Zdolna, piękna i piłkę kopie

Kobiety też grają w piłkę. Przykładem jest Sarah Wronski. Gra co prawda w Austrii, ale Polska musi o niej usłyszeć – jest w końcu naszą rodaczką.

 

Mimo że w Europie coraz lepiej rozwija się kobieca piłka nożna, sport ten w wykonaniu płci pięknej nadal przez wielu traktowany jest z przymrużeniem oka. Świat piłkarski zdominowany jest przez mężczyzn. Warto jednak śledzić osiągnięcia polskich zawodniczek w tej dziedzinie, bo mamy się czym pochwalić. 


Jak rozpoczęła się Twoja przygoda z piłką?
– Miłością do piłki nożnej zaraził mnie tata. W młodości grał w klubie i odkąd pamiętam, zawsze chodziliśmy razem na boisko. Zaczęłam grać już w przedszkolu. Najpierw trenowałam w parku z innymi chłopcami, ale pragnęłam się rozwijać i gdy miałam 10 lat, trafiłam do klubu FC Hellas Kagran. Grałam tam do 14. roku życia, później przeniosłam się do żeńskiej drużyny USC Landhaus, a po dwóch latach do Sankt Pölten, gdzie gram do teraz.
Wiem, ze grałaś w też w Valencia CF. Dlaczego akurat tam?
– Od zawsze marzyłam, żeby zagrać w hiszpańskiej drużynie. Bardzo podobają mi się styl tamtejszej piłki, szybkość i technika. Po maturze udało mi się wyjechać do Hiszpanii i rozpoczęłam grę w żeńskiej drużynie Valencia CF. Było to dla mnie ogromne wyzwanie i zarazem wielki sukces, bo wszyscy mówili, że nie mam szans dostać się do Valencia CF. Żadna polska czy austriacka dziewczyna nigdy tam nie grała. Ale mnie się udało. Niestety doznałam kontuzji kolana, musiałam wrócić do Austrii i po rehabilitacji zaczęłam znowu grać w Sankt Pölten. To był piękny okres w moim życiu. Chciałabym po studiach znowu wrócić do Hiszpanii.
St. Pölten jest pierwszą drużyną w lidze. W 2013 i 2014 zostałyście wicemistrzem Austrii, dwa lata z rzędu zdobyłyście też Puchar Zdobywców Pucharów, no i gracie w UEFA Women's Champions League. Czy jeszcze czymś mogłabyś się pochwalić?
– Niewątpliwie były to niezapomniane momenty, ale moim największym osiągnięciem było zagranie w drużynie narodowej. Grałam tam przez 3 lata, do momentu kontuzji kolana, w kategoriach U-17 i U-19. To wspaniałe uczucie móc reprezentować kraj, z którym jest się związanym.
A gdy Austria gra przeciwko Polsce, to komu kibicujesz?
– Oczywiście, że Polsce! Z Polską jestem też mocno związana, zwłaszcza emocjonalnie. Urodziłam się w Austrii, ale cała moja rodzina pochodzi z Polski. W domu mówimy po polsku, rodzice wychowywali mnie w polskiej kulturze i tradycji. To, co austriackie, przyswoiłam w szkole i na ulicy.
Studiujesz ekonomię, trenujesz, masz mecze. Czy nie brakuje Ci czasu dla samej siebie?
– Czasami tak. Trenujemy 4 razy w tygodniu, a w każdy weekend mamy mecze. Dwugodzinny trening zaczyna się o 19.00, ale trzeba dojechać do St. Pölten, co zajmuje godzinę. Od razu po wykładach jem, pakuję plecak i jadę. Wracam przed północą, a rano znowu zajęcia… W czasie kontuzji miałam jeszcze dodatkowe treningi siłowe, żeby uzyskać stabilizację w kolanie, i dochodziły kolejne treningi 2 razy w tygodniu. Dlatego jak tylko mam czas dla siebie, staram się go wykorzystać. Dużo czytam, to mnie relaksuje. Koledzy już się przyzwyczaili, że na pytanie, czy mam czas, w 80% przypadkach odpowiadam, że nie (śmiech).
Jak zareagowali Twoi rówieśnicy i rodzice na to, że wybrałaś akurat taki sport?
– Tata się ucieszył. Mówił zawsze, że mam talent po nim. Mama trochę mniej. Zawsze wolała, żebym uprawiała inny sport, np. pływanie. Gdy miałam 5 lat, zaczęłam pływać i trwało to do 12. roku życia. Ale to nie było to i znudziło mnie. Bardziej mnie bawi sport w drużynie, dlatego postawiłam na swoim. W końcu i mama zaakceptowała moją pasję. W końcu sobie pomyślała, że i tak tego nie zmieni, więc odpuściła i zaczęła przychodzić na moje mecze, i nadal przychodzi mi kibicować. Moi znajomi i przyjaciele także odbierają to bardzo pozytywnie. Często przychodzą na rozgrywki i się dziwią, jak ja mogę przez 90 minut biegać po boisku. Nauczyciele też zawsze mi pomagali i miałam od nich dodatkowe wsparcie. Gdy wiedzieli, że wracam z treningu o północy, a była zapowiedziana duża praca domowa, pozwalali mi ją oddać następnego dnia.
Czy spotkałaś się kiedyś z krytyką? Nikt Ci nigdy nie powiedział, że to sport dla mężczyzn i nie powinnaś się tym zajmować?
– Obecnie spotykam się tylko z pozytywnymi opiniami. Ludzie raczej mnie podziwiają niż krytykują. Ale w dzieciństwie chłopcy na boisku często się wyśmiewali, łapali mnie za kucyk i dokuczali mi. Z premedytacją wypytywali, czy jestem chłopakiem, czy dziewczyną, a przecież nie było ciężko zgadnąć (śmiech). Jak przyszłam na pierwszy trening do drużyny męskiej, trener się zapytał, czy ja w ogóle umiem grać w piłkę. Bardzo mnie to zdenerwowało. Ale zagrałam perfekcyjnie i udowodniłam im, że umiem grać. Więc po pierwszym treningu dali mi formularz, żebym się zameldowała w klubie.
A potem zostałaś kapitanem męskiej drużyny i utarłaś chłopcom nosa!
– Tak, to było wspaniałe uczucie. Do 12. roku życia byłam jedną z największych dziewczyn wśród rówieśniczek, dlatego z chłopakami równałam się wzrostem na boisku. Niestety, w czasie dorastania chłopcy zaczęli mnie fizycznie przerastać. Biegali szybciej, byli silniejsi... Nie da się tych różnic nadrobić. Tak samo jak tego, że kobiety grają krócej niż mężczyźni.
Czy studia ekonomiczne traktujesz jako swojego rodzaju zabezpieczenie na przyszłość?
– To proste. Grając jako kobieta nie masz możliwości zarobić tyle co mężczyzna. Zawodnik w pierwszej lidze w Austrii zarabia 30 tysięcy euro na miesiąc. A najlepsza zawodniczka austriackiej ligi zarobi 3 tysięcy na miesiąc. Owszem, żyjąc samemu jesteś w stanie się z tego utrzymać i coś jeszcze odłożyć, ale to nie jest sport na całe życie. Dobry piłkarz w Austrii zakończy karierę w wieku 35 lat i z tego, co zaoszczędzi, może żyć do końca życia. A w przypadku kobiet to nie wchodzi w rachubę. Dlatego studia są bardzo ważne. U mnie w drużynie nie ma żadnej dziewczyny, która uprawia tylko ten sport. Wszystkie pracują albo studiują. Mnie zawsze interesowały ekonomia i polityka, dlatego wybrałam ten kierunek. Na razie jestem na drugim roku, ale planuję skończyć też studia magisterskie. Gdy zakończę grę w drużynie, może zrealizuję się w zawodzie lub zostanę trenerką. Nie wiem jeszcze. Chciałabym grać jak najdłużej, bo to jest to, co kocham. Później, gdy będzie trzeba pracować, nie będę miała tej możliwości.
Co byś poradziła tym, którzy ze względu na opinie innych nie podążają za swoimi marzeniami?
– Każda krytyka, każde przykre słowo i porażka budują charakter i wzmacniają osobowość. Człowiek się uczy dzięki temu. Dlatego nie wolno nam się poddawać. Każdy ma jakiś talent i trzeba go rozwijać. To takie proste i oklepane, ale prawdziwe – na przekór wszystkiemu dążyć do celu. Trzeba też bardzo ciężko pracować i kochać to, co się robi. Wszyscy mówili, że nie dam rady zagrać w Hiszpanii, a mnie się udało.


Rozmawiała Małgorzata Dróżdż, Polonika nr 244.

Dodatkowo:

Newsletter

Jeżeli chcesz otrzymywać mailem informacje na bieżąco wpisz swój adres e-mail
Top
We use cookies to improve our website. By continuing to use this website, you are giving consent to cookies being used. More details…