Wiedeńska przymiarka do trumny

Historia Wiednia przekonuje, że śmierć nie musi być smutna, a ostatnia droga smętnym konduktem.

Przeciwnie - może być bajecznym pożegnalnym przedstawieniem przygotowanym przez nieboszczyka. To właśnie w Wiedniu śpiewa się o „schöne Leich" - co w dosłownym tłumaczeniu oznacza po prostu "piękne zwłoki".

Muzeum Pochówku w Wiedniu założono w 1967 r. Nie mogło powstać gdzie indziej, wszak tutaj istnieje powiedzenie „piękny pogrzeb", tu śmierć dawno oswojono i nie straszono nią. Podobnie jest jedynie w Meksyku, gdzie odbywają się barwne fiesty śmierci, pełne kolorowych, radosnych, pieczonych z ciasta kościotrupków do jedzenia, gdzie cmentarz staje się miejscem wspólnych uczt i życia, a kolorem żałoby jest kolor biały.

Witigo Keller, dyr. muzeum, fot. B. Dżon
Wiedeńskie Muzeum Pochówku jest pierwszym takim muzeum na świecie. Znalazło naśladowców m.in. w Holandii i Hiszpanii. Można przyjąć, że w Wiedniu nikogo nie szokowało, raczej ciekawiło; do dziś jest ulubionym celem turystów, obok obrazów Klimta i Schönbrunn to „dziwactwo" mówi wiele o naturze wiedeńczyków.
Od 1987 roku dyrektorem Muzeum Pochówku jest dr Wittigo Keller, znany etnolog, specjalista kultury śmierci i pochówku, niezwykle barwnie i nomen est omen - żywo mówiący o obyczajach pochówkowych. Muzeum ma pozwolić przyjrzeć się tabu śmierci z bliska.
Podczas corocznej „długiej nocy muzeów" to właśnie Muzeum Pochówków wydaje się być  największą atrakcją. W tę jedyną noc gwarantuje szczególne przeżycie: przymiarkę do wiecznego spoczynku w trumnie. W 2010 r. w noc 1 października w kolejkach do Muzeum Pochówku stanęło 5 tysięcy ciekawskich, a 2 tysiące osób, w tym większość pań, zdecydowało się na próbę położenia do trumny. – Najmłodsza była nastolatką, najstarsza miała 88 lat. Uznała, że całkiem wygodnie się leży, może i wygodniej niż w łóżku – wyjaśnia dr Keller. Dodał, że chętni testowali różne rodzaje „wyposażenia" ostatniego „mieszkanka" – uznali zgodnie, że nie ma co oszczędzać na poduszce czy obiciu drewnianego domu – w końcu ma wystarczyć na wieczność! Jak dotąd jednak nikt nie zdecydował się na pochówek w „siedzącej trumnie", której prototyp można zobaczyć w muzeum.

Ostatnie wiedeńskie „piękne pogrzeby"
Wiedeń pamięta dwa wielkie pogrzebowe przedstawienia z końca XX wieku: wielkie imperialne pożegnanie Zyty, ostatniej cesarzowej Austrii, w 1989 roku i ostatni show Falco, kultowego muzyka austriackiego w roku 1998. Obydwa przedstawienia pogrzebowe to całodniowe uroczystości, pożegnania, wpisy kondolencyjne, zdobne rekwizyty.
Trumna nieboszczki Zyty pokryta tkaninami w cesarskich barwach, strojnie przybrany zaprzęg sześciu koni, dostojna karoca, nie mniej teatralnie ubrani uczestnicy. Jeśli palili papierosy, to tylko takie ze specjalnego czarnego pudełka – można zobaczyć go  je w muzeum. Jak w wieku XIX, kiedy to znana była trasa przemarszu konduktu i anonsowano w prasie: „dysponuję apartamentem z oknami wychodzącymi na trasę żałobnego konduktu", w kwietniu 1989 roku wynajmowano „lożę z widokiem na ostatnią drogę cesarzowej Zyty". Wynajmowano takie „loże" za słoną opłatą, jeśli ktoś winszował – z lampą szampana, już nie za zdrowie, ale za wieczną szczęśliwość szanownego nieboszczyka.
Pamiątki po obu „wielkich zmarłych" sprzedawały się jak świeże bułki – T-shirty, obrazki, czego tam nie było. Stypa po Zycie, księżnej domu Burbonów i Parmy, zawierała w menu szynkę parmeńską z melonem. Falco odchodził w mahoniowej trumnie, przykryty czerwonym płaszczem z gronostaja à la jego ukochany król Ludwik II, pośród wycia dziesiątek Harleyów Davidsonów. To był ostatni występ muzyka. Pozostała też nie mniej wybredna mogiła na Centralnym Cmentarzu: dwumetrowa płyta CD z pleksi z wizerunkiem Falco; ciągle są tam świeże kwiaty, liściki czy maskotki. Skromniejszy, ale też widowiskowy był pogrzeb burmistrza Wiednia, Helmuta Zilka w 2008 r.

Trumna wielorazowego użytku, fot. B. Dżon
Pieróg, trumna wielorazowego użytku i nóż prosto w serce
Pierwszą prywatną luksusową firmą, organizującą wyjątkowe pogrzebowe widowiska już w pierwszej połowie XIX wieku była „Entreprise des Pompes Funèbres", oczywiście z francuska nazwana. Zachował się XIX-wieczny powóz konny, przetrwała nazwa Pompfüneberer - w wiedeńskim dialekcie oznacza postać w odświętnym uniformie, z napoleońskim kapeluszem-pierogiem, który był nakryciem głowy zarezerwowanym dla obsługi pogrzebów. Goście pogrzebów zaś wypożyczali odświętne stroje żałobne w jednym z ekskluzywnych „zakładów towarów żałobnych". Tak spowici w czernie mogli opłakiwać znanego lub nieznanego nieboszczyka podczas pięknego pogrzebu.
Jak zaznacza dyrektor Muzeum, Wittigo Keller, do XVIII wieku praktycznie nie chowano w trumnach, nazywanych „drewnianymi piżamami", były bowiem wielkim wydatkiem. Kupowane za życia, stawały się domowym meblem, szafą, stąd na wiekach malunki kwiatów, by nieco udomowić „mebel".
Pochówki w trumnach zaczęły wymagać więcej przestrzeni, cmentarze się rozrastały. Syn Marii Teresy, Józef II Habsburg, nie był zwolennikiem wielkich pogrzebowych kreacji, uroczystości, grobowców. Uznawał to za marnotrawstwo pieniędzy i miejsca na cmentarzach – nakazał więc budować „wielopiętrowe" groby, mieszczące nawet sześć osób, owinięte jedynie workami z lnu, układane jedna na drugiej. Tak pochowano właśnie Wolfganga Amadeusza Mozarta.
W 1784 roku Józef II Habsburg, reformator, wprowadził tzw. józefińską trumnę gminną – pudło wielorazowego użytku, dla dorosłych i dla dzieci. Ruchome dno uwalniano za pomocą dźwigni i zmarli zaszyci w workach wypadali dołem. Oszczędności miejsca miało pomóc posypanie ciał wapnem – miały szybko zniknąć. Ot, reformator. Oburzeniu nie było końca, powrócono do trumien indywidualnych.
Innym ciekawym rekwizytem w muzeum wiedeńskim jest pewien sztylet o obosiecznym 19- centymetrowym ostrzu. Poczynając od XIX wieku, w Austrii dopuszcza się wciąż akt medycznego przebicia serca po stwierdzeniu zgonu, wykonywany przez lekarza, według zapisu np. w testamencie. Zamówił je międzi innymi dramaturg, pisarz i lekarz, Artur Schnitzler, w 1931. 

Piękny jak nieboszczyk
Fachowe dźgnięcie było odpowiedzią na XIX-wieczne opowieści o podrapanych wiekach trumien, ludziach grzebanych za życia i budzących się w trumnie. W tym czasie zdecydowano również o przechowywaniu nieboszczyków w otwartych trumnach przez co najmniej dobę. W muzeum można usłyszeć głośny alarm budzika ratunkowego z 1828 roku, który z kostnicy dzwonił w domu grabarza, jeśli linka umocowana do dłoni zmarłego została poruszona. A zdarzało się to często, ku udręce grabarzy, ponieważ gazy pośmiertne zmieniały pozycję ciała, jakby zmarły się ruszał. Dołożono grabarzom nawet centralki ze świetlną informacją, która to trumna wzywa.
Do dobrego tonu, jak pokazuje muzealna ekspozycja, należały pośmiertne zdjęcia, zgodnie z mottem zakładu fotograficznego Albina Mutterera, który „reprodukował nie-boszczyków jak żywych, z uderzającym podobieństwem" . Szczególnym miejscem w tym zakładzie było atelier dla nieboszczyków, szczególnym zaś rekwizytem krzesło, na którym sadzano sztywniejącego zmarłego, bezpiecznie mocowanego. Paleta do nadawania bladej twarzy żywych kolorów była szeroka, a ostatni retusz nadawał spojrzeniu zmarłego blask życia. Do ostatniego zdjęcia dojeżdżał zmarły zwykłym tramwajem, dorożką, póki Ministerstwo Spraw Wewnętrznych ze względów higienicznych nie zakazało w 1891 roku publicznego transportu nieboszczyków.
W Wiedniu, jak pokazuje Muzeum Pochówku, nie brakowało kreatywności w organizowaniu ostatniej drogi: nocne tramwaje pogrzebowe, odbierające zmarłych z całego miasta, czy też wagon pogrzebowy Stowarzyszenia Linii Kolejowych, którym na przykład przywieziono ciało cesarzowej Elżbiety z Genewy. Tramwaj jeździł tylko rok, bo masowość tej ostatniej drogi była w Wiedniu trudna do przyjęcia, tak jak idea „pneumatycznego" transportu zwłok – przesyłki trumien specjalnym podziemnym kanałem wprost na Cmentarz Centralny.
Lepiej się w końcu przyjęło kremowanie zwłok, urosła więc nowa gałąź w dziedzinie pochówku: projektowanie oryginalnych ostatnich „pomieszczeń" na prochy – urn. Piłka nożna, belle epoque, modernistyczna urna, co kto woli, by umieścić swoje 500 gramów prochu. Tu technika poszła dalej – można się zmienić w diament wprost z prochów, płacąc od ok. 5 tysięcy do prawie 14 tysięcy euro za wuja, babkę, czy żonę, których umieścimy w broszce, pierścionku czy kolczyku - do noszenia w uchu, pępku, nosie, jak wyjaśnia szef muzeum, by mieć bliskich zawsze blisko. Diamentów jednak zobaczyć w muzeum nie można, za to pierwsze prochy próbnych kremacji wiedeńskich – owszem, ale końskie.
Wystarczy, by zachęcić do odwiedzenia Muzeum Pochówku - Bestattungsmuseum am Zentralfriedhof przy Simmeringer Hauptstraße 234 w 11 dzielnicy Wiednia. Powinno, bo można się przekonać, co oznacza „piękny pogrzeb" - po wiedeńsku.

Jolanta Kawka, Polonika nr 190, listopad 2010

Top
We use cookies to improve our website. By continuing to use this website, you are giving consent to cookies being used. More details…