodziła ją w październiku, więc pierwsze Boże Narodzenie, gdy mała była już na świecie, upłynęło nam pod znakiem dziecka! Nie chcieliśmy z żoną podróżować z tak małym dzieckiem, więc zostaliśmy w Wiedniu. Przyjechali moi rodzice i właściwie nie wydarzyło się nic specjalnego. Po prostu gapiliśmy się wszyscy na małą Helenkę jak oczarowani i zahipnotyzowani. Patrzyliśmy tak na nią, nic nie mówiliśmy pełni oczekiwania, a ona spała... A my się dalej gapiliśmy i nie wierzyliśmy własnemu szczęściu, że w naszym życiu pojawiła się ta kruszynka.

Dzwonek do drzwi
Bywa tak, że przy wigilijnym stole brakuje kogoś, kto jest daleko. Tym piękniejsze stają się Święta, gdy taka osoba nagle pojawia się. Swoim najpiękniejszym wspomnieniem podzieliła się z nami Marta.
- Mój tata nie był marynarzem, ale za sprawą mojego wujka marynarza udało mu się uczestniczyć w dwóch czy trzech rejsach na tankowcach. A że był całe życie pracownikiem umysłowym, a na statku pracował fizycznie, obie z mamą się o niego martwiłyśmy. Jeden z rejsów przypadł na czas wojennych rozruchów w Zatoce Perskiej. W mediach non stop donosili o wojnie w tym czasie. Pamiętam, że w tamtą Wigilię miałyśmy być tylko we trzy plus pies, czyli: mama, babcia, ja i Malutki – tak się wabił mój jamnik szorstkowłosy. Pamiętam dokładnie, że wyczekiwaliśmy właśnie pierwszej gwiazdki, ja donosiłam jeszcze dodatkowy talerz i z tym talerzem w ręku słyszę dzwonek do drzwi, nie do domofonu, tylko od razu do drzwi. I to nie byle jaki dzwonek, tylko charakterystyczny kod, którym posługiwaliśmy się w domu, kiedy któreś z nas zapomniało kluczy. A więc nasłuchuję tego potrójnego dzwonka – szyfru i zamieram. Kto to może być – mama i babcia w domu, a ktoś dzwoni do naszych drzwi naszym kodem? O co tu chodzi? Wiedziałam, że jest to fizycznie niemożliwe, ale czułam, nadal się nie ruszając (bo wciąż tak stałam z tym talerzem w ręku), że to tata. Albo inaczej: tak bardzo chciałam, żeby już wrócił, cały ten rok codziennie o tym marzyłam, ponieważ akurat ten rok należał do bardzo ciężkich – masę problemów nastolatki plus nienajlepsze relacje z mamą. I w pewnym momencie, gdy podbiegłam do drzwi, wciąż z talerzem w ręku, gdy je otworzyłam i zobaczyłam tatę stojącego w drzwiach – czarnego jak heban od słońca, w krótkim rękawku nawet chyba, bo ktoś go z lotniska podrzucił. Nigdy się tak bardzo nie cieszyłam na jego widok jak w tamtej chwili. Pięknie było, zjedliśmy kolację. I prezenty były, całe mnóstwo, takie inne – z rejsu, z innego dla mnie świata.

Babciny sernik
- Czasem jest tak, że osoba, za którą tęsknimy, nie zrobi nam niespodzianki, jak tata Marty, i nie pojawi się już nigdy. Osoby, które odeszły od nas na zawsze, żyją jednak w naszych wspomnieniach. Tak jak w przypadku Renaty, która tak wspomina swoje dzieciństwo z babcią: „Najważniejszą osobą w moim życiu była moja babcia. To właśnie z nią wiążą się moje najwspanialsze wspomnienia. Pamiętam, że jako dziecko uwielbiałam jej pomagać w kuchni, choć pewnie bardziej jej przeszkadzałam niż pomagałam. Udawałam, że coś ucieram, kroję, gotuję, a ona nigdy się nie denerwowała, że plączę się jej między nogami, i pozwalała mi bawić się w kuchni. Pewnie stąd biorą się moje „zapachowe" wspomnienia. Z każdym wydarzeniem kojarzy mi się zapach jakiejś potrawy gotowanej przez moją babcię. Święta Bożego Narodzenia to zawsze był dla mnie zapach babcinego sernika. Wspomnienie świąteczne, które zawsze powraca do mnie, związane jest właśnie z babcią i jej wspaniałym sernikiem. Miałam wtedy chyba z siedem lat, w całym domu pachniało jedzeniem, które było przygotowywane przez babcię już od kilku dni. Była perfekcjonistką i wszystko musiało być tak, jak sobie zaplanowała. Właśnie skończyłam ubierać choinkę i byłam tak podekscytowana tym faktem, że chciałam koniecznie powiedzieć o tym babci. Wpadłam do kuchni jak burza, cała szczęśliwa i zaaferowana tym, że choinka jest już ubrana. Usiadłam przy stole, nie przerywając paplaniny, i poczułam pod pupą coś ciepłego. Okazało się, że babcia, aby ostudzić sernik, przykryła go ściereczką i postawiła na krześle, na którym właśnie usiadłam. Sernik był nie do uratowania, a ja płakałam jak bóbr. Wszyscy z tego śmiali, a ja ciągle miałam łzy w oczach, bo żal mi było sernika. Teraz jestem po pięćdziesiątce i kiedy wspominam wstecz wszystkie Święta w moim życiu, to właśnie tamto wydarzenie wspominam z największym rozczuleniem. Babcia zmarła w styczniu 1982 roku, ja mieszkałam już w Austrii i nie mogłam pojechać na pogrzeb do Polski. Płakałam tygodniami i bardzo to przeżywałam. Teraz po latach, zamiast się smucić, wspominam tylko te wesołe momenty, takie jak ten, gdy zniszczyłam babciny sernik."

Święta 1981 roku
Zimę roku 1981 pamięta każdy. Małgosia, lat 36, opowiedziała nam o swoim wspomnieniu związanym właśnie z tamtymi wydarzeniami.
- Święta spędzaliśmy zawsze bardzo rodzinnie i tradycją było, że nasza rodzina, rozsiana po całej Polsce, spotykała się u mojej cioci w Bydgoszczy. To były takie prawdziwe, rodzinne Święta. Ja, jako jedynaczka, zawsze czekałam na ten moment, bo wiedziałam, że spotkam wszystkie moje kuzynki i kuzynów, że będziemy się bawić i szaleć i wszystko nam będzie wolno. Gdy wybuchł stan wojenny, miałam 6 lat i nie rozumiałam, co się dzieje, ale największą tragedią było to, że nie pojedziemy do Bydgoszczy i nie spotkam się z moją ukochaną kuzynką Anią. Dla sześciolatki, która od miesięcy czeka na wyjazd świąteczny, to był koniec świata! Nie mogłam zrozumieć tego, czemu nie wolno nam jechać do rodziny. Właśnie z tym związane jest wydarzenie, które w naszej rodzinie wspominane jest do tej pory i opowiadane jak dowcip. Byłam z mamą na przedświątecznych zakupach. Stałyśmy w kilometrowej kolejce, nawet nie pamiętam, co miałyśmy kupić. Ja, jako straszna gaduła, mówiłam dużo i głośno i wszyscy ludzie w kolejce musieli mnie słuchać – czy chcieli, czy nie. Nagle przypomniało mi się, że stała mi się straszna krzywda, bo nie pojadę do kuzynki. Zapytałam na głos: „Mamusiu, a czemu nie wolno nam pojechać do Ani do Bydgoszczy?". Ludzie w kolejce zamarli i wyczekująco patrzyli na moją mamę, co ona powie. Moja mama ze stoickim spokojem odpowiedziała: „Bo pan generał nam nie pozwolił". Ludzie jakby odetchnęli, a ja po krótkim przemyśleniu sytuacji krzyknęłam na cały sklep: „To dajmy panu generałowi jakieś pieniążki, to może nas puści!". Moja mama zaczerwieniła się, a ludzie zaczęli patrzeć krzywo i komentować, że od razu widać, że rodzina łapówkarzy i dziecko od małego uczą przekupstwa. Mama złapała mnie za rękę i szybko opuściłyśmy sklep. Po latach ta historia stała się rodzinnym przebojem, a kuzynka zawsze opowiada, że muszę ją bardzo kochać, skoro chciałam dać łapówkę Jaruzelskiemu, żeby do niej pojechać.

W opuszczonej kaplicy
Pan Zygmunt sięgnął pamięcią do bardzo odległych wspomnień. Okazuje się, że mimo tylu przeżytych Wigilii, ta pozostała w jego pamięci jako ta szczególna, najpiękniejsza.
- Miałem szczęście wszystkie Wigilie spędzić na łonie rodziny z wyjątkiem jednej, pamiętnej, w roku 1944. W listopadzie tego roku trzech kolegów z mojego plutonu Armii Krajowej zostało aresztowanych i później rozstrzelanych przez niemiecką żandarmerię w Błoniu. Ja również zostałem zdekonspirowany i aresztowany, lecz udało mi się uciec, kiedy byłem prowadzony do posterunku na przesłuchanie. Żandarmeria rozwiesiła plakaty obiecujące nagrodę za wskazanie miejsca mojego pobytu i mojego kolegi Ryszarda.
Musieliśmy się ukrywać. Z Komendy Okręgu AK dostaliśmy po 500 złotych, fałszywe dokumenty na inne nazwiska i miejsca zamieszkania oraz trochę żywności. Zdobyliśmy informację, że możemy się ukryć "na własną rękę" w opuszczonej i zniszczonej kaplicy w Lasach Chojnowskich w pobliżu Magdalenki. Spaliśmy tam pod kocami leżąc na stopniach zniszczonego ołtarza obok barokowych aniołków. Żywność dostawaliśmy od czasu od czasu do dziedzica pobliskiego majątku. Gajowy przyniósł nam raz doskonałe świeżo usmażone kotlety z dopiero co zabitej świni. Zima była sroga. Z cegieł porozrzucanych w pobliżu kaplicy zbudowaliśmy prymitywne palenisko, aby się trochę ogrzać. Dym gryzł w oczy.
Przyszła Wigilia, którą trudno zapomnieć. Wieczorem z naszego miasta przyszły do nas trzy koleżanki z AK. Przyniosły opłatek, świeczki, ciasta, coś mocnego do picia i zostały do następnego dnia. Czuliśmy się bezpiecznie. Była to najpiękniejsza Wigilia w moim życiu. Do domu wróciliśmy 18-go stycznia 1945 roku. Kilka lat temu byłem w Polsce. Chciałem znaleźć naszą kaplicę. W tym miejscu rośnie dziś piękny las. Nie ma nawet śladu fundamentów.

Świąteczne wspomnienia są wyjątkowe. Wywołują uśmiech na naszej twarzy, czasem zawstydzają lub wzruszają do łez. Dobrze jest czasem wrócić do wspomnień sprzed lat. Życzmy sobie, aby tegoroczne Święta były spokojne, rodzinne, pełne miłości i pozostawiły po sobie same wspaniałe wspomnienia!

Magdalena Marszałkowska, Polonika nr 203/204, grudzień 2011/styczeń 2012

 

Top
We use cookies to improve our website. By continuing to use this website, you are giving consent to cookies being used. More details…