O języku polskim

Przed II Polonijnym Dniem Dwujęzyczności przypominamy rozmowę z dr hab. Mirosławą Mycawką.

 

– Dopóki będziemy mieli powód, by uznawać się za wspólnotę, integralność naszego języka nie będzie zagrożona. Dopiero gdy – co, miejmy nadzieję, nigdy w poważnej skali nie nastąpi – zaczniemy wstydzić się i wyzbywać polskości, polszczyzna znajdzie się w odwrocie. Tę sytuację obserwujemy w niektórych środowiskach polonijnych, w których rodzice odstępują od nauki języka ojczystego swoich dzieci, wychodząc z błędnego założenia, że ich język rodzimy jest dla dzieci balastem, a jego znajomość nie sprzyja asymilacji w nowym otoczeniu – podkreśla dr hab. Mirosława Mycawka, językoznawca z Katedry Współczesnego Języka Polskiego UJ.


Coraz powszechniejsza jest opinia, że źle się dzieje z naszą polszczyzną. Mówimy i piszemy coraz bardziej niechlujnie, używamy coraz więcej wulgaryzmów. Czy tak jest rzeczywiście?
– Muszę niestety potwierdzić opinię o nie najlepszym stanie współczesnej polszczyzny i nasilaniu się niewłaściwych zachowań językowych jej użytkowników. Najbardziej rażą błędy językowe, coraz powszechniejsze także w publicznych wypowiedziach ludzi wykształconych, m.in. dziennikarzy, artystów, polityków, nauczycieli, a więc tych, którzy powinni dawać przykład, jak poprawnie i pięknie posługiwać się polszczyzną. Bardzo negatywnym zjawiskiem jest szerząca się zarówno w przestrzeni prywatnej, jak i publicznej agresja językowa, przejawiająca się m.in. stosowaniem na niespotykaną dotąd skalę wulgaryzmów, inwektyw, szyderstw, złorzeczeń. Usłyszeć je można bez trudu na ulicy, nierzadko z ust „cherubinków” uginających się pod ciężarem tornistrów, ale też w telewizji, radiu, parlamencie. W wersji graficznej „wylewają się” z internetowych publikacji, zwłaszcza z komentarzy internautów, przekonanych niechybnie o tym, że forum internetowe jest ringiem, na którym można przyłożyć każdemu, kto się nawinie, a przy okazji odreagować wszystkie swoje frustracje i kompleksy.
Innym zjawiskiem psującym język jest niechlujstwo w zakresie wymowy bądź grafii. W pierwszym wypadku chodzi m.in. o niewłaściwe akcentowanie wyrazów, np. na pierwszej lub ostatniej sylabie zamiast na przedostatniej, co zdarza się choćby prezenterom telewizyjnym. Niedbalstwem artykulacyjnym tłumaczy się też specyficzną wymowę głosek ś, ź, ć, ʒ́ jako s-i, z-i, c-i, dz-i, obserwowaną w ostatnich latach zwłaszcza u nastolatek. Z przykładami graficznego, a zwłaszcza ortograficznego niechlujstwa jesteśmy zmuszeni stykać się na co dzień, przeglądając strony internetowe, odczytując etykiety różnych produktów w sklepach, ogłoszenia, a co gorsza nawet czytając gazety.
Niekorzystną tendencją jest zapożyczanie wyrazów z języka angielskiego „na oślep”, niezależnie od tego, czy są one w polszczyźnie potrzebne, czy też nie. Irytujące są zwłaszcza anglosemantyzmy, np. dedykowany jako ‘przeznaczony’, brzmiące w niektórych kontekstach wręcz kuriozalnie, np. „papier toaletowy dedykowany do intensywnie użytkowanych toalet”. Ostatnio przedstawiciele branży turystycznej lansują słowo destynacja w znaczeniu ‘cel podróży’, choć wydaje się ono niepotrzebne i pretensjonalne. Przykładów niekorzystnych zmian zachodzących w języku polskim i w zwyczajach językowych Polaków jest wiele, a ich przyczyny są bardzo złożone.
Mogłaby Pani wymienić kilka z tych przyczyn?
Najpoważniejszą z nich są skutki przełomu społeczno-politycznego i gospodarczego po 1989 roku. Odrzucenie sztywnych form wypowiedzi publicznych, obowiązujących w czasach komunizmu i kojarzonych z brakiem wolności słowa, stało się na zasadzie odreagowania impulsem do rozluźniania norm, wprowadzania elementów języka potocznego do wypowiedzi oficjalnych, zacierania granic między literacką a potoczną polszczyzną. Towarzyszyło temu bezkrytyczne przejmowanie zachodnich, zwłaszcza amerykańskich wzorców kulturowych, co wpłynęło dewastująco na funkcjonujący od pokoleń, tradycyjny model etykiety językowej obejmującej m.in. sposoby zwracania się do siebie w różnych okolicznościach, stosowność użycia słów w zależności od sytuacji, tzw. savoir vivre itp. Powstanie wolnego rynku rozpoczęło erę konsumpcjonizmu i komercjalizmu, które wydatnie przyczyniły się do łamania tabu kulturowego, wyłączając ze sfery intymności kolejne aspekty ludzkiej egzystencji. Na to wszystko nałożyła się upowszechniająca na przełomie stuleci filozofia postmodernizmu, wnosząca przekonanie o płynnej względności wszystkich idei, przekute w dewizę: „teraz już wszystko wolno”. Nietrudno wskazać wydarzenia, które uzewnętrzniły kierunek zmian kulturowych na początku transformacji. Są to m.in. emisja w telewizji reklamówki wkładek higienicznych marki „Always” (1991) (złamanie tabu kulturowego dotyczącego fizjologii i higieny intymnej), wprowadzenie na ekrany kin filmu Psy Władysława Pasikowskiego (1992) (liczne wulgaryzmy pojawiające się w dialogach jako wyznacznik realizmu słownego zyskały swoistą nobilitację), talk-show Polsatu „Na każdy temat” (od 1993 r.) (poruszanie tematów objętych wcześniej tabu kulturowym, np. spraw seksualnych, oraz złamanie zasad konwencjonalnej grzeczności, np. zwracanie się do gości w studiu po imieniu). Za motto tych zmian można uznać słynne hasło „Róbta, co chceta”, będące częścią tytułu programu telewizyjnego prowadzonego przez Jerzego Owsiaka od 1991 roku. Choć wszystkie te i podobne wydarzenia budziły kontrowersje i wywoływały dyskusje, to jednak przede wszystkim przygotowywały grunt do zmian, o których tu mówimy i które nastąpiły, a permanentnie reformowany system edukacyjny i postawa elit, zamiast im przeciwdziałać, dotrzymały im kroku. Wielu negatywnych zjawisk nie obserwowalibyśmy dziś w polszczyźnie, gdyby edukacja szkolna obejmowała właściwe kształcenie językowe i gdyby przyszła jej w sukurs odpowiednia postawa elit, będących autorytetem w zakresie etykiety i poprawności językowej. Tak dziś niestety nie jest. Dopóki nie będzie społecznego konsensusu odnoszącego się do konieczności dbania o język ojczysty, o jego piękno, poprawność, funkcjonalność i o przestrzeganie fundamentalnych zasad jego używania z poszanowaniem godności drugiego człowieka, sytuacja nie ulegnie zmianie.
Jakie pułapki czyhają na Polaków mieszkających za granicą? Konkretnie mówimy o Austrii, a więc o wpływie języka niemieckiego na język polski. Czego się wystrzegać?
– W trakcie nauki drugiego języka rzeczą naturalną są błędy interferencyjne, czyli przenoszenie różnych form danego języka na drugi. Mogą one zachodzić na każdym poziomie języka. W zakresie fonetyki możliwa jest zamiana głosek, stąd wymowa szport zamiast sport lub defenzywa zamiast defensywa. Może dochodzić do interferencji fleksyjnych, np. zmiany rodzaju gramatycznego: ta selera zamiast ten seler. Częste jest przenoszenie niemieckich konstrukcji składniowych do języka polskiego, m.in. schematu accusativus cum infinitivo, czyli biernik z bezokolicznikiem, np. widziałem go siedzieć, mieć coś wisieć w szafie. Kopiowane bywają niemieckie struktury czasowników z przyimkami, np. wsiąść w pociąg, smakować za czymś. Przenoszone wprost są też inne schematy składniowe, np. mam ból głowy, mam strach, mam to przeczytane, co tam stoi?, czyli: ‘co tam jest napisane?’ Ponadto nadużywane bywają pod wpływem języka niemieckiego zaimki osobowe i dzierżawcze, np. ja mówiłem, ja byłem, skoro w języku polskim można je swobodnie pominąć. Oczywiście przenoszone są wprost wyrazy z jednego języka do drugiego. Wpływom poddaje się także szyk zdania, w tym przesuwanie orzeczenia na koniec frazy. Im bardziej zaawansowana jest nauka języka polskiego, tym bardziej uczący się uświadamia sobie błędy interferencyjne, które popełnia, i stopniowo je eliminuje. By zatem unikać tego typu pułapek, trzeba cierpliwie się uczyć języka, wspomagając się listą najczęściej popełnianych błędów wynikających z interferencji.
W Austrii nauczanie języków ojczystych, w tym także języka polskiego, już od ponad 25 lat finansowane jest przez austriackie ministerstwo nauki. Jakiego Pani użyłaby argumentu, żeby przekonać rodziców, dlaczego warto, by ich dzieci uczyły się języka polskiego za granicą, i jakich argumentów użyłaby Pani, by przekonać młodzież?
– Niełatwo jest nakłonić kogoś do nauki, jeśli sam nie czuje takiej potrzeby. Jednak w wypadku nauki języków, zwłaszcza w dzisiejszych czasach, sytuacja wydaje się łatwiejsza. Sekret tkwi w przełamywaniu granic. „Granice mojego języka są granicami mojego świata” – ta myśl Ludwiga Wittgensteina powinna motywować każdego do poszerzania własnej przestrzeni mentalnej, czyli m.in. do nauki języków. Jeśli jednak ten argument wydaje się zbyt abstrakcyjny, to można posłużyć się bardziej praktycznymi. Otóż rodziców przekonywałabym, że umożliwiając dziecku naukę języka ojczystego, oprócz języka obowiązującego w kraju zamieszkania, wyposażą je w kompetencje, które mogą być wykorzystywane w jego życiu zawodowym, np. w zawodzie tłumacza, biznesmena, przedstawiciela handlowego, dyplomaty itd. Wprowadzając w sposób niejako naturalny dwujęzyczność, ofiarują dziecku dwie ojczyzny, dając jednocześnie większą przestrzeń dla samorealizacji i możliwość wyboru. W końcu, nie odcinając dziecka od języka przodków i pozostałych w kraju krewnych, dają mu szansę nawiązania prawidłowych, nieograniczonych barierą językową więzi rodzinnych, co jest ważnym elementem poczucia szczęścia i bezpieczeństwa każdego człowieka. Dzieciom poza wymienionymi już kwestiami uświadomiłabym, że ucząc się języka narodu, z którego się wywodzą, łatwiej zrozumieją mentalność swoich rodziców, dziadków, a może i swoją własną. Nadto warto, by miały świadomość, że nauczywszy się dodatkowego języka poza podstawowym łatwiej opanują każdy kolejny, otwierając sobie drogę do poliglotyzmu.
Czy rodzice powinni walczyć z mieszaniem języków?
– Na pewnym etapie przyswajania równolegle dwóch języków interferencja, czyli przenikanie się elementów obu języków, jest zjawiskiem naturalnym, choć może nieco kłopotliwym. Nie ma jednak sensu z nim walczyć, gdyż ustąpi ono samoistnie, gdy znajomość przyswajanych języków osiągnie bardziej zaawansowany etap, na którym będą się one wyraźnie różnicować. Trzeba zatem uzbroić się w cierpliwość i nie wpadać w panikę, gdy przejściowo język dziecka staje się nieco eklektyczny. Biegła znajomość dwóch lub większej liczby języków pozwala z kolei na świadome przełączanie kodów w zależności od potrzeb, jeden język bardziej się nadaje do wyrażania emocji, inny zaś do prowadzenia filozoficznych rozmyślań.
Na jednym z internetowych forów Polonii austriackiej śledziłam dyskusję. Jedna z pań grzecznie zwróciła drugiej uwagę na rażące błędy ortograficzne. Reakcja była zaskakująca: pani stwierdziła, że to jest zupełnie obojętne, jak się pisze. To zdanie podziela niestety coraz więcej osób. Jak wrócić do dobrych wzorów i gdzie ich szukać?
– Obecnie podejście do ortografii i w ogóle poprawności językowej jest zróżnicowane. Jedni, co widać choćby w radosnej twórczości internautów, nie przestrzegają zasad poprawnej pisowni, bo ich nie znają. Inni je kontestują, uważając reguły ortograficzne za uciążliwy anachronizm. Natomiast na szczęście wciąż liczni użytkownicy polszczyzny piszą poprawnie i zżymają się na tych, co z poprawnością są na bakier, doradzając im zakup słownika ortograficznego lub powstrzymanie się od wypowiedzi w Internecie. Choć wydaje się, że tolerancja dla dysortografii jest dość duża, to jednak nie obejmuje ona wszystkich. Pisanie z błędami może stać się poważnym uszczerbkiem na reputacji, czego dowodzą komentarze w Internecie dyskwalifikujące tych, którzy mają problem z ortografią. O wadze umiejętności poprawnej pisowni boleśnie przekonują się osoby o wysokim prestiżu społecznym, którym nie wybacza się niefortunnych konfrontacji z ortografią, co może przyczynić się do przerwania nawet najbardziej błyskotliwej kariery. Casus byłego prezydenta RP jest aż nadto dobitny. Warto zatem i trzeba pisać poprawnie. W tym celu należy być w stałym kontakcie ze słownikiem poprawnej polszczyzny i słownikiem ortograficznym. Warto też czytać dobrą literaturę, bo w ten sposób obcujemy z poprawną i nieszablonową polszczyzną. Godne polecenia są także wszelkie przedsięwzięcia podejmowane przez językoznawców popularyzujące wiedzę o języku polskim.
Skąd w języku polskim bierze się ten zwyczaj wymawiania z angielska skrótów w rodzaju CD, DVD czy TV. Używając tych nazw zgodnie z pisownią (tak też funkcjonuje to w języku niemieckim), w Polsce uchodzimy za strasznych nieuków. Potwierdza to wielu Polaków mieszkających w Austrii.
– Wymawianie skrótów na sposób angielski jest obecnie przejawem silnego wpływu tego języka na polszczyznę. Wiąże się także z tym, że skróty typu CD, DVD itp. są nazwami produktów, które pierwotnie sprowadzaliśmy z zagranicy, z tzw. Zachodu, z całym dobrodziejstwem inwentarza, czyli łącznie z nazwą. Trzeba jednak przyznać, że pierwotnie, gdy angielski nie miał tak mocnej pozycji jako źródło zapożyczeń jak obecnie, w Polsce kupowało się płyty i odtwarzacze ce-de. Z czasem ten typ wymowy został wyparty przez wzorzec angielski, a zgodnie z kryterium ekonomii językowej niezasadne było utrzymywanie dwóch wariantów wymawianiowych i wygrał ten, który był częściej stosowany. Wymowa osób, które przywiązały się do spolszczonego wariantu fonetycznego, wydaje się więc anachroniczna, a one same są postrzegane jak pasażerowie, którzy nie zdążyli na czas przesiąść się do właściwego pociągu. Obecnie w czasach globalizacji, gdy otwarte są granice i działa wolny rynek, nazwy produktów będących przedmiotem obrotu handlowego stają się internacjonalizmami wymawianymi w różnych językach podobnie. Ułatwia to dostęp do nich, a tym samym uczestnictwo w nieustannej rewolucji technologicznej. Nie da się i nie ma sensu z tym walczyć.
Język angielski wdziera się coraz bardziej do naszego codziennego słownictwa. Podobnie wygląda to zresztą w języku niemieckim. Czy angielszczyzna zdominuje pozostałe języki i czy należy się tego bać?
– Dzieje koegzystencji narodów i języków pokazują, że w danym czasie język państwa dominującego pod ważnym względem nad innymi, np. ekonomicznym, kulturalnym, politycznym, silnie wpływa na pozostałe języki narodowe, będące w kręgu jego oddziaływania, stając się źródłem licznych zapożyczeń. Dlatego np. język angielski pełen jest galicyzmów, tj. pożyczek z języka francuskiego, będących dziedzictwem francuskiej dominacji na Wyspach Brytyjskich. Historię języka polskiego można opisać jako dzieje nawarstwień form językowych z wielu języków, m.in. z łaciny, z języka niemieckiego, czeskiego, włoskiego, francuskiego i w końcu z angielskiego. Wpływy łaciny czy języka francuskiego były w swoim czasie tak silne, że wywoływały obawy o czystość, a nawet o przetrwanie polszczyzny. Polszczyzna wyszła jednak cało z tych opresji, gdyż po pierwsze uleganie wpływom innych języków dotyczyło tylko części społeczeństwa, tzw. warstw wyższych, i było zjawiskiem czasem co prawda długotrwałym, ale mimo to przejściowym. Po drugie działał też mechanizm samoregulujący języka, przejawiający się przyswajaniem obcych wyrazów, które są potrzebne, gdyż usprawniają i uzupełniają język, a eliminacją tych, które wydają się zbędne, ponieważ dublują jedynie słowa rodzime, a nie wnoszą nowych treści. Dziś niekwestionowany jest status angielszczyzny jako języka międzynarodowego, znanego powszechnie na całym świecie. Silna pozycja państw anglosaskich jako źródła rozwoju nowych technologii, prądów kulturowych i nowoczesnej standaryzacji życia ściśle wiąże się z przenikaniem języka angielskiego do innych języków narodowych. Dotyczy to nie tylko polszczyzny. Czy jest to zjawisko groźne? Historia uczy, że w dobie naporu obcego języka na język ojczysty należy zachować spokój i rozsądek. Innymi słowy, nie trzeba wpadać w popłoch, ale też nie należy ślepo przejmować wszystkich form, które wydają się atrakcyjne, bo np. są modne w danym okresie. Warto pomóc językowi we wspomnianym procesie samoregulacji. Należy zatem stanowczo eliminować formy zbędne, unikając ich powielania, np. niepotrzebne nam słowo shop, skoro mamy rodzimy wyraz sklep. Na szczęście tzw. uzus, czyli zwyczaj językowy, tę pożyczkę leksykalną zmarginalizował i nie upowszechniła się, ograniczając swoje występowanie do złożeń typu sexshop. Nikt więc nie powie dziś, że idzie do shopu. Z kolei zapożyczone słowo market znalazło sobie miejsce w polskim systemie leksykalnym, nie eliminując wyrazu sklep, gdyż wyspecjalizowało się znaczeniowo, oznaczając wielkopowierzchniowe placówki handlowe albo dyskonty należące do dużych, zwykle zagranicznych sieci.
Zapożyczenia nie są więc aż tak groźne dla polszczyzny?
- Generalnie zapożyczenia leksykalne nie są groźne dla polszczyzny, a w dodatku trudno liczyć na rozwój języka bez ich udziału. Te z kolei wtedy są niekorzystne, gdy jest ich za dużo, a zwłaszcza gdy ingerują w system gramatyczny języka, np. w fonologię, morfologię czy składnię. Ten ostatni przypadek obserwujemy na przykładzie modnych dziś struktur typu Kredyt Bank, Futura Park, Miłosz Festival czy, o zgrozo, ospa party. Kopiowanie angielskiego modelu wyrządza szkody polskiej fleksji i składni, gdyż uniemożliwia odmianę pierwszego członu i zakłóca naturalny szyk wyrazów. Wolelibyśmy zatem, by zamiast Kredyt Banku i Miłosz Festivalu działał w Polsce Bank Kredytowy i odbywał się Festiwal Miłosza. Podsumowując, dopóki będziemy mieli powód, by uznawać się za wspólnotę, integralność naszego języka nie będzie zagrożona. Dopiero gdy – co, miejmy nadzieję, nigdy w poważnej skali nie nastąpi – zaczniemy wstydzić się i wyzbywać polskości, polszczyzna znajdzie się w odwrocie. Tę sytuację obserwujemy w niektórych środowiskach polonijnych, w których rodzice odstępują od nauki języka ojczystego swoich dzieci, wychodząc z błędnego założenia, że ich język rodzimy jest dla dzieci balastem, a jego znajomość nie sprzyja asymilacji w nowym otoczeniu.
Jakie są, Pani zdaniem, najbardziej rażące błędy? Czy do „klasyków”, jak umią, rozumią dołączyły jakieś nowe? Osobiście intryguje mnie geneza przeniesienia rodzajnika liczby mnogiej rodzaju niemęskoosobowego na rodzaj nijaki, przez co coraz częściej słyszymy: te powstanie, te okno, te dziecko.
– Zarówno formy umią, rozumią, jak i zaimek te zamiast to przy rzeczownikach rodzaju nijakiego są skutkiem działania analogii w języku. Ponieważ duża liczba czasowników ma temat nieposzerzony w 1. osobie liczby pojedynczej i 3. osobie liczby mnogiej, np. śpię – śpią, tańczę – tańczą, płacę – płacą, wiszę – wiszą, to czasowniki 3. koniugacji typu umieć, rozumieć są upodabniane w odmianie do tamtych, stąd wtórne, niepoprawne formy umię – umią, rozumię – rozumią, zamiast umiem – umieją, rozumiem – rozumieją. Z kolei zaimek to współwystępuje w różnych kolokacjach z przymiotnikami rodzaju nijakiego, które mają końcówkę -e, np. to nowe okno, to trudne zadanie, to wesołe dziecko, i przez analogię upodabnia się fleksyjnie do nich, przyjmując taką samą końcówkę. Jest to proces nasilający się i być może doprowadzi do trwałego wyrównania analogicznego, które kiedyś zostanie uznane za normę. By wymienić wszystkie popełniane dziś błędy językowe przez Polaków, trzeba by napisać opasły tom. Wymienię zatem może jeszcze kilka najbardziej rażących. Wśród nich na pierwszym miejscu można postawić uporczywą rezygnację z odmiany nazwisk. Dziś choćby zwrócił moją uwagę fragment w przypadkowo przeglądanym tabloidzie: „Teraz gwiazda dzieli życie z czterema psami (…) i rudym kotem Wiewiórem, prezentem od państwa Bryll”. Chciałoby się autora tekstu zapytać, gdzie leży państwo Bryll na mapie, bo taki sens wyłania się z tych słów. Domyślam się jednak, że prezent pochodzi od państwa Bryllów. Szkoda, że autor nie zauważa tej różnicy. Irytujące błędy wiążą się z artykulacją -ą na końcu wyrazu. Wymowa typu -om, np. z tom matkom, z nowom torebkom, mająca gwarową proweniencję, szerzy się dziś w zastraszającym tempie, także u osób, które z gwarą nie miały nic wspólnego. Próby korygowania tego błędu nie w tych formach, w których do niego dochodzi, prowadzą do powstawania także dziś nagminnych form hiperpoprawnych, np. tym zawodniką, naszym gością. Obserwujemy zatem zupełne rozchwianie kompetencji artukulacyjnej w tym zakresie i to na masową skalę. Czasem bieg zdarzeń politycznych stawia przed dziennikarzami karkołomne wyzwania. Ileż to się musieli niektórzy natrudzić, relacjonując kolejne odsłony zmagań o właściwy skład Trybunału Konstytucyjnego. Problemem okazała się odmiana czasownika zaprzysiąc. Nie dając jej rady, wielu dziennikarzy i polityków w desperacji używało czasownika, który nie istnieje, tj. zaprzysiężyć, wyrażając ufność, że prezydent zaprzysięży sędziów wybranych przez poprzedni sejm.
W marcu tego roku w Krakowie odbyło się II Dyktando Krakowskie, w którym uczestniczyło prawie 400 osób. Jest Pani autorką tekstu dyktanda. Jak uczestnicy poradzili sobie z ortografią, co sprawiło im największe trudności?
– Dyktando Krakowskie ma otwartą formułę, co oznacza, że każdy może wziąć w nim udział. Skwapliwie korzystają z tej możliwości osoby, które ze zgłębiania tajników ortografii zrobiły sobie hobby, poświęcają na nie bardzo dużo czasu, wygrywają różne konkursy i znają zasady ortograficzne do perfekcji. By m.in. z takiego grona wyłonić zwycięzcę, trzeba maksymalnie spiętrzyć trudności. Dlatego teksty konkursowe są bardzo trudne. Mimo to wiele osób wykazuje się nadzwyczaj dobrą znajomością ortografii i popełnia mało błędów. W ostatnim tekście sporo problemów nastręczały nazwy miejscowości na Podkarpaciu (Hoczew, Rzepedź), nazwiska malarzy Velázqueza, Muncha, Goi oraz aktora Jeana Reno, także takie słowa jak blitzkrieg, SIM-lock, Tadż Mahal. Był też problem z nazwiskiem głównego bohatera opowiastki, komisarza Mrzyka. Jedni je pisali przez „ż”, inni przez „rz”, natomiast jeden z konkursowiczów roztropnie pisał raz tak, raz tak – przynajmniej w połowie zapisał poprawnie. Zasadniczo w dyktandach najwięcej problemów stwarza pisownia łączna i rozdzielna, a także z dywizem lub bez, zapis z dużej i małej litery, różnego rodzaju homofony (wyrazy brzmiące tak samo, ale zapisywane inaczej, np. jeżyk i jerzyk), wyrazy obcego pochodzenia, nazwy geograficzne i nazwiska.

Rozmawiała Halina Iwanowska, Polonika nr 256, wrzesień/październik 2016

Dodatkowo:

Newsletter

Jeżeli chcesz otrzymywać mailem informacje na bieżąco wpisz swój adres e-mail
Top
We use cookies to improve our website. By continuing to use this website, you are giving consent to cookies being used. More details…