Boże Narodzenie w sierpniu

Przed świętami Bożego Narodzenia wracam do tamtych wspomnień, gdy z małym dzieckiem i żoną staliśmy na ulicy austriackiego miasteczka, nie wiedząc co dalej począć.

 

 

 

 

Bez grosza przy duszy szukaliśmy schronienia. Wracam do tamtego „wigilijnego cudu", który zdarzył się w środku upalnego lata w 1981 roku. Policja norweska wyrzuciła nas po paru miesiącach z pięknej krainy nad fiordami. - Nie macie wizy na stały pobyt! – usłyszeliśmy.

Co robić?
Stoimy więc: ja, żona i dziecko na ulicy małego miasteczka na zachodzie Austrii. Jest sierpień 1981 roku. Co robić?
Przedwczoraj, przejechawszy „maluchem" całe Niemcy, dotarliśmy do krainy nad Jeziorem Bodeńskim. Zapomnieliśmy już o niewygodnej nocy w kajucie bez okien na promie między Oslo a Kilonią. Daleko pozostał za nami powiew morskiej bryzy. Tu są Alpy. Za nami pierwszy krótki etap emigracji. Przed nami wspaniale nieznana przyszłość. Ponieważ nie mamy już pieniędzy na nawet skromny pokój hotelowy z toaletą na korytarzu, stoimy na ulicy małego miasteczka w zachodniej Austrii. Na ostatnią noc w marnym hoteliku, w sąsiedniej miejscowości, wydaliśmy ostatnie pieniądze. Co będzie z nami dalej?Już dawno tak dramatycznie nie stałem bezczynnie na ulicy. Co robić? Mądrość ludzka: „rozmawiaj z bliźnimi, jeżeli masz problem" każe zwrócić się do kogoś o pomoc. Ale do kogo? Żona nie zna języka niemieckiego, 6-letnia córeczka też nie, tylko ja trochę władam językiem Goethego. Wychodzi na to, że pater familias, dukający po niemiecku, jestem predestynowany do rozpoczęcia konwersacji z Nieznanym.
Nieznane to ułożenie sobie życia w nowym kraju, po drastycznym przecięciu pępowiny z PRL - owską ojczyzną. Jak zaczepić bliźniego, jeśli jest zupełnie nieznany, tyle że statystycznie austriacki? Patrzę tępo na dachy domów. Uliczka jest niepozorna jak to miasteczko. Domy ani brzydkie ani ładne. Nad nimi piękne szczyty Alp, nad górami bezchmurne sierpniowe niebo, a w nim Bóg opiekujący się ludźmi na ziemskim padole.
Córeczka cicho siedzi w fiaciku, czując instynktem dziecka powagę chwili. Wyczuwa, iż tatuś ma kłopoty, że szuka jakiegoś schronienia na noc dla rodziny. Locum może być marne, byle było darmowe. Córka rysuje jakieś esy - floresy na szybie z tyłu autka, liter nie mogąc pisać, bo nie zna alfabetu. Żona taksuje ludzi przechodzących obok nas. Może zaczepić tę kobietę, która pcha wózek z dzieckiem? Może tego starszego pana, idącego powoli o lasce, co zachęca do podejścia do niego. Szybka analiza psychologiczna odradza ten pomysł: młoda kobieta się spieszy, by nakarmić austriackiego dzidziusia, a starszy pan pewnie nie lubi Polaków, bo kiedy był młody może walczył na forncie w Polsce?
Naradzamy się we dwójkę cicho między sobą: „kogo zaczepić?". Narada jest o tyle bezowocna, że po pierwsze jest mało przechodniów, po drugie mało samochodów przejeżdża obok nas, co jest znakiem, że się taktycznie dość fatalnie ustawiliśmy. Może jest tu większa, bardziej uczęszczana ulica?
Wsiadamy więc do „malucha" i dojeżdżamy do szerszej ulicy. Ruch jest co prawda większy, ale większy jest też z czasem strach w nas: jak zaczepić kogoś zupełnie nieznajomego i prosić o dach nad głową? Jak to się robi? Jak pokonać barierę strachu i obawy psychologiczno - językowe?
Decyzja i....
Wreszcie decyduję się podejść do idącej powoli tęgawej kobiety. Wyszła akurat ze sklepu. Ze zdziwieniem słucha mego krótkiego monologu z dodatkiem gestykulacji: - To jest nasze autko, jesteśmy z Polski, to jest żona, to jest mała córeczka, czy ma jakieś możliwości, aby nas przenocować na początek tylko parę nocy. Potem, jak będę pracować, zwrócimy przecież poniesione przez nią koszty. Nie, nie ma takich możliwości. Odchodzi szybszym trochę krokiem.
Odczekuję nieco, kumulując odwagę. Podchodzę do chudego mężczyzny, trzymającego gazetę w ręku i palącego papierosa. Powtarzam dość wiernie monolog, z tym, że moduluję głos bardziej dramatycznie. Zastanawia się, drapiąc się w głowę, strząsając starannie popiół z papierosa na trotuar. Jego zastanawianie się to nasza szansa. Ale nie. Przykro mu, ale naprawdę nie ma możliwości, bo żona wyjechała i on jest sam teraz przez parę tygodni i kto by pilnował domu z obcymi w środku? Ma rację. Rozumiem.
Mija cenny czas. Słońce nie grzeje już tak intensywnie. Wkrótce zapadnie wieczór, potem będzie noc. Gdzie stoi stajenka dla naszej trójki? Gdzie na noc skłonimy znużone głowy? Jaka gwiazda pokaże nam kierunek do naszej nieznanej przyszłości? Taksuję kolejne osoby.
Anioł w prochowcu
Wreszcie mój wybór pada na kolejną kobietę w naszym niemym rankingu. Kobiety mają ponoć czulsze serce niż mężczyźni. Ma beżowy płaszcz, tzw. prochowiec, eleganckie lakierki na nogach, w rękach gustowną torebkę. Wygląda jak dama. Z obawą podchodzę, przepraszam, że przeszkadzam - no i że żyję. Powtarzam mój monolog. Czuję, że mi z tym niemieckim coraz lepiej idzie, przynajmniej w tej prośbowej wersji. O dziwo, wysłuchała do końca, nie odeszła. Zastanawia się, patrząc na lewo i na prawo, trochę na naszą córeczkę, trochę na dalekie Alpy pod wciąż błękitnym niebem Austrii.
Po zastanowieniu się mówi: - Niech pan jedzie powoli za mną. Ja mieszkam w tym domu na końcu ulicy, za małym zakrętem. Niech się pan zatrzyma tam przed żelazną bramą. Tak, tam, gdzie obok stoi w wielkim wazonie niewielka palma. Ja nie mam nic przeciwko, abyście zamieszkali u nas. Ale muszę się zapytać męża o jego zgodę.
Jadę na pierwszym biegu za nią, nie chce mi się wierzyć, że my, całkowicie dla niej obcy, moglibyśmy zamieszkać w tym porządnym, zadbanym domu. Staję przed bramą z palemką. Wpatruję się w nią niemo - przypominają mi się obrazki, jak to pod palmami na Bliskim Wschodzie stała nędzna stajenka, gdzie w nocy urodził się Jezus. Kobieta znika w drzwiach swego domu o porządnie wykonanym tynku. Gaszę silnik. Obok przejeżdżają auta, nam dłuży się czas. Kiedy ten jej nieznany mąż się wypowie? Dlaczego to oczekiwanie trwa tak długo?
Wychodzi wreszcie bez torebki i płaszcza. Ma uśmiechniętą twarz. Mówi do nas, pochylając się odpowiednio do nikłej wysokości „malucha". Nie wierzymy jej słowom! Mąż się zgodził! Możemy u nich mieszkać. Mają na poddaszu mały pokoik, jest wolny. Wyjmą rupiecie ze starej szafy. Będziemy mieli trochę miejsca na nasze rzeczy z dwu walizeczek i z trzech kartoników. Możemy tu u nich mieszkać, aż znajdziemy inne locum, mniej prowizoryczne.

Od tamtego dnia minęło 25 lat. Jako ojciec małej rodziny, szukający dramatycznie schronienia dla swoich najbliższych, nigdy nie zapomnę tego dnia. Przez ćwierć wieku dużo się zmieniło w naszej rodzinie i u naszych spontanicznych dobroczyńców. Nasza wówczas 6-letnia córeczka jest naukowcem i pracuje w Nowym Jorku, poza tym urodziły się w trakcie naszej alpejskiej emigracji następne dzieci. W rodzinie naszych austriackich dobroczyńców nastąpiło pęknięcie: rozwiedli się niedawno po 41 latach wspólnego życia! Dzieci ich rozpierzchły się też po świecie. Elegancka pani, która nas przygarnęła, przeszła na emeryturę. Ta emerytura jest niewielka: sprzątaczka na poczcie nie zarabia w żadnym kraju za dużo... Jej mąż też już nie pracuje. Wtedy był urzędnikiem w miejscowej poczcie, a jego żona dorabiała, sprzątając wieczorami pocztowe pomieszczenia . On sprzedawał znaczki, pocztówki z nadrukowanymi już znaczkami, widokówki i świąteczne kartki bożonarodzeniowe. Na tych kartkach pojawia się często motyw: ciężarna Maria siedzi na osiołku, ciągniętym przez Józefa. Idą we dwójkę pod palmami, pod gwiazdą, wierząc, że będzie im lepiej razem w innym regionie świata, z dzieckiem, które ma się niedługo narodzić w marnej szopce...

Wiesław Piechocki, Polonika nr 179/180, grudzień 2009/styczeń 2010

Top
We use cookies to improve our website. By continuing to use this website, you are giving consent to cookies being used. More details…