Daj Pan na studia!

Internet to nie tylko plotki na pudelku, czatowanie o tzw. dupie Maryni czy łamanie prawa autorskiego przez ściąganie nowego sezonu True Detective.

Internet to nie tylko wyszukiwanie gratki wakacyjnej na Grouponie, mailowanie z szefem o niedokończonym projekcie czy zakupowy szał na Allegro. Można się tam, w tym naszym Internecie, także pokusić o dokonania bardziej ambitne niż obrzucanie błotem komentatorów forum Onetu czy też wielogodzinne wgapianie się w filmiki o kocich perypetiach.

A czego wielkiego można w Internecie dokonać? Na przykład zebrać pieniądze na edukację na poziomie wyższym. Tak jak Małgorzata Judkiewicz, absolwentka lingwistyki i prawa, która postanowiła poprosić społeczność internetową o współfinansowanie jej wymarzonych studiów w Genewie.

Polscy, jak i austriaccy studenci mają to szczęście, że mogą studiować za darmo na rodzimych uczelniach. Ale co ze studiami za granicą, w szkołach elitarnych i często bardzo drogich? Austriaccy studenci niekiedy nie mają szansy takich studiów samodzielnie sfinansować, a tym bardziej polscy. Ale jest na to sposób...
Małgosia ukończyła prawo na Uniwersytecie Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie. W tym roku dostała się na prestiżowe studia dedykowane rozwiązywaniu sporów międzynarodowych w Genewie, na które przyjmowanych jest ok. 40 osób rocznie. Jak mówi, grzechem byłoby nie skorzystać z możliwości, jakie te studia oferują. Prestiżowy kierunek, wybitna kadra, dostęp do elitarnych stażów i praktyk, a także pobyt w samej Genewie, mieście prawa i pokoju, to bez wątpienia ogromny krok milowy na ścieżce kariery.
Małgosia jest jedną z nielicznych osób przyjętych na uczelnię, co już samo w sobie jest ogromnym sukcesem. Niestety, każdy sukces okupiony jest trudnościami – Uniwersytet Genewski, a właściwie fundacja z nim współpracująca, nie przyznała jej stypendium. Dziewczyna podjęła więc wszelkie kroki, aby samodzielnie zdobyć pieniądze na czesne (25 000 CHF) oraz na 10-miesięczny pobyt w Genewie (ok. 15 000 CHF), która jest oczywiście bardzo drogim miastem. Do Szwajcarii ciężko się przenieść, dysponując skromnymi, bo polskimi możliwościami finansowymi. Co gorsza, w naszym kraju nie ma łatwo dostępnych kredytów edukacyjnych, tak jak np. w Stanach Zjednoczonych.
Małgosia pisała więc w tej sprawie do wielu fundacji, polskich i zagranicznych, jednak bez pozytywnych rezultatów. Udało jej się pożyczyć jedną czwartą sumy od najbliższych, i na tym jej możliwości się skończyły. Stąd pomysł na crowdfunding, gdzie dzięki małym kwotom od wielu osób można uzbierać wysokie sumy.
Czym to się je? Crowdfunding jest formą finansowania wszelkich projektów za pomocą dużej liczby drobnych, jednorazowych wpłat, dokonywanych przez osoby z tak zwanej sieci. Mogą to być znajomi, znajomi znajomych bądź ludzie zupełnie obcy, ale życzliwi. Zbiórki są zazwyczaj prowadzone na stworzonych w tym celu platformach internetowych. Skąd taki pomysł? Potrzeba jest matką wynalazku, a skonfrontowana z determinacją staje się często ogniwem przedsiębiorczości i kreatywnych rozwiązań. Dlatego też crowdfunding zawdzięczamy właśnie artystom. Pierwsza platforma crowdfundingowa w historii to ArtistShare, stworzona pierwsza internetowa platforma umożliwiająca finansowanie artystów przez fanów”. Polega to dokładnie na tym, że fani według własnego uznania i dobrowolnie wspomagają finansowo artystów, aby móc cieszyć się ich muzyką, występem czy wręcz sfinansować całą ich trasę koncertową.
Dziś istnieje wiele mniejszych i większych platform finansowania społecznościowego (crowd – ‘tłum’, funding – ‘finansowanie’), które są przeznaczone nie tylko dla artystów. Powstają projekty edukacyjne, charytatywne, technologiczne czy osobiste, na przykład z zamiarem spłaty długu. Według specjalistów godne polecenia platformy crowdfundingowe to: Kickstarter, Indiegogo, RocketHub, Peerbackers, czy wybrany przez Małgosię FundRazr.
Jeśli chodzi o historię tej inicjatywy, największy crowdfundingowy sukces jak dotąd odniosła niewątpliwie gra Star Citizen. Projekt już zebrał ponad 48 milionów dolarów, czyli o wiele więcej niż prognozowane pół miliona, a zbiórka nadal trwa. Pamiętajmy jednak, że te najgłośniejsze kampanie inicjowane były przez gigantów technologicznych.
Ale jest też szansa na sukces dla zwykłego Kowalskiego, bo ludzie chętniej pomogą mniej znanym i potrzebującym. Tym bardziej, że ci ostatni proszą o mniejsze sumy. Dowodzi tego historia Zosi Mamet, gwiazdy serialu Girls i córki znanego dramaturga i producenta Davida Mameta, której projekt crowdfundingowy spotkał się z oburzeniem ze strony internautów. A zatem, jeśli jesteśmy mniej znani, a bardziej potrzebujący, jak się za crownfunding zabrać?
Jak mówi Małgosia, rozpoczęcie kampanii jest banalnie proste. Sama wybrała stronę Fundrazr, bo ma ona międzynarodowy zasięg i pobiera niezbyt wysokie opłaty od darowanych kwot (każda platforma jakoś musi na siebie zarabiać) oraz daje możliwość wyboru waluty – franków szwajcarskich. Techniczne aspekty tworzenia projektu są intuicyjne i nie sprawiają problemów. Podobnie jak w przypadku każdej innej platformy mediów społecznościowych, konieczne są rejestracja konta, personifikacja profilu i tak dalej. Najwięcej czasu zajmuje przygotowanie filmiku, który jest wręcz konieczny do przygotowania efektywnej kampanii (przyznajmy, że w XXI wieku wolimy oglądać niż czytać). Ważne, by zaoferować swoim ofiarodawcom tzw. perks, na przykład egzemplarz wydanej płyty, książki czy usługę, w której się specjalizujemy. W końcu w crowdfundingu, tak jak w życiu, obowiązuje zasada „coś za coś”.
Najcięższa praca zaczyna się po opublikowaniu projektu. Należy dotrzeć do jak największej liczby osób i prosić je, żeby podawały informacje dalej, co prowadzić ma do tzw. efektu kuli śnieżnej. Małgosi bardzo pomogli znajomi na Facebooku – pierwszego dnia Fundrazr odnotował, że jej strona została „podana dalej” ponad 100 razy. W kolejnych etapach umieściła kampanię na profilu LinkedIn, a także rozesłała ją mailowo do różnych osób i organizacji, które mogłyby pomóc. Kto nie ryzykuje, ten nie wygrywa, a w tym przypadku, kto nie linkuje, ten nie „crowdfundinguje”. Małgosi się udało, program pomógł, ale ostatecznie zdobyła także stypendium - dlatego pozdrawia z Genewy!
Czy w Polsce taki pomysł się przyjmie? Sceptycy mogą obawiać się impasu z powodu małego zaufania społecznego rodaków do tego typu wynalazków. Zwłaszcza, że jak wiemy, prośba „daj pan na bułkę” często pachnie wódką. Ale nadzieja leży w internautach. Internet w Polsce cieszy się dużym zaufaniem, nawet większym niż w wielu państwach Europy Zachodniej. Ważne, żeby obok zaufania pojawiła się też umiejętność jego produktywnego i kreatywnego wykorzystania, a także wspierania tych, którzy już to potrafią.
Internet to potężne narzędzie. Oderwijmy czasem obłędny wzrok od plotek i fotek Kim Kardashian, by móc zdać sobie sprawę z tego, na jak wiele sposobów możemy wykorzystać jego magiczne moce dla własnego rozwoju zawodowego czy edukacyjnego. Albo po to, aby dorzucić swoją cegiełkę i faktycznie komuś pomóc.
Oczywiście nie zapominajmy o tym, że po tym, jak stworzymy nasz własny projekt finansowania społecznościowego lub też trafimy na taki, w który chcemy się zaangażować, warto wrzucić jego link na naszego Fejsbuka.

Karolina Sima, Polonika nr 241

Dodatkowo:

Newsletter

Jeżeli chcesz otrzymywać mailem informacje na bieżąco wpisz swój adres e-mail
Top
We use cookies to improve our website. By continuing to use this website, you are giving consent to cookies being used. More details…