Przyjęcia towarzyskie

Nie ma to jak bujne i ożywione życie towarzyskie. W grupie zawsze można miło spędzić czas, pośmiać się, dowiedzieć się czegoś interesującego , oplotkować znajomych i w dodatku nieźle się najeść, no i też trochę się napić...

Jakoś tak się składa, że ostatnio dostaję ciurkiem wiele zaproszeń na takie spędy towarzyskie. Imieniny, urodziny, ktoś akurat przyjechał i trzeba się z nim zobaczyć – każdy pretekst jest dobry. Wczoraj na przykład uczestniczyłam w przyjęciu wydanym – ni z gruszki, ni z pietruszki – na cześć kobiet. Zaproszone były wyłącznie damy, ani śladu chłopa! Było nas dwanaście, wszystkie niezwykle zadowolone, zachwycone takim oryginalnym pomysłem, i wszystkie niebywale podniecone .

Już od początku wieczoru, dokładnie po pierwszym kieliszku aperitifu, zaczęłyśmy ostro krzyczeć, jedna przez drugą. Prowadzona wysoce podniesionymi głosami rozmowa w stereo, a właściwie wykrzykiwanie kolejnych, sensacyjnych informacji jedna przez drugą, wprowadziło ogólny chaos i niezwykle męczący jazgot. Wreszcie podano zakąski, i damy na moment umilkły, oddając się z pasją wyłapywaniem płonących krewetek z sosu majonezowego .

– Co wy mówicie? – próbowała poskładać zasłyszane informacje jedyna uczestniczka przyjęcia, która ciągle brzydzi się krewetek, bo mają czarne oczy – kto się rozwodzi, kto utył i się postarzał? – Jaki Oscar, nie znam? Kto, czy co zdrowieje? Euro? A było chore? A czy to prawda, że tanie linie nie latają już z Paryża do Warszawy, bo Mazurówna wykupiła wszystkie bilety na rok z góry za bezcen i splajtowały?

Usiłowałam sprostować, dławiąc się połkniętymi w szoku wąsami krewetki, że tylko częściowo jej wiadomości są prawdziwe. Doniesiono barszcz i paszteciki, a potem pierogi ruskie i z kapustą. Po pochłonięciu milczkiem pierwszych trzech półmisków damy trochę odpuściły i znów dały głos, ale tym razem ze znacznie mniejszą parą, więc i bardziej rzeczowo.

Podyskutowałyśmy sobie, i owszem, o różnych metodach odchudzania, o kieckach, o tym czy paski poziome rzeczywiście pogrubiają i czym się smarować, żeby stracić cellulit, po czym przeszłyśmy zgodnym chórem do ulubionego tematu – narzekania na mężczyzn. Oni naprawdę do niczego się nie nadają...Tu pojawiły się liczne przykłady – jedni mężowie to fajtłapy, nieudacznicy, ślamazary, co to do trzech zliczyć nie potrafią, inni z kolei to pracoholicy, wiecznie nieobecni, stale zajęci zawodową robotą, nie mający czasu dla własnych dzieci, a tak w ogóle to jedni i drudzy absolutnie niewarci swoich żon. Przy lodach z malinami i torcie słychać było jeszcze trochę rozżalonych głosów, narzekań i smutnawych westchnień, ale po kilku kolejnych kieliszkach likieru panie zaczęły z wolna rozkrochmalać się na dobre, i powolutku szydło wyszło z worka...

– Tak, mężczyźni są nam prawie zupełnie niepotrzebni, tyle że same nie możemy zrobić sobie potomstwa, gdyby nie to, to byśmy pewnie wcale ich nie chciały! No ale z drugiej strony – ten mój misiu jest taki ciepły, taki kochany, no proszę, same zobaczcie – rozmarzyła się wysoka blondyna i ukradkiem wyjęła z portfelika zdjęcie swego misia, na które rzuciły się pozostałe damy.

– Owszem, niczego sobie, ale za to mój kotek to jest naprawdę przystojniak! Zobaczcie tylko, jakie ma sumiaste wąsy ! To podobno dowód męskości! – piszczała drobna, choć pękata bruneteczka.

– Jakie tam wąsy, to łysina jest dowodem prawdziwej męskości! Każde dziecko wie, że testosteron zżera cebulki włosowe! U mojego pieseczka całkiem już zeżarł, bo jest na mnie bez przerwy napalony! – sprostowała postawna rudowłosa, wymachując fotką podstarzałego łysonia. Oj, chyba po niego zadzwonię, a nuż po mnie przyjedzie – rozmarzyła się i przypięła się do telefonu.

Mała grupa wiernych małżonek wzywała swoich partnerów na ratunek, a inne – zazdrosne – wypadły na ulicę w gorączkowym poszukiwaniu jakichkolwiek przedstawicieli rodu męskiego. Dysząc ciężko z powodu chęci skonsumowania obiektów naszego pożądania, wparowałyśmy całą hałastrą do pobliskiej restauracji ruskiej.

- Kartę? Jaką znowu kartę? Nie, nie chcemy karty! Już jadłyśmy, chcemy tylko chłopaków! – i z braku samotnych klientów rzuciłyśmy się ławą na męską orkiestrę. Przerażeni chłopcy rozpierzchli się – akordeonista porzucił instrument, ratując się ucieczką do toalety, gitarzysta schronił się w kuchni, ale skrzypek dał się dorwać i przyparty do muru musiał wykonać ognistego kozaka z trzema rozjuszonymi samicami. Ja udałam się, by wytrzeźwieć, do baru, gdzieś jakoś przypadkiem dorwałam właściciela, który wykupił się przed moimi zalotami za pomocą dwóch wódek. Dalej nie pamiętam...Dla równowagi duchowej postanowiłam z okazji urodzin mego synalka wyprawić mu kinderbal. Synalek nie chce balu, twierdzi, że zawsze zapraszam ten sam skład.

– Jak to? Przecież za każdym razem zmieniam zestaw gości! – próbuję się bronić.

– No niby tak, ale zawsze zapraszasz też mego brata, moją siostrę i twego eksa. Mam dosyć tych spędów rodzinnych! Lepiej zaproś tylko mnie, no i moją żonę, do dobrej restauracji. Że co? Że ty też masz być? Lepiej by było, gdybyś przyszła tylko w momencie płacenia rachunku – no ale trudno, dobra, ty też możesz być. Gdzie? Ty restauracji lepiej nie wybieraj, sama wiesz, że masz zły gust. O, wiem, jest taka malownicza restauracja ruska, tam tak ładnie gra orkiestra...

No cóż – jak urodziny, to urodziny! Nie ma to jak imprezy, różne święta, byle spędzać wspólnie kilka beztroskich chwil!

Żyjmy wesoło!

Krystyna Mazurówna, Polonika nr 206, marzec 2012

Dodatkowo:

Newsletter

Jeżeli chcesz otrzymywać mailem informacje na bieżąco wpisz swój adres e-mail
Top
We use cookies to improve our website. By continuing to use this website, you are giving consent to cookies being used. More details…