Mila z Koszalina

Sebastian Mila, fot. Robert Kołsut

Przypominamy archiwalną rozmowę z Sebastianem Milą, jednym z bohaterów meczów eliminacyjnych ME.

 

 

 

 

 

 

 Ile mila ma kilometrów – zapytał Sebastiana Milę jeden z kibiców. Piłkarz odpowiedział, że 1000 km, tyle bowiem dzieli Wiedeń od jego rodzinnego Koszalina.To tam, w wieku 5 lat, obserwując mecz Gwardii Koszalin, postanowił zostać piłkarzem. Z Sebastianem Milą rozmawiamy po treningu w klubie Austria Wien, tuż przed jego wyjazdem na zgrupowanie polskiej reprezentacji przed meczem Polska-Anglia.

Od sezonu 2004/2005 grasz w Austria Wien. Jak zostałeś przyjęty i jaka jest atmosfera w tym klubie?
- Przejście do klubu Austria Wien wiązało się z wielkimi nadziejami, traktowałem je jako życiową szansę. Mam nadzieję, że wszystkie moje oczekiwania się spełnią.
Na początku atmosfera w klubie była inna niż jest teraz, co jest zrozumiałe; wszystko było dla mnie nowe, koledzy w drużynie, działacze, kibice. Musiałem dopiero to wszystko poznać. Koledzy z drużyny bardzo mi pomagali, wspierali mnie, wiedzieli, że przyszedłem do drużyny nie znając słowa po niemiecku. Cały czas są dla mnie życzliwi.

Jak więc wyglądało porozumiewanie się na boisku, w końcu nie wszystko można wyjaśnić gestem?
- Na początku porozumiewaliśmy się po angielsku, tym językiem się posługuję, natomiast z niemieckim, tak jak już wcześniej wspomniałem, nie miałem okazji się zetknąć. W naszej drużynie gra wielu obcokrajowców, gdy przychodzą powołania na mecze narodowe, okazuje się, że dotyczą one połowy całej drużyny Austria Wien.
W tej chwili radzę sobie coraz lepiej, na odprawach, które przecież prowadzone są po niemiecku, mam coraz mniej kłopotów. Cieszę się, bo oprócz sportowych doświadczeń wzbogacę się również o znajomość nowego języka.

Jak czujesz się w Wiedniu, czy masz kontakt z polonijnym środowiskiem?
- Miasto jest piękne, jest wiele rzeczy do zwiedzenia. Dobrze mi się tu żyje, ale nie mam za dużo czasu, żeby lepiej je poznać.
Przed przyjazdem do Wiednia wiedziałem o tym, że mieszka tu wielu Polaków. Ostrzegano mnie, żebym nie spotykał się Polakami i nie utrzymywał z nimi kontaktów, ponieważ nie są oni w porządku w stosunku do nowo przyjeżdżających rodaków. Nie rozumiem za bardzo tych uwag, gdyż ja nie mam żadnych złych doświadczeń, spotkałem się z dużą życzliwością i pomocą ze strony wielu Polaków i o wiele trudniej byłoby mi się bez tej pomocy tutaj zaaklimatyzować. Uważam, że trzeba zmienić ten stereotyp, że Polacy za granicą są dla siebie nieżyczliwi, że potrafią sobie tylko przeszkadzać, a nie pomagać. Polacy nie powinni zapominać, skąd są. Jesteśmy dobrym narodem.

Czy nie szkoda było opuszczać Groclin Dyskobolia, który jest drużyną świetnie radząca sobie w Polskiej Lidze?
- Było mi szkoda opuszczać tę drużynę, ponieważ pierwszą dużą szansę jako piłkarz otrzymałem właśnie od prezesa Groclinu, Zbigniewa Drzymały, z którym nadal mam bardzo dobre stosunki. Gdy odchodziłem prezes zapewnił mnie, że zawsze mogę wrócić do tego klubu. To co prezes Drzymała mówi ma większe znaczenie niż pieniądz, bo słowa dotrzymuje zawsze. Z tą drużyną odnosiłem duże sukcesy, w Pucharze UEFFA pokonaliśmy przecież renomowane kluby. Fajnie było przeżyć taką przygodę, ale wszystko kiedyś się kończy.

Jak chłopak urodzony w Koszalinie znalazł się w drużynie Groclinu?
- Do Groclinu trafiłem z Lechii Gdańsk, po dość skomplikowanych i zawiłych historiach z klubami Polonią Gdańsk i Orlen Płock. W każdym razie trener Kaczmarek osobiście ściągnął mnie do Groclinu, znałem go wcześniej, miał okazję obserwować moją grę w II lidze. Początki były bardzo trudne, pierwsze pół roku spędziłem na ławce rezerwowych. Trochę mnie to martwiło, przyszedłem do klubu z innymi nadziejami, liczyłem, że od początku będę grał. Życie wszystko zweryfikowało. Nauczyłem się, że liczy się ciężka praca i to, co pokaże się na boisku, nie zaś prywatne sympatie i znajomości. Dostałem tam dobrą szkołę. Tutaj w Wiedniu muszę być także czujny, bo nie zawsze mam miękkie lądowanie.

Zbliża się mecz Polska-Anglia, jak oceniasz nasze szanse?
- Rozpoczyna się zgrupowanie, najpierw czeka nas mecz sparingowy z Islandią, a potem ten najważniejszy z Anglią. Mam wrażenie, że nasz awans rozstrzygnie się już w sobotę, przed spotkaniem z Anglią. Jesteśmy dobrą drużyną, jesteśmy dobrze zgrani, mamy dobrego trenera – jestem przekonany, że awansujemy do MŚ w Niemczech.

Rozmawiał Mariusz Michalski, Polonika nr 130, listopad 2005



Top
We use cookies to improve our website. By continuing to use this website, you are giving consent to cookies being used. More details…