Czy jesteśmy stąd?

fot. Franz Metelec

Im bardziej poczujemy się jak w domu, tym bardziej może zaboleć jak ukłucie ostrą szpilką pytanie: „skąd jesteś?", dające do zrozumienia, że jesteśmy postrzegani jako nietutejsi.

 To było dość dawno temu. Jadąc metrem, wdałam się w rozmowę z pewną starszą panią. Rozmowa była sympatyczna: o literaturze, o muzyce – aż do chwili, kiedy starsza pani, słusznie wyczuwając obcy akcent w mojej niemczyźnie, zapytała skąd pochodzę. Powiedziałam, że z Polski, a ona – z trudem ukrywając zaskoczenie, a może nawet rozczarowanie – po odrobinę za długo trwającym milczeniu powiedziała powoli: „Nigdy bym nie przypuszczała...".

Na szczęście chwilę później musiałam wysiadać, więc plama, jaką dała moja rozmówczyni, rozmyła się nieco. Ale mimo że od tamtego przypadkowego spotkania i nieprzemyślanej uwagi zupełnie obcej mi osoby minęło wiele lat, czas owej plamy nie wywabił. Od tamtej pory wielokrotnie odpowiadałam na takie lub podobne pytanie i... chyba nigdy nie zdarzyło mi się, żeby przy wypowiadaniu słów „jestem z Polski" nie towarzyszył mi wewnętrzny lęk, rodzaj skrępowania: że pytająca osoba palnie głupi dowcip o złodziejach samochodów alby pospieszy z informacją, że jest bardzo zadowolona ze sprzątania jej polskiej „perły", a w najlepszym razie – zamilknie na moment i przyjrzy mi się z niedowierzaniem lub zaskoczeniem.

Mogłabym oczywiście nabujać
i przypisać sobie inne pochodzenie, albo iść w zaparte i twierdzić, że jestem stąd: bo przecież żyję tu dłużej niż żyłam w Polsce, bo mam austriackiego męża, w ogóle w moim otoczeniu więcej jest Austriaków niż rodaków? Bo mówię prawie wyłącznie po niemiecku, tu zarabiam pieniądze i płacę podatki, tu biorę udział w życiu publicznym i kulturalnym, tu spędzam mój czas wolny, zaś w ojczyźnie bywam sporadycznym gościem? Może mogłabym, ale nigdy tego nie robię. To nie byłaby prawda. Nie jestem „stąd".

Urodziłam się w Polsce.
Tam spędziłam dzieciństwo. Pamiętam, że jako kilkuletnia dziewczynka stałam w przedświątecznych kolejkach, bo „rzucili" cytryny. Pamiętam, jak w szkole śmialiśmy się z dowcipów o babie, co przyszła do lekarza, a później w kinie z „Misia" (filmu hermetycznego, dla nie-Polaków kompletnie niezrozumiałego). Przeżyłam kartki żywnościowe i godzinę milicyjną w stanie wojennym. Kiedy byłam w ciąży, wbito mi pieczątkę do dowodu osobistego, która uprawniała mnie do odebrania wyprawki niemowlęcej składającej się m.in. z 40 tetrowych pieluch. Członkowie mojej rodziny walczyli o wolną Polskę, ginęli za nią i siedzieli w więzieniach. Wzruszam się, śpiewając „Bóg się rodzi", ale i „Cała jesteś w skowronkach".... Moje korzenie są tam, w Polsce. Lista elementów, które ukształtowały moją świadomość, jest niewątpliwie bardzo polska i niewątpliwie bardzo inna. Tu nie chodzi ani o licytowanie się, co jest lepsze, ani tym bardziej o odżegnywanie się od czegokolwiek. To nie pytanie o uczucia patriotyczne ani o kosmopolityzm. To po prostu fakt. Jesteśmy od Austriaków inni... w środku!

Bo co to znaczy: „jestem stąd"?
Czy rzeczywiście wystarczy przemieszkać gdzieś dwadzieścia, trzydzieści lat, ba, większą część życia, żeby ... stać się kimś „stąd"? Owszem, jest tak, jak mówi przysłowie: jeśli wchodzimy „między wrony", nie pozostaje nam nic innego jak „krakanie tak jak one". Zamykanie się na ludzi, kulturę, zwyczaje, tradycję, język kraju, do którego przybyliśmy, postrzeganie tego kraju jako obcego, prowadzi do osamotnienia i zgorzknienia. Obce wydaje się wrogie i budzi w nas automatycznie (bo to odruch obronny) agresję. Nie, izolacja na obczyźnie to zła droga, nie warto na nią wchodzić. Już choćby dla własnego komfortu psychicznego, ale też z ciekawości warto starać się coraz lepiej poznawać świat, który wybraliśmy sobie jako nowe miejsce na ziemi. Zbliżyć się do ludzi. Posmakować, co jedzą, posłuchać, o czym rozmawiają, co irytuje obywateli kraju, do którego przybyliśmy, co ich cieszy, z czego są dumni... To oczywiste, że stopniowo wtopimy się, staniemy częścią tego społeczeństwa. A im bardziej poczujemy się jak w domu, tym bardziej może zaboleć jak ukłucie ostrą szpilką pytanie: „skąd jesteś?", dające do zrozumienia, że jesteśmy postrzegani jako nietutejsi.

Ale dlaczego właściwie to nas boli?
Może po prostu jesteśmy przewrażliwieni? Być może nasz rozmówca po prostu słyszy nasz mniej lub bardziej wyraźny cudzoziemski akcent? Nie łudźmy się: żebyśmy nie wiem jak się starali, nie wiem jak bezbłędnie mówili w obcym języku, to akcent nas zdemaskuje. Żeby go nie mieć, trzeba przyswoić sobie dany język w dzieciństwie. Tak więc pogódźmy się, że już po wypowiedzeniu kilku zdań zostaniemy rozszyfrowani jako ktoś „nie stąd". Warto więc jednak zadać sobie pytanie: dlaczego wydaje nam się, że takie pytanie zawiera wrogość?

Spróbujmy odwrócić sytuację:
wyobrażam sobie, że jestem w moim rodzinnym mieście, na przykład na sporej imprezie, na przykład na imieninach przyjaciółki ze szkoły. Wśród zgromadzonych gości jest nieznana mi dotychczas, urocza i elokwentna osoba. Rozmawia się nam wspaniale, śmiejemy z tych samych żartów, zachwycamy się tymi samymi filmami... ale w wypowiedziach wyraźnie słyszę, że to nie Polka: coś jest w niej innego.... i tak dziwnie jakoś mówi „sz" zamiast „ś"... Pytam więc – rzecz najnaturalniejsza w świecie – skąd Pani pochodzi? I pytam o to nie dlatego, bo się najeżyłam, że tu wśród nas, samych swoich, przyplątała się cudzoziemka? No przecież nie! Raczej pytam, bo jestem całkiem i zwyczajnie po ludzku ciekawa. Bo być może to pytanie doda naszej rozmowie nieoczekiwany wątek? Gdyby odpowiedziała „jestem stąd", uznałabym, że robi mnie w konia. Dlaczego nie potrafimy sobie wyobrazić, że nasza inność jest dla tubylców atrakcyjna?

W ubiegłym roku
polska reżyserka Anna Badora, dyrektor Schauspielhaus w Grazu, otrzymała zaproszenie na uroczyste przyjęcie gromadzące wysoko postawionych przedstawicieli polityki, kultury i gospodarki, a w owym zaproszeniu widniała wzmianka: Kleiderordnung – Tracht. Mieszkająca w Austrii od wczesnej młodości, bo od połowy lat 70., Badora zwróciła się do mnie z prośbą o pomoc: Jeśli mam włożyć strój ludowy, to tylko polski. Przecież nie mogę iść w Dirndlu? Z jakiej racji? To by była przebieranka! Akcja „kompletujemy strój krakowski" zakończyła się pomyślnie, a polska dyrektorka austriackiego teatru wywołała na przyjęciu furorę: w spódnicy w czerwone róże, falbaniastej białej bluzce, czerwonych wysoko sznurowanych butach i lśniącym cekinami i kolorowymi haftami serdaku krakowskim wyglądała jak piękny, rajski ptak! Panowie nie mogli oderwać od niej oczu, a panie (naturalnie wszystkie w Dirndlach) rzucały zazdrosne spojrzenia.

Czasem myślę, że nasz lęk
dotyczący wyjawienia naszego pochodzenia wynika z tego, że to ... w Polsce nie przepada się za cudzoziemcami. Kiedy jadę wiedeńskim metrem, z każdej strony dobiegają mnie strzępy rozmów we wszelkich możliwych językach, na przykład tureckim, hiszpańskim, serbskim, włoskim, rumuńskim, węgierskim, japońskim i naturalnie polskim, niemieckiego zaś nie słyszę wcale, albo prawie wcale. Próbuję sobie wyobrazić, jak reagowaliby na taką sytuację nasi rodacy w kraju. Właściwie to prawie niemożliwe, żeby w środkach komunikacji miejskiej na peryferiach mojego rodzinnego miasta usłyszeć rozmawiających (i mieszkających!) tu cudzoziemców.
Co więcej – pamiętam aż nadto dobrze, kiedy w tramwaju w Krakowie jakaś pani... opluła moją włoską przyjaciółkę, z którą akurat rozmawiałam po niemiecku, bo był to język, którym obie najlepiej się posługiwałyśmy. Był to rok 1981 i oczywiście wiele się od tamtego czasu zmieniło, dziś turyści dosłownie zalewają krakowski Rynek, na którym krzyżują się dziś obcojęzyczne frazy wypowiadane przez Anglików, Francuzów, Niemców, Rosjan... ale: to są turyści i nie spotka się ich w tramwaju na trasie, dajmy na to w kierunku Prądnika albo Czyżyn.

Jak reagowalibyśmy, gdyby
krakowski tramwaj był taką „wieżą Babel" jaką jest wiedeńskie metro? Gdyby imigranci mieszkali w Polsce w liczbie zbliżonej do proporcji austriackich? Obcokrajowcy żyjący w Polsce (większość z nich posiada okresową kartę pobytu) stanowią dwa 2‰ (promile!) ogółu mieszkańców Polski, prawie najmniej w Europie. Dla porównania: w Austrii ów odsetek wynosi ponad 20 procent, czyli co piąty mieszkaniec ma obce obywatelstwo! W Polsce – co pięćsetny. Może więc powinniśmy sobie uświadomić, że posiadanie tak zwanego „tła migracyjnego" (tak to się dziś nazywa poprawnie i elegancko...) jest w Austrii rzeczą powszednią, że nie ma się co czaić, stroszyć i ściemniać, tylko umieć nazwać swoją odrębność i być z niej dumnym. Pomijając owe 20 procent cudzoziemców, warto przypomnieć, że w praktycznie każdym obywatelu austriackim płynie krew „mieszana". Nie na darmo mawia się tu, że każdy szanujący się wiedeńczyk ma babkę Czeszkę. A te 20 procent nie obejmuje migrantów, którzy przyjęli austriackie obywatelstwo...

Przez lata spędzone poza Polską,
a będzie ich niedługo trzydzieści, wypracowałam metodę szybkiego i skutecznego reagowania na pytanie skąd jestem. Mówię, naturalnie zgodnie z prawdą, że „urodziłam się w Krakowie". I daję rozmówcy dwie sekundy czasu na rozpromienienie się i formułę: „ach, cóż za piękne miasto!". Jeśli reakcja taka nie następuje, wypowiadam to zdania szybciutko sama i potem spokojnie nawijam o zabytkach, o legendach, o historii... zachęcam do zwiedzenia, podkreślając, że to przecież tylko trochę ponad 400 km... Wyprawiłam w ten sposób do Polski już tylu Austriaków, że brakłoby mi palców, gdybym chciała ich zliczyć. Ostatnio szef austriackiej wytwórni płytowej Gramola, namówiony przeze mnie, spędził w Krakowie sylwestra. Kiedy spotkaliśmy się kilka tygodni później, uśmiechnął się na mój widok od ucha do ucha i – parafrazując słynne powiedzenie Kennedy'ego „Ich bin ein Berliner!" – rzucił mi na powitanie: „Ich bin ein Krakauer!".

Odpowiadając na pytanie,
skąd jesteśmy, wykorzystajmy szansę zareklamowania miejsca, skąd pochodzimy. Właściwie każdy zakątek w Polsce jest atrakcyjny i piękny, a w dodatku inny od tego, co mają w swoich granicach Austriacy pozbawieni na przykład morza, „krainy tysiąca jezior" i niezmierzonych puszcz. Uczmy naszych austriackich znajomych polskiej historii, podsuwajmy polską literaturę i filmy, opowiadajmy o polskiej kuchni: a niech im ślinka cieknie! Zmieniajmy, krok po kroku, austriackie spojrzenie na Polskę. Pamiętajmy: to właśnie od nas zależy, jak będą postrzegani nasi rodacy nie tylko dziś, ale – co ważniejsze – także i jutro.

Dorota Krzywicka-Kaindel, Polonika nr 231, kwiecień 2014.

 

Dodatkowo:

Newsletter

Jeżeli chcesz otrzymywać mailem informacje na bieżąco wpisz swój adres e-mail
Top
We use cookies to improve our website. By continuing to use this website, you are giving consent to cookies being used. More details…