Moje pierwsze święta w Austrii

Czy Polacy, którzy opuścili ojczyznę w poszukiwaniu lepszej przyszłości, odnaleźli swoje miejsce? Jest w roku taki jeden dzień, w którym przekonujemy się, czy znaleźliśmy swój nowy dom. Tym dniem jest Wigilia. Poprosiliśmy więc o wspomnienia Wigilii, tej pierwszej na emigracji.

Georg Motylewicz: Moja pierwsza Wigilia w Wiedniu - 24. grudzień 1981 roku. Pracowałem wtedy w firmie kamieniarskiej przy szlifowaniu płyt nagrobkowych. 24 grudnia wszyscy w firmie myśleli już tylko o zbliżających się Świętach Bożego Narodzenia i większość rozmów dotyczyła świąt. Około godz. 15.00 zjawił się szef i zadecydował, że ja i jeden z Austriaków ( nazwę go Hans) pojedziemy na cmentarz na Floridsdorf i tam na wskazanym grobie zamontujemy małą latarnię na świeczkę. Mój austriacki kolega na tę wiadomość powiedział parę niecenzuralnych słów, napił się wina i pojechaliśmy.
Pierwszą czynnością było wywiercenie otworów na śruby, na których zamocowaliśmy latarnię, a potem Hans wziął się za wklejanie szybek do latarni. Ponieważ cały czas przy pracy popijał wino, robota nie bardzo mu szła, aż w końcu pociął sobie palce i zakrwawił całą latarnię. I wtedy właśnie jak na złość zjawił się szef, żeby skontrolować, jak nam idzie. Na widok pokrwawionej latarni wpadł we wściekłość i zagroził wyrzuceniem Hansa z pracy. Hans wziął się do czyszczenia latarni i grobu, a ja jak urzeczony wpatrywałem się w widoczne na horyzoncie światła miasta. Mnie się nie spieszyło, bo wiedziałem, że i tak nikt na mnie nie czeka.
Po skończonej pracy pojechałem do swojego mieszkania, które dzieliłem z trzema innymi rodakami. Oni już czynili pierwsze przygotowania do Wigilii. W piecu, w tzw. „kozie", palili gazety z kontenera i gotowali ziemniaki oraz jakąś najtańszą rybę. Przygotowali też oczywiście dwulitrowe wino - słynną „krowę" i najtańszy koniak, jaki można było dostać w Hoferze – pamiętam, nazywał się „Diplomat".
Ta nasza „Wigilia" nie doszła jednak do skutku, ponieważ kolega z sąsiedniego mieszkania przyszedł z wiadomością, że pod polskim kościołem na Rennwegu znalazł kartkę z wiadomością „Przyjmę Polaków na Wigilię". Postanowiliśmy więc pojechać pod wskazany adres. Było to w 10 becyrku, gdzieś w okolicy „Bähmischer Prater".
Drzwi otworzył nam Austriak w średnim wieku i całą piątkę zaprosił do środka. Byliśmy wszyscy pod wrażeniem: willa niczego sobie, a na środku pokoju olbrzymia choinka, przepięknie udekorowana. Na stole były już przygotowane wigilijne dania: kilka rodzajów zup, smażony karp, kompot ze śliwek. Wszystko zupełnie jak u nas w Polsce.
Od razu poczuliśmy się lepiej, domowo i nasze pierwsze zakłopotanie ustąpiło miejsca wzruszeniu. Gospodarz wraz z żoną i dwójką dzieci zaprosili nas do stołu. Po krótkiej modlitwie gospodarze poprosili, żebyśmy zaśpiewali jakąś polską kolędę. Nie byliśmy na to przygotowani i nasz wspólny śpiew nie był szczególnie pięknym popisem. Ale dla nich liczył się sam fakt.
Cała rodzina okazywała nam dużo serdeczności i taktu. Gospodarz, nazywał się chyba Brunnbauer, opowiedział nam, jak to studiował różne książki kucharskie, żeby znaleźć przepisy na polskie potrawy wigilijne. Kiedy już zaspokoiliśmy pierwszy głód, dzieci rozdały nam prezenty. Były to drobiazgi, ale gest był naprawdę wzruszający. Pamiętam, że ja dostałem długopis i kalendarzyk kieszonkowy. Mam je do dnia dzisiejszego.
Podziękowaliśmy gospodarzom za ten bardzo ciepły wieczór wigilijny i wróciliśmy do domu. Jechaliśmy oczywiście na „wyprane" bilety. Przy najbliższej budce telefonicznej zatrzymaliśmy się i każdy z nas zadzwonił do swojej rodziny. Ponieważ nie mieliśmy pieniędzy każdy z nas po kolei dzwonił na tzw. „szablę", to znaczy wyciętą z brzeszczotu blachę, którą można było „nabić" 99 szylingów. I tak zakończyła się moja pierwsza Wigilia w Austrii, w Wiedniu.
Dzień, który zapowiadał się bardzo smutno, nieoczekiwanie zakończył się bardzo „po polsku". Od tej chwili zmieniłem też zdanie o Austriakach. Nie wszyscy zasługiwali na miano „kasztanów", bo nieważne, jakiej jest się narodowości, ważne, żeby być człowiekiem.

Liliana Madelska: Od kilkunastu lat uczę języka polskiego na wiedeńskiej slawistyce. W grupach dla początkujących jest coraz więcej osób, które w ogóle nie znają języka polskiego. W grudniu wypada porozmawiać o polskiej Wigilii, opowiedzieć, co to krokiety, co to makiełki, z czego się robi tradycyjny kompot z suszu. Wytłumaczyć, czym różni się „normalny" bigos od wigilijnej kapusty z grzybami - na sali bywają osoby, które nigdy bigosu nie jadły.
Zajęcia prowadzę w laboratorium językowym, każdy siedzi przed swoim komputerem i ogląda, jak rodzina Grzegorzewskich z filmu Uczmy się polskiego zasiada do suto zastawionego stołu, babcia przynosi karpia, zaś na ścianie naszego laboratorium wisi wielka tablica: "Essen und trinken verboten!".
Nie mając sił na tortury związane z opowiadaniem o Wigilii przy pustych stołach, pewnego razu przerwałam zajęcia i zaproponowałam polonistom spotkanie w restauracji. Dołączyli do nas studenci ze starszych grup, tak więc początkujący Austriacy siedzieli obok osób z polską maturą, było też wielu studentów z drugiego pokolenia Polonii.
W pierwszej chwili - cicho. Nikt nic nie mówi. Ja staram się na siłę wprowadzić swobodną atmosferę, czym chyba jeszcze bardziej peszę studentów - niby to lekcja, no więc czy trzeba się zgłaszać, jak ktoś chce coś powiedzieć? No więc pytam, czy w Austrii znany jest zwyczaj dzielenia się opłatkiem, a na to jedna z Polek mówi cicho:
- Ale ja przyniosłam opłatki...
- Ja też - następna nieśmiało sięga do torebki...
- Ja też - mówi trzecia...
Wszyscy wstają, zaczyna się tłumaczenie, kto i jak ma te opłatki łamać, każdy próbuje wymyślić jakiś serdeczny tekst życzeń, no a potem - jak się pocałować, po austriacku, na dystans, czy trzy razy po polsku? Zrobiło się głośno, ciepło i rodzinnie.
Od tego właśnie czasu studenci dobrze znający język polski zaczęli się umawiać ze studentami początkującymi, aby razem się uczyć, pisać i rozmawiać po polsku. Takie spotkania „zaliczam" jako zadania domowe i mam wrażenie, że nikogo nie muszę do tego specjalnie namawiać. Myślę, że współpraca wśród polonistów naprawdę świetnie się rozwija - to taki mały, wigilijny cud...

Anna Rutkowski: Moje pierwsze Święta Bożego Narodzenia w Austrii spędziłam w 1981 roku, miesiąc po przyjeździe do tego kraju, dwa tygodnie po wprowadzeniu w Polsce stanu wojennego. W miejscowości Preding pod Grazem zakwaterowana zostałam z pięcioletnią córką i byłym mężem w podupadłym pensjonacie, zamieszkanym przez siedem rodzin polskich uchodźców.
Porozumienie się z najbliższymi w Polsce było praktycznie niemożliwe. Znając biegle niemiecki nie miałam problemu z nawiązaniem kontaktów z austriackim otoczeniem, wkrótce pensjonat odwiedzać zaczęło wielu Austriaków zainteresowanych losem polskich emigrantów. Styryjska gazeta „Kleine Zeitung" poprosiła mnie o przedświąteczny wywiad, w którym miałam okazję zwrócić uwagę na ówczesne problemy Polaków w Austrii, no i naturalnie na polityczną sytuację w naszej ojczyźnie. Artykuł wywołał w Styrii duże poruszenie. Przybywały do Preding rodziny austriackie, zapraszające do spędzenia Bożego Narodzenia w ich domach. I tak stałam się pośredniczką w przedświątecznych kontaktach Polaków z Austriakami.
Wszystkie rodziny polskie przyjęły zaproszenia na święta i w Wigilię pensjonat opustoszał całkowicie. Została tylko moja rodzina. Pogrążyłam się w stresie samotności, nie miałam możliwości zorganizowania dla naszej trójki nawet namiastki uroczystej kolacji. I wtedy w drzwiach pensjonatu stanął Robert Baumann, właściciel stolarni w niedalekim Hengsberg. Powiedział, że żona Trude wysłała go już około południa do Preding z zaproszeniem dla polskiej rodziny na święta. Zajęcia zawodowe spowodowały jego opóźnienie, dotarł do pensjonatu dopiero o szóstej. Zapytał, czy spędzimy z jego rodziną Wigilię?
Zapoczątkowana świątecznym epizodem moja wieloletnia przyjaźń z gościnnym, serdecznym, rodzinnym domem Baumannów z Hengsberg łączy się nierozerwalnie ze wspomnieniem mojego pierwszego Bożego Narodzenia w Austrii. Jest to dobre i wzruszające wspomnienie. Tak jak dobra i wzruszająca jest do dzisiaj przyjaźń między nami.

Agnieszka Malek: Moje pierwsze Święta Bożego Narodzenia spędzone w Austrii zbiegły się jednocześnie z pierwszymi świętami, które w całości przygotować musiałam samodzielnie. Mój mąż pomagał mi wprawdzie jak tylko mógł, lecz gotowanie nie jest jego najmocniejszą stroną. Cala kulinarna kwestia została więc na mojej głowie. Ponieważ ja również nie jestem mistrzynią w kuchni i na dodatek nie lubię gotować, nie było to wcale takie proste. Byłam jednak całkiem dzielna. Zrobiłam nawet własnoręcznie pierogi!
Nasza mała lodówka nie była w stanie pomieścić wszystkiego, co „upitrasiłam", w związku z tym część rzeczy wynieśliśmy do domku w ogrodzie. Przystroiliśmy dom naprawdę bajecznie, również na zewnątrz. Wszystko zgodnie z tradycją: wisząca jemioła, sianko pod obrusem.... Chciałam pokazać rodzinie mego męża, jak spędza się Boże Narodzenie w Polsce.
Przygotowywaliśmy się już do kolacji. Goście zaczęli powoli pukać do drzwi. Dwanaście wigilijnych potraw po kolei wędrowało na stół. Nie doszły niestety.... moje pierogi, które miały być przecież punktem kulminacyjnym wieczoru! Mąż, wynosząc je z ogrodowego domku, poślizgnął się i w misce zostało tylko kilka sztuk! Każdy z nas mógł posmakować dokładnie po pół pieroga!
Na szczęście incydent ten nie popsuł nam świątecznego nastroju. Śpiewaliśmy do rana, m.in. przygotowaną przeze mnie i przez męża polsko - niemiecką wersję kolędy „Cicha noc" przy akompaniamencie gitary elektrycznej. Goście rozeszli się około trzeciej nad ranem. A ja znalazłam pod choinką swój wymarzony prezent...

Krystyna Szostak: Wspomnienia bożonarodzeniowe - z mojego pamiętnika.
- Rok 1989 - inni ludzie, inny świat. Boże Narodzenie pod obcym niebem - pierwsza Wigilia z dala od ukochanej Polski. I życzenia świąteczne z ust ludzi, którym język polski jawi się „czarną magią"- tak jak nam zresztą język niemiecki. Życzenia po niemiecku - nasza pierwsza bariera do przekroczenia.
- Rok 1990 - niczym „bezpańskie psy". Boże Narodzenie - w nie swoich czterech ścianach z choinką, której ostre igły wbijają nam się w żebra. Nasza kolejna uczta wigilijna z naszymi „winowajcami" - to się nazywa chrześcijańskie pojednanie.
- Rok 1991- nadzieja nas nie opuszcza?. To przecież ona –Matka Nadzieja zajęła sobie puste miejsce przy naszym pierwszym stole. Błogosławieni pracowici albowiem oni kupili sobie nowy stół, biały obrus, garść sianka i opłatek z „dalekiego kraju".
- Rok 1992 - zamiast Wigilii! Samotne cienie „Trzech Króli" pojawiły się przedwcześnie na horyzoncie...Boże Narodzenie tak jakby nas ominęło - upiorne myśli rozrywają nam duszę na strzępy - tak jak nasze małżeństwo.
- Rok 1993...94...95...itd. itp. oprócz opłatka wigilijnego. Moja matczyna miłość tak głęboko zakorzeniona w sercu moim, że aż „świętego „Mikołaja" przez lata całe zaczynam udawać - niemalże błazna przed własnymi dziećmi z siebie robię. W czerwonym berecie na głowie i z kijem od szczotki zamiast złotej laski - z dziurawym workiem prezentów za trzy grosze.
- Kolejne Boże Narodzenie w Wiedniu. Kolejna nasza Wigilia - tym razem inaczej, po austriacku. Zamiast opłatka wigilijnego - w centrum choinka w „różowych okularach". Zamiast kolędy –„Błękitna rapsodia" Gershwina. Zamiast dwunastu potraw na wigilijnym stole – gulasz rybny Omy Eriki. I życzliwe słowa na przemian wymawiane raz po polsku - raz po niemiecku.

Irena Köstenbauer: Bardzo dokładnie pamiętam te pierwsze święta w Austrii, ponieważ mogę powiedzieć, że były dla mnie niemalże kulturowym szokiem. Był rok 1982. W Polsce trwał stan wojenny. Ja byłam młodą mężatką, która w Nowym Jorku poznała swojego przyszłego męża Austriaka i w Wiedniu wyszła za niego za mąż.
Święta, o których opowiadam, były moimi pierwszymi świętami, które miałam spędzić w Austrii z mężem i jego rodziną. Do 23 grudnia czekałam w napięciu na wiadomość, czy moi rodzice otrzymają wizy i czy będą mogli przyjechać do Austrii. Ze względu na sytuację w Polsce nie mogli przyjechać na mój ślub. W ostatnim momencie wydano im jednak paszporty. Szczęśliwi zasiedliśmy wspólnie do wigilijnego stołu. Pierwszym zaskoczeniem było wigilijne menu, zaserwowane przez moją teściową. Na stole pojawił się bowiem rosół i indyk. Spojrzałyśmy z mamą wymownie na siebie, ale cóż było robić – przystąpiłyśmy do kolacji.
Po kolacji w pewnym momencie wszyscy wstali, zgaszono światło, zapalono świeczki, zaintonowano Stille Nacht i rozpoczęło się wręczanie prezentów. I tutaj przeżyłyśmy drugi szok. Wartość otrzymanych prezentów była tak znaczna, że moja mama, przyzwyczajona jak zresztą wtedy większość naszych rodaków, że wręczymy sobie tylko symboliczne upominki – poczuła się bardzo zażenowana. Ja zareagowałam podobnie.
Po powrocie do domu, ku zaskoczeniu mojego męża, zabrałyśmy się do przygotowywana prawdziwej, wigilijnej wieczerzy, bo cóż to za święta bez pierogów i uszek z barszczem? Do późnych godzin nocnych trwało to krzątanie. W Boże Narodzenie mogłam podjąć rodzinę męża tradycyjnymi polskimi daniami. Teraz oni z kolei zaskoczeni byli opłatkami i dopytywali się, co to za czerwona zupa. I jestem bardzo dumna z tego, że od tej pory nie tylko teściowa, ale i większość moich austriackich sąsiadów nie wyobraża sobie Wigilii bez pierogów i barszczu. W czasie naszej Wigilii kolędy polskie przeplatają się z austriackimi, śpiewamy też i amerykańskie. Z perspektywy moich 25 lat w Austrii mogę stwierdzić, jak bardzo wzbogacające jest podpatrywanie innych kultur i zwyczajów. Gdy mieszka się za granicą, trzeba posiadać umiejętność łączenia różnych gustów i smaków, bez zaniedbywania naturalnie swoich tradycji.

Anna Convalexius: W 1979 w sierpniu wyszłam za mąż, czyli pierwsze Boże Narodzenie w Austrii spędziłam w tym właśnie roku, a więc dokładnie 30 lat temu. Świętowanie składało się z dwóch części.
Najpierw, dwa dni przed Wigilią, spotkaliśmy się na uroczystej kolacji razem z dziećmi mojego męża z pierwszego małżeństwa. Byłam bardzo zaskoczona, gdy na stole wigilijnym pojawiła się pieczeń wieprzowa. Pieczeń była znakomita a kolacja tak naprawdę „przedwigilijna", więc nie stanowiło to dla mnie większego problemu, wziąwszy pod uwagę polskie tradycje postnej Wigilii. Jako dziecko spędzałam święta w domu rodzinnym mojego ojca na wsi, gdzie tradycje wigilijne były bardzo pielęgnowane: na stole pojawiało się zawsze 12 postnych dań i zawsze czekało nakryte jedno wolne miejsce przy stole. Po Wigilii zaś wszyscy szliśmy na Pasterkę.
Te pierwsze święta spędziłam wraz z mężem w przeuroczej miejscowości Wolkenstein w Południowym Tyrolu. Tutaj już wszystko było tradycyjnie: kolędy, choinka, życzenia i prezenty. Mąż zawsze starał się robić mi niespodzianki, jeśli chodzi o sposób wręczania prezentu. Tak było i tym razem. Poszliśmy po kolacji na spacer, by na niebie wypatrzeć pierwszą gwiazdkę, wtedy w kieszeni płaszcza znalazłam piękny, oryginalny zegarek. Tak wyglądały te pierwsze święta.
Późniejsze spędzałam różnie: najpierw jako młoda lekarka na dyżurach w szpitalu, potem po urodzeniu się córki urządzałam je w domu zgodnie z polską tradycją, ale raczej nigdy nie udało mi się przygotować aż 12 dań, najwyżej 7 – nie wiem, kto dzisiaj byłby w stanie skosztować aż tylu specjałów.

Ryszard Kowalewski: Boże Narodzenie 1981 r. było jakby powtórzeniem tego sprzed 42 lat pod okupacją. Znów nad Polską zawisła czarna noc wojny, tym razem - stanu wojennego. My, w obozie dla uchodźców w Traiskirchen, też chcieliśmy je jakoś uczcić, jakoś zaakcentować swą solidarność z tymi co zostali, co mieli do nas dołączyć, ale stan wojenny ich zatrzymał. Niby po szczurzemu uciekliśmy, więc można by sądzić odcięliśmy się od kraju, ale mimo wszystko, w obliczu tragicznej sytuacji, o której mieliśmy tylko mgliste wyobrażenie - nikt przecież nie przyjeżdżał, nie dochodziła poczta, nie działały telefony – staraliśmy się wczuć w sytuację panującą tam 500 czy 1000 kilometrów na północ.
Jakieś organizacje austriackie, wówczas nie znaliśmy ich jeszcze, może była to Caritas lub zorganizowana szybko „Polenhilfe", przesłały nam właśnie transport słodyczy i win. Każdemu wydawano po butelce, może po dwie, i jakieś paczuszki. Dziś, po prawie 30 latach, trudno dokładnie pamiętać.
W naszej sali koszarowego bloku, chyba numer 23, też zapragnęliśmy spędzić Wigilię uroczyście. Sala była ogromna, mieściło się w niej kilkadziesiąt trzypiętrowych łóżek. Łóżka przesunęliśmy tak, aby było miejsce na zestawienie razem kilku małych stołów i zasiedliśmy do Wigilii. Były jakieś kolędy, były jakieś pieśni patriotyczne i parę ciasteczek i parę kieliszków. W sąsiednim bloku mieszkali też uciekinierzy Słowianie - Czesi. Zaprosiliśmy ich do siebie.
Wiem, co każdy z nas przeżywał w duchu. Wspomnienia o rodzinie, o matczynych daniach wigilijnych mieszały się z uczuciami patriotycznymi i współczuciem dla tych, co zostali w niewoli komunizmu i z obawą, jaka będzie Wigilia następna.

Magdalena Hofmann: Moje pierwsze święta w Austrii zapowiadały się bardzo smutno. Byłam młodą pielęgniarką, tuż po nostryfikacji dyplomu. Wkrótce okazało się, że Wigilię spędzę w szpitalu na dyżurze. Jeszcze na początku grudnia wiadomo było, że Boże Narodzenie będę świętować razem z moim chłopakiem, który miał przyjechać z Polski. Ale życie jest pełne niespodzianek. Tym razem była to bardzo przykra niespodzianka. Kilka dni przed świętami dowiedziałam się o końcu naszego związku. Nie chciałam martwić moich rodziców, którzy spędzali święta z dwójką mojego dużo młodszego rodzeństwa, więc cały czas udawałam, że wszystko jest w porządku.
W Boże Narodzenie zeszłam z dyżuru. Wieczorem poszłam do kościoła. I tu przeżyłam szok. Kościół był pusty. W ławkach siedziało kilka osób w starszym wieku. Obok mnie usiadła spóźniona elegancka kobieta w średnim wieku. W czasie mszy nie mogłam oprzeć się wspomnieniom przepełnionego kościoła w moim miasteczku w Polsce, w uszach miałam kolędy, czułam zapach świeżej choinki. Przypomniałam sobie też ostatnie święta, które spędziłam z Krzysztofem, wtedy było wiadomo, że to mój przyszły mąż. Poczułam, jak łzy zaczynają płynąć mi po policzkach. W pewnym momencie straciłam kompletnie panowanie nad sobą i rozszlochałam się na dobre. Elegancka pani przyjrzała mi się dyskretnie kilka razy, ale o nic nie zapytała.
Po mszy św. zostałam w kościele, żeby się uspokoić. Gdy wreszcie wyszłam, zobaczyłam zaskoczona, że ta kobieta stoi przed wejściem do kościoła. Najwyraźniej na kogoś czekała. Chciałam ją wyminąć, gdy podeszła do mnie. Zapytała, z kim spędzam święta. Gdy odpowiedziałam, że sama, natychmiast zaproponowała, żebym poszła z nią, bo mieszka tuż za rogiem. Opierałam się trochę, ale nie chciałam być niegrzeczna. W domu na stole pojawiła się kawa i ciasteczka. Potem w drzwiach stanął jej syn, Christoph. Od tamtej pory minęło już ponad 15 lat. Dzisiaj dzieci często proszą mnie, bym opowiedziała o tym, jak poznałam babcię w kościele i jak tata z Krzysztofa przemienił się w Christopha. Takie były te moje pierwsze święta w Austrii.

Polonika nr 179/180

Top
We use cookies to improve our website. By continuing to use this website, you are giving consent to cookies being used. More details…