Gdyby nie siatkówka

Michał Peciakowski, pierwszy z prawej, kapitan drużyny Union Raiffeisen Arbesbach, fot. Franz Atteneder


Swoją przygodę z siatkówką rozpoczął w wieku 12 lat w warszawskim klubie MOS Wola.

Później przeniósł się do niemieckiej Bundesligi. Od paru lat Michał Peciakowski gra na austriackich boiskach: najpierw w Wasser Graz, a obecnie w Union Raiffeisen Arbesbach.

 

 

Powiedz coś o swoim klubie. Kto jest twoim trenerem? Jaka atmosfera panuje w drużynie?
-Mój klub jest z pierwszej Bundesligi i nazywa się Union Raiffeisen Arbesbach. Jesteśmy już szósty rok w Bundeslidze. Z roku na rok coraz lepiej gramy i mamy lepsze wyniki. Naszym trenerem jest Czech, Martin Kop, który ma za sobą wiele lat doświadczeń, jeśli chodzi o grę w siatkówkę. Sam również grał kiedyś dla Austrii. Jeśli chodzi o atmosferę panującą w drużynie, to jest ona bardzo rodzinna. Naprawdę dobrze się czuję w tym klubie. Niesamowite jest także to, ile osób przychodzi na nasze mecze. To wszystko sprawia, że zawsze chętnie gramy.

Jaka jest Twoja rola w drużynie?
- Jestem rozgrywającym i kapitanem zespołu.

Jak trafiłeś do drużyny, w której grasz?
- Parę lat temu dostałem wiadomość od menedżera drużyny UVC Wesser Graz. Otrzymałem także inne propozycje wyjazdu do Niemiec i Austrii. W tym czasie miałem poważną kontuzję – w poprzednim sezonie zerwałem ścięgno Achillesa. Postanowiłem, że wyjadę jednak do Grazu. W UVC Wesser Graz grałem przez 2 lata. Na meczach miałem zawsze kontakt z innymi zawodnikami i trenerami. Pewnego dnia dogadaliśmy się, że przejdę do mojej obecnej drużyny.

Kiedyś grałeś w lidze niemieckiej. Dostrzegasz jakieś różnice między ligą niemiecką a austriacką?
- Przede wszystkim wydaje mi się, że liga niemiecka jest trochę lepsza. Mają oni więcej pieniędzy, większe hale, więcej ludzi przychodzi na mecze. Reprezentacja niemiecka jest silniejsza, a co za tym idzie, jakość sportu jest wyższa. Natomiast Austriacy są bardzo ambitni i liga wciąż się tu rozwija. Chciałbym w tym miejscu zachęcić wszystkich ludzi do przychodzenia na mecze. Mamy świetnych zawodników, jednak na mecze przychodzi mało polskich kibiców, a przecież doping też jest potrzebny. Gra się o wiele lepiej, gdy na trybunach słychać kibiców.

fot. archiwum prywatne

Kiedy zdałeś sobie sprawę, że siatkówka jest tym, czym chcesz się zajmować zawodowo?
- Nie pamiętam takiego przełomowego momentu w moim życiu. Siatkówką zacząłem żyć zaraz po maturze. Obok mojej miłości do siatkówki zawsze było coś innego. Miałem 12 lat, gdy zacząłem grać w siatkówkę. Ważne są w tym sporcie predyspozycje, ale należy przy tym pamiętać, że trzeba dobrze umieć robić to, co sprawia nam przyjemność. Ważny jest wzrost, ale przecież nikt nie będzie komuś płacił tylko dlatego, że jest wysoki. Ta gra oprócz samej przyjemności wiąże się też z ciężkim i wyczerpującym treningiem.

Michał Peciakowski, fot. archiwum prywatne

Jak wspominasz swoje lata trenowania i grania w Polsce?
- W Polsce wszystko się zaczęło. Dużo zawdzięczam moim pierwszym trenerom z klubu MOS Wola, w którym grałem od 1993 do 2000 roku. Moja drużyna była świetna. Bardzo miło wspominam te czasy. Tam się tak naprawdę ukształtowałem. Moim pierwszym trenerem był Krzysztof Zimnicki, a późniejszym – trener Krzysztof Felczak. W tamtym okresie wiele się nauczyłem, przeżyłem wiele cudownych chwil i poznałem świetnych ludzi. Pewnie moje życie wyglądałoby inaczej, gdyby nie siatkówka.

Tęsknisz za Polską? Nie chciałbyś znów grać na polskich boiskach?
- Pewnie, że tęsknię za Polską. Ale życie sportowca to życie w ciągłym biegu, często na walizkach. Po pewnym czasie można się do tego przyzwyczaić. Wraz z żoną mieszkamy już 7 lat za granicą. W miarę możliwości jeździmy do Polski. Najczęściej wyjeżdżamy na wakacje i staramy się być jak najdłużej z naszymi rodzinami. Chętnie bym zagrał jeszcze kiedyś w Polsce. Ale na razie nie mam takiej możliwości. Być może kiedyś...

Czy po tych 4 latach spędzonych w Austrii możesz powiedzieć, że tu jest Twój dom?
- Już wiele razy i w wielu miejscach nad tym się zastanawiałem. Uświadomiłem sobie jednak, że niektórzy ludzie zakładają sobie domy w jednym miejscu i nie lubią zmian. Mieszkam teraz w Austrii, mam pracę i jest mi tu dobrze. Mogę tu realizować swoje pasje. Z językiem niemieckim nie mam problemu, a razem ze mną jest tu moja żona. W sumie niczego mi nie brakuje. Nie mogę narzekać. W Grazu mieszka również mój przyjaciel, Tomek Dynkowski. W poprzednich latach grał on w UVC i przeniósł się do Hartbergu. A teraz będziemy grać między sobą fair play.

Który mecz w swojej karierze wspominasz najlepiej?
- Każdy mecz jest inny i każdy przynosi wiele satysfakcji. Na myśl przychodzi mi nasz ostatni mecz z drużyną VCA Amstetten, który przegraliśmy 3:1. Na meczu było 1500 osób, muzyka i telewizja. Atmosfera była niesamowita. Każdy mecz wygrany czy też przegrany dużo mnie uczy. Mecze nie są rutyną, każdy jest inny i każdemu towarzyszą różne emocje.

Czy masz czas na inne hobby?
- Parę dni w miesiącu pracuję w restauracji McDonald's. Jestem też nauczycielem WF-u w gimnazjum. Wiele czasu poświęcam na treningi. W sumie to mam mało czasu na inne hobby, bardzo chętnie jeżdżę na nartach, wspinam się po górach, biegam na nartach.

Niedawno żegnaliśmy rok 2011, czas podsumowań – jaki ten rok był dla Ciebie?
- Był to rok bardzo dobry, w którym prawie wszystko mi się udało.Taki spokojny rok... Chciałbym, żeby rok 2012 nie był gorszy od poprzedniego. Mam też noworoczne plany. Jednym z najważniejszych jest powiększenie rodziny. Chciałbym, żebyśmy jeszcze w tym roku byli już w trójkę. A tak poza tym fajnie byłoby pokonać Tomka. To są moje dwa noworoczne życzenia.

Rozmawiała Asenata Burzyński

Polonika nr 205, luty 2012

Dodatkowo:

Newsletter

Jeżeli chcesz otrzymywać mailem informacje na bieżąco wpisz swój adres e-mail
Top
We use cookies to improve our website. By continuing to use this website, you are giving consent to cookies being used. More details…