Góry to magia

- Wzruszenia, które ogarnęło mnie na szczycie K2, nie da się wyrazić słowami.

 

 

 

 

 

 

Ten bezkres, to roziskrzone, śnieżne morze wierzchołków siedmiotysięczników pode mną, błękit nieba, słońce. Z bezmiaru piękna, ze szczęścia i wdzięczności – płakałam... – mówi Gerlinde Kaltenbrunner, austriacka himalaistka, która weszła na szczyt K2 w asyście Polaka, Dariusza Załuskiego, i dwóch Kazachów: Maksuta Żumajewa i Wasilija Piwcowa.

Gerlinde Kaltenbrunner nie była bynajmniej pierwszą kobietą na K2. Tę trudną do pokonania górę o wysokości 8611 m n.p.m. i drugi co do wysokości szczyt naszej planety po Mount Everest zdobyła w 1986 roku po raz pierwszy Polka, Wanda Rutkiewicz.
Gerlinde Kaltenbrunner nie była też pierwszą kobietą, która – wchodząc w sierpniu tego roku na K2 – zdobyła wszystkie 14 tzw. „ośmiotysięczników". Przed nią dokonały tego Hiszpanka, Edurne Pasaban, i Koreanka, Oh Eun Sun. Ale poprzedniczki dokonały tego, pomagając sobie użyciem butli tlenowych. Gerlinde – nie. Powyżej 8 tys. metrów, czyli w tak zwanej „strefie śmierci", powietrze jest tak rozrzedzone, a ciśnienie tak niskie, że człowiek nie jest w stanie przebywać dłużej niż kilka dni.
Gerlinde Kaltenbrunner jest pierwszą kobietą na świecie, która zdobyła wszystkie 14 ośmiotysięczników bez użycia butli tlenowej, weszła na szczyt K2 w asyście Polaka, Dariusza Załuskiego, i dwóch Kazachów: Maksuta Żumajewa i Wasilija Piwcowa.
Mąż Gerlinde, doświadczony alpinista i zdobywca wszystkich czternastu ośmiotysięczników, Ralf Dujmovits, towarzyszył jej przez większą część trasy, jednak na ostatnim odcinku siły odmówiły mu posłuszeństwa i rozsądek nakazał zejść do położonej niżej bazy. Ryzykowne, jak się początkowo wydawało, rozstanie okazało się zbawienne: Ralf, mający z Gerlinde połączenie krótkofalówką, obserwował przez lornetkę wspinaczkę pozostałej czwórki i z tej perspektywy mógł lepiej ocenić i podpowiedzieć, jak najpewniej iść.
Na ostatni odcinek, po kilku godzinach nocnego wypoczynku w maleńkim namiocie na wysokości 8300 metrów, wyruszyli o drugiej w nocy, jednak musieli zawrócić z powodu dojmującego, kilkunastostopniowego mrozu. Odczekali więc kilka godzin i ruszyli znowu. Szli w sypkim jak cukier śniegu sięgającym niekiedy po pas, torowali sobie drogę własnymi ciałami, zmieniając się co kilkanaście kroków. Pokonanie ostatnich 300 metrów zajęło im w ten sposób ponad 10 godzin. Schodzili już po ciemku, świecąc sobie „czołówkami" – latarkami przymocowanymi do czoła.
K2 uważany jest za największe wyzwanie dla himalaistów. Podczas gdy na Mount Everest (8848 m n.p.m.) udało się wspiąć aż 4571 alpinistom, to na o ledwie 200 metrów niższy K2 – jedynie 302. Potężny szczyt długo nie pozwalał się ujarzmić także austriackiej alpinistce: uwieńczona wreszcie sukcesem blisko trzymiesięczna wyprawa latem tego roku była siódmą jej próbą!
Podczas poprzedniej, w ubiegłym roku, na K2 stracił życie jeden z wieloletnich towarzyszy Gerlinde, szwedzki himalaista, Fredrik Ericsson, co spowodowało przerwanie ekspedycji. Życie, które najwyraźniej lubi „happy endy", dopisało zresztą tej tragicznie przerwanej wspinaczce niezwykły finał: Szwed był przyjacielem polskiej alpinistki i lekarki, Patrycji Jonetzko, która w tym samym czasie, z grupą Polaków szturmowała K2. Obie ekipy, austriacka i polska, wspinały się początkowo wspólnie i wspólnie obozowały w coraz wyżej budowanych bazach. Kiedy Ericsson zginął 6 sierpnia 2010, ani on, ani jego polska przyjaciółka jeszcze nie wiedzieli, że zostaną rodzicami: Patrycja zaszła podczas tamtej ekspedycji w ciążę.
W tegorocznej wyprawie brał udział wspomniany już Dariusz Załuski, polski alpinista i filmowiec, człowiek – zdaniem samej Gerlinde Kaltenbrunner – niezwykle doświadczony, przyjacielski, odpowiedzialny, słowem: człowiek, z którym można kraść konie – właściwie w tym kontekście powinno się powiedzieć: z którym można kraść yeti.
W rozmowie, którą przeprowadziłam z Gerlinde Kaltenbrunner kilkanaście dni po jej powrocie do Europy, powiedziała: – Znałam Darka już od wielu lat, ale w ubiegłym roku, w trakcie tamtej wyprawy, którą przerwaliśmy po tragicznej śmierci Fredrika, poznaliśmy się lepiej i bardzo zaprzyjaźniliśmy się. Darek jest wspaniały: Poszłabym z nim bez wahania na kolejną wyprawę! To niezwykle ważne, z kim się idzie, nie tylko to, czy można na sobie nawzajem polegać. Taka ekspedycja to ustawiczne przebywanie w ekstremalnych warunkach, w wielkiej bliskości, a przy tym w fizycznym i nerwowym napięciu. Trzeba znać wzajemnie swoje atuty i słabości i umieć się nawzajem „trawić".
Gerlinde Kaltenbrunner zna też nasz kraj: była tu kiedyś na Przeglądzie Filmów Górskich w Lądku Zdroju i wybiera się tam w lutym przyszłego roku ponownie.
Ta wspaniała alpinistka urzekła mnie swoją serdecznością, bezpośrednim i naturalnym sposobem bycia, prostotą i ogromnym wdziękiem.

Jak czuje się człowiek, który po latach prób, wyrzeczeń, starań, forsownego treningu wreszcie osiąga cel?
- Przede wszystkim odczuwam wielką radość. Nie chodzi nawet o to, że to ostatni, czternasty ośmiotysięcznik, tylko o to, że po tylu próbach wreszcie udało mi się K2 zdobyć.
Co jest ważniejsze: Droga czy cel?
- Już jako dziewczynka zaczęłam chodzić po górach i zakochałam się w nich, i od dziecka ważniejsza od celu była dla mnie droga. Oczywiście cieszyłam się, jeśli osiągnęłam sam szczyt, ale dużo silniejsze było dla mnie zawsze przeżycie samej trasy. Tym razem wchodziliśmy na K2 inną niż dotychczas drogą: szliśmy od strony północnej, trudniejszej, ale tak pięknej, że zapierającej dech.
Co czuje się, stojąc na szczycie przewyższającym wszystko, co można objąć spojrzeniem?
- To jest najgłębsze, najsilniejsze przeżycie. Wzruszenia, które ogarnęło mnie na szczycie K2, nie da się wyrazić słowami. Ten bezkres, to roziskrzone, śnieżne morze wierzchołków siedmiotysięczników pode mną, błękit nieba, słońce... Tego dnia w ogóle nie było chmur. Odczułam najgłębszą wdzięczność, że jest mi dane przeżyć taką chwilę, w jedności z wszechświatem... Z bezmiaru piękna, ze szczęścia i wdzięczności – płakałam... Niestety, taka chwila nie mogła być dostatecznie długa: musieliśmy ruszyć w drogę powrotną.
Mówi Pani o tym jak o przeżyciu metafizycznym. Czy w takich chwilach myśli Pani o Bogu?
- Góry to magia. Góry mają dla mnie coś tak majestatycznego i głęboko poruszającego, że często zdarza mi się płakać ze wzruszenia. Tam, wysoko, człowiek czuje się częścią Universum. Tam dotyka się samej istoty Stworzenia. Jest to szczególnie intensywne przeżycie religijne.
Czy wspinaczka to rodzaj medytacji?
- Tak. Droga w górach to medytacja. Podczas wspinaczki mija wiele godzin, które technicznie nie są trudne. To jest trasa, którą trzeba po prostu przebyć. Idąc, nabiera się określonego regularnego rytmu, i wchodząc w ten rytm, „wchodzi się też niejako w siebie.
Czy intensywne przeżycia, metafizyczne poczucie bliskości Boga, ale i tragiczne wypadki przyjaciół – alpinistów wpłynęły na Pani stosunek do życia i śmierci?
- Jestem z wykształcenia pielęgniarką. Pracowałam wiele lat w tym zawodzie i dlatego już od wczesnej młodości byłam konfrontowana śmiercią. Jako młoda dziewczyna straciłam także bliskich mi członków rodziny. Śmierć zabrała mi w górach przyjaciół. Mimo tego wiem, choć może trudno to komuś zrozumieć, ale ja nie odczuwam właściwie ich braku. Tam w górach oni wszyscy są zawsze ze mną. Każdemu z nas dany jest pewien czas na pobyt na ziemi. Nasi bliscy odchodzą z tego świata, ale przecież zostają dalej w Uniwersum. My też kiedyś będziemy musieli odejść, a mimo to zostaniemy.
O czym śni Pani w górach?
- Podczas wspinaczki nie śnię o niczym. Może zresztą śnię, ale natychmiast zapominam. W górach śpię krótko i bardzo, bardzo mocno. Śnić o górach zaczynam dopiero w domu, ale i to dopiero po 2 3 tygodniach po powrocie. Teraz co noc nawiedzają mnie obrazy z ekspedycji.
Co radzi Pani przeciętnemu zjadaczowi chleba chodzącemu po górach?
- Po pierwsze, mierzyć siły na zamiary. Po drugie, zaopatrzyć się w odpowiednie buty: wygodne i mające dobrze wyprofilowaną podeszwę oraz „trzymające" kostkę. Nie zawadzą w plecaku także czapka, rękawiczki i materiały opatrunkowe oraz tzw. latarka-czołówka. A po trzecie – trzeba dbać o dostateczną ilość wody i pić jej jak najwięcej: zapobiega to zmęczeniu i osłabieniu. W normalnych warunkach powinniśmy dostarczyć organizmowi 1,5-2 litrów płynu, ja w górach, topiąc śnieg, piję nawet do 5 litrów wody dziennie!
Czy chodzi Pani też po „zwykłych", europejskich górach?
- Ależ oczywiście! Dwutysięcznik też może sprawić człowiekowi frajdę! (śmieje się). Naturalnie, tak jak już powiedziałam, ważna jest droga, nie cel. Choć nie zaprzeczam: wejście na ośmiotysięcznik oznacza nie tylko dłuższy czas przygotowań i forsowniejszy trening, nie tylko większe wymagania techniczne i większe trudy, ale też tym większą radość z ich pokonania i – co tu kryć – zetknięcie się z nieopisanym pięknem.
Czego Pani nie lubi w górskich wspinaczkach? Co jest Pani niemiłe? Może pijawki, które, jak mi opowiadano, są w Himalajach plagą w błotnisty, deszczowy czas?
- Ach, pijawki, pająki... to głupstwo. To, czego naprawdę nie mogę znieść, to śmietnik, który ludzie po sobie pozostawiają w górach. To jest brzydkie i niepojęte.
Pozwalam więc sobie zacytować przy okazji treść tabliczki, którą przeczytałam podczas wędrówki po Alpach: „Góry należą do nas wszystkich, twoje śmieci należą tylko do ciebie"...
- Oj, dziękuję!

Rozmawiała Dorota Krzywicka-Kaindel, Polonika nr 202, listopad 2011

Top
We use cookies to improve our website. By continuing to use this website, you are giving consent to cookies being used. More details…